Piękna choć dramatyczna historia narodzin


Drodzy Państwo czytając list od Pani M., który zamieszczam poniżej przypomniałam sobie pewną rozmowę. Młodego księdza zapytano czemu modlił się przez całą noc? Odparł: moja siostra rodziła pierwsze dziecko i w ten sposób chciałem ją wspierać. Wierzę, że kiedy drzwi życia otwierają się bardzo szeroko to siłą rzeczy i drzwi śmierci muszą się uchylić. Pięknie powiedziane. Moment porodu to rzeczywiście szczególny czas. Bardzo mnie drażni nazywanie tego cudu „czynnością fizjologiczną”. Owszem jesteśmy istotami z krwi i kości, ale również nosimy w sobie boską cząstkę, która pozwala czuć i rozumieć więcej. Tekst jest dość obszerny, jednak zdecydowanie wart przeczytania i przemyślenia. Pani M. dziękuję za poświęcony czas, szczerość i dobrą energię !

„Od dzieciństwa towarzyszyły mi dziwne przeczucia, urywki wspomnień, zainteresowanie zupełnie innymi tematami niż te, które były poruszane w mojej rodzinie. Druga, ta nieznana strona, też mnie interesowała. Nie mniej jednak, teraz chciałam opisać i podzielić się z Panią i innymi forumowiczami, moim spotkaniem z aniołem.
Lat temu 16 zaszłam w ciążę- nie był to stan błogosławiony, ponieważ moja rodzina nie była tym uszczęśliwiona- fakt, ojciec dziecka postanowił nie mieć z nami nic do czynienia.  Nie byłam nastolatką ( miałam 23 lata), i naprawdę nie było to tragedią. W związku z atmosferą jaka towarzyszyła mojej ciąży, w trakcie miałam nadciśnienie tętnicze i cały czas miałam brać leki na obniżenie. Gdzieś w 6-7 miesiącu miałam sen, że moje dziecko jest już niemowlakiem, pływa w pięknym morzu i nagle zaczyna się topić. W ostatniej chwili zostaje wyciągnięte i uratowane. Do dziś pamiętam ten koszmar. Wtedy też w mojej świadomości zagnieździła się pewność, że to będzie syn- miałam kilkakrotnie robione USG, ale na żadnym nie było widać jakiej płci będzie moje dziecko.
Termin porodu wyznaczono na 10 września. 30 sierpnia zostałam odwieziona do szpitala, bo miałam strasznie wysokie ciśnienie. Na miejscu, ze względu na niesprzyjający czas- weekend, nie zrobiono ze mną praktycznie nic, poza podawaniem magnezu w kroplówce. Tak minęła sobota, niedziela, poniedziałek- stan mój nie ulegał poprawie, a wręcz przeciwnie- powoli ale sukcesywnie ciśnienie wzrastało. We wtorek rano młoda położna przestraszyła się podczas rannego pomiaru, nawet nie chciała mi powiedzieć ile, stwierdziła , że widocznie aparat się popsuł i błyskawicznie poszła po lekarza. I w tym momencie zaczął się koszmar- lekarze zaczęli się zastanawiać co zrobić- padła propozycja wywoływania porodu, nie podjęto żadnych działań , wszyscy czekali na moją reakcję czyli kopertę… Wtedy zaczęło do mnie docierać, że to chyba czas zawalczyć o siebie. Zdałam sobie sprawę, że zbliżam się do granicy, że to chyba jeszcze nie mój czas na umieranie, ale skoro ma być mój, to chciałam żebyśmy na tę drugą stronę przeszli razem, żeby mój synek nie był sierotą. I w pewnym momencie powiedziałam, że wychodzę na własne żądanie, jadę do innego szpitala, gdzie od razu wykonają mi cięcie. W tym momencie na salę wszedł kolejny, nieznany mi wcześniej lekarz i powiedział- zróbcie coś z nią natychmiast. Wszyscy wyszli , wrócili po chwili i ten nowo przybyły lekarz powiadomił mnie, że podjęto decyzję o cesarskim cięciu i on jako chirurg będzie mnie operować. Przewieziono mnie na salę operacyjną, podłączono kroplówki pod obydwie ręce- do 17 liczyłam, potem straciłam rachubę. Generalnie rozmawiał ze mną chirurg, reszta lekarzy nie, później zastanowiło mnie stwierdzenie opryskliwego anestezjologa, że mam tyle nie mówić… Po chwili od rozpoczęcia operacji zobaczyłam mojego synka- wyglądał tak samo jak w tym śnie. Chwilę przed tym zakołatała mi taka myśl w głowie, że jeśli będzie to syn, to będzie wszystko w porządku. Odetchnęłam z ulgą. Przewieziono mnie na salę pooperacyjną. Tam rozpoczął się kolejny akt tego przykrego przedstawienia- po tym znieczuleniu nie mogłam się ruszać, spadł mi koc ze stopy i ukazały się brunatne wręcz palce. Zdębiałam, bo skąd u mnie takie brudne stopy??? Gdzieś w okolicach głowy słyszałam jednostajny odgłos kapania i nagle koło pachy poczułam dziwne , lepkie ciepło. Okazało się , że leżę cała we własnej krwi, która wylewa się ze mnie litrami i kapie na podłogę. Nie chcę wspominać reakcji pań pielęgniarek, bo szkoda słów i nerwów, żeby wracać do tych przykrych zdarzeń. I znów pojawił się chirurg, znów to on mnie właściwie zaopatrywał, przekazał informację, że synek śliczny i zdrowy i że będzie dobrze. Przychodził na dół- sala poporodowa znajduje się w podziemiach szpitala – i w końcu , mimo nadal silnego krwotoku, podjął decyzję, żeby mnie przewieźć na normalną salę. Przeniesiono mnie na łóżko, nadal w stanie krytycznym, bo okazało się, że kilka godzin wcześniej powinnam odzyskać władzę w nogach po znieczuleniu, a ja nadal nie miałam czucia od pasa w dół. Lekarz stanął nade mną i powiedział, że jeśli do godziny 4 rano ( a było wtedy około północy) nie ustanie krwotok będzie musiał przeprowadzić reoperację i teraz prosi o podpisanie zgody. Powiedziałam , że podpiszę wszystko, ale musi dać mi słowo, że będę mieć ogólną narkozę. Po jego wyjściu pielęgniarka przyniosła mi synka i powiedziała, że według niej przy tak masywnym krwotoku nie obędzie się na pewno bez powtórnej operacji i doktor jest zbyt wielkim optymistą. O godzinie 3:59 krwotok ustał …. Obyło sie bez interwencji chirurgicznej. Mimo to , z powodu dużej utraty krwi zmuszeni byliśmy zostać w szpitalu tydzień- co wspominam jako coś okropnego. Cały personel tego, niegdyś renomowanego i do dziś znanego w całym kraju szpitala ;pacjentów, którzy nie mieli zwyczaju czy ochoty wręczać łapówek, traktował jak zło konieczne. Nastąpił dzień wypisu – w ten dzień, mimo że nie była to Wigilia, pielęgniarki przemówiły ludzkim głosem w oczekiwaniu na dowody wdzięczności. Ja chciałam odwdzięczyć się tylko jednej osobie- chirurgowi – operatorowi, dzięki któremu udało nam się przeżyć. I jakie było moje zdumienie , kiedy na karcie wypisowej nie było ani pieczątki, ani nazwiska , ani podpisu ….. Wzięłam moją kartę leczenia szpitalnego- tam też nie było śladu po tym lekarzu… Chciałam go poszukać na innym oddziale- ale nikt nie umiał mi udzielić informacji o człowieku- a może nie człowieku- który podarował nam szansę. Później , jak opadły pierwsze emocje związane z pojawieniem się dziecka, z nową sytuacją, zaczęłam analizować to, co mnie spotkało. Przypomniały mi się słowa anestezjologa, że mam tyle nie mówić, ten dziwny brak pieczątek, godzinę w której minął krwotok i włosy uniosły mi się na głowie. Bo to chyba był mój anioł stróż- nie miał skrzydeł, był wysokim, postawnym, przystojnym mężczyzną, bardzo sympatycznym, z poczuciem humoru, ale bardzo rzeczowym. Emanował z niego dziwny spokój i pewność siebie.
Nie wiem czy to było majaczenie, ja jestem pewna, że ON wpłynął na lekarzy na oddziale porodowym, żeby przeprowadzili zabieg, ON mnie otwierał, zaszywał rany, tylko ON schodził na salę poporodową i tam się mną zajmował. I od momentu kiedy memu życiu już nic nie zagrażało więcej się nie pokazał. Minęło tyle lat, a ja jestem przekonana, że ten anioł stróż uratował mi życie i to nie raz. Drugi raz ingerował dokładnie trzy lata później, w dniu trzecich urodzin mojego synka. Właściwie nie mogę mówić, że tylko mnie, bo zawsze to idzie w parze z moim dzieckiem. Wracając ze sklepu , praktycznie w drzwiach domu uświadomiłam sobie, że nie kupiłam chleba. Postanowiłam, że pójdę szybko do sklepu na dół. Synek był w wózku. Coś mnie tknęło, wyjęłam go z wózka, ale nie zabrałam ze sobą. Został w domu ze swoją babcią. Przestępując próg wiedziałam, że za chwilę dostanę czymś w głowę- wymieniali okna i ponadto trwały prace przy ocieplaniu budynku- wrażenie było tak realne, że niemal widziałam lecący odłamek. Ale wiedziałam ,że jest to nieuchronne, mogłam się cofnąć, ale nie zrobiłam tego. Musiałam przejść przez próg, musiał mi spaść kawałek betonu na głowę… Nie straciłam przytomności, nie zemdlałam, wróciłam do mieszkania, zadzwoniłam na pogotowie i policję… A na pogotowiu okazało się, że stał się cud, bo trafiło w najmocniejsze miejsce na czaszce- milimetr obojętnie w którą stronę i byłoby po mnie…. I tak sobie myślę, że gdybym się cofnęła, to ten kamień w innym czasie czy w innym miejscu trafiłby mojego syna …. Nie wiem dlaczego tak myślę, ale uważam , że tak musiało być.  Dodam, że gdybym wtedy wróciła z wózkiem, to kamień spadłby na moje dziecko…
I od tego momentu zaczęły powoli dochodzić do głosu inne , tłumione odczucia. Ale tam anioła już nie było, tylko zbiegi okoliczności, które uświadomiły mi, że warto słuchać tego co mówi nam wewnętrzny głos, że warto jest otworzyć się na nieznane, że  to ,co czego nie widzi „szkiełko i oko” jest o wiele bardziej prawdziwe od namacalnych, materialnych testów i doświadczeń. Ale to temat na zupełnie inną opowieść.”

Andrei Moreira „Leczenie, samouzdrawianie. Spojrzenie medycyny spirytystycznej”

Andrei Moreira jest lekarzem specjalizującym się w homeopatii . Przewodniczy Stowarzyszeniu Lekarzy Spirytystów Stanu Minas Gerais. Dzięki jego publikacji po raz pierwszy miałam okazję głębszego poznania idei medycyny spirytystycznej. Idei, którą można streścić w kilku słowach: „zdrowie to rzeczywiste połączenie człowieka ze Stwórcą”

Nie jest tajemnicą, że medycyna holistyczna jest mi bardzo bliska. Z doświadczenia wiem, że część osób ma wątpliwości natury etycznej lub religijnej i dla tego nie korzysta z pomocy homeopatów oraz naturoterapeutów posługujących się na przykład Reiki. Podłoże tych obiekcji jest dla mnie nie do końca zrozumiałe, co nie zmienia faktu, że takowe istnieją. Główna zastrzeżenie budzi brak powiązania między tymi metodami, a nauką Jezusa.

Doktor Moreira uzdrawianie duchowe opiera właśnie na naukach Jezusa. Według wizji doktora Jezus jest terapeutą, który uzdrawia nie tylko ciało, ale przede wszystkim dusze chorego. Bardzo interesująco zostały w książce opisane i zinterpretowane przypadki uzdrowień znane z Ewangelii. Bez zmiany w przestrzeni umysłu i duszy niemożliwe jest całkowite cofnięcie się choroby.

Szczególną uwagę poświęciłam dwóm rozdziałom. Mianowicie dziewiątemu „Miłosierdzie jako uzdrawiająca siła duszy” oraz dziesiątemu o znamiennym tytule „ Wybaczanie –droga do całkowitego uzdrowienia”. Ranga przebaczenia w procesach uzdrawiania lub samouzdrawiania jest ogromna. Niestety wielu lekarzy i psychologów bagatelizuje ten aspekt lub zgoła go pomija. Tymczasem pielęgnowana latami złość i chęć odwetu stanowią naturalne i żyzne podłoże chociażby dla rozwoju raka. To zdumiewające, że jesteśmy gotowi poddać się bolesnym i kosztownym terapiom, a jednocześnie nie potrafimy wybaczyć innym, a nawet samym sobie.

„ Nie wybaczyć to tak , jak wypić truciznę i jednocześnie pragnąć, by umarł ktoś inny”

Polecam ten tytuł Państwa uwadze.

Książka do nabycia TUTAJ

 

Ile historii może opowiedzieć jedna książka ?

Ksiązki mają swoją historię, oczywiście im są starsze tym opowieść jest dłuższa.

 

Dostałam kiedyś w prezencie  bardzo stary egzemplarz Atlasu Anatomii Człowieka dla studentów medycyny. Pomyślałam sobie; na co mi taka książka w dodatku napisana po niemiecku? Darczyńcą była moja koleżanka na stałe wyjeżdżająca z kraju. Dawała z całego serca i w głębokim przekonaniu, że sprawi mi przyjemność. Nie mogłam tego daru odrzucić.

Książka przeleżała parę tygodni na półce aż któregoś dnia robiłam porządki i pomyślałam, że czas najwyższy, aby do niej zajrzeć.

Okładka była podniszczona, ale w środku ksiązka prezentowała się dużo lepiej – przez tyle lat jej stronnic dotykało wiele osób. Ilustracje przedstawiały budowę ludzkiego ciała, mięśni, kości. Z zainteresowaniem studiowałam łacińskie nazwy. Nawet nie spostrzegłam, kiedy minęły ponad dwie godziny. Nie mogłam się od niej oderwać, czułam emocje osób, które miały z nią kontakt. Teraz potrzebowałam tylko czasu, aby  przetworzyć i poskładać zebrane informacje. Książka przemawiała do mnie przez kilka nocy.

Pierwsza wizja: mężczyzna w wieku około 40 lat, Niemiec, z profesji lekarz, szpital pełen ludzi. Wszystko wskazywało na epidemię. Pacjenci leżeli wszędzie nawet na podłodze w korytarzu. Nie wiem jaka choroba ich dręczyła, ale wśród ofiar było dużo dzieci. Mężczyzna dosłownie dwoił się i troił biegając między pacjentami. Później przez krótką chwilę widziałam go w domu. Wydaje mi się, że jego dziecko też zachorowało, a on nie mógł nic zrobić, aby mu pomóc. Dramat, porażka ojca i lekarza. Kryzys wiary i kompetencji.

Następny obraz to spory skok w czasie.  (Epokę oceniam zwykle na podstawie ubiorów, chyba, że istnieją przesłanki do precyzyjnego datowania). Książka znowu należy do lekarza, ale młody człowiek mówi po polsku. Jest ubrany w mundur legionisty. Moje serce rośnie! Mężczyzna jest w swoim domu, dochodzi do sprzeczki między nim a jego matką. Sięga po jakąś książkę i strąca z półki Atlas, nie podnosi go, wybiega z pokoju, a jego wojskowy but odciska się na okładce.

Następny kadr, krajobraz po bitwie, wszędzie ludzkie ciała i nagle zmiana, szpital polowy. Mój bohater jest zmęczony, ale szczęśliwy: to pewne – będzie wolna Polska. Jego radość udziela się i mnie. Niestety jęki rannych i fetor zgnilizny rujnują  podniosłość chwili.

Kolejny obraz – pan doktor ma syna, daje mu na imię Józef na cześć Marszałka. Widzi w nim swojego następcę – to będzie kolejny chirurg w rodzinie. Potem znowu ogromne emocje, na arenie historii pojawia się kryminalista, niejaki Adolf H. Lekarz zna niemiecki słucha radia, pali papierosa za papierosem.

Znowu  wojna, Józef student medycyny, pracuje w szpitalu, jako pielęgniarz. Nie zdążył ukończyć studiów, uczy się więc od innych lekarzy. Pomaga mu jego przedwojenny wykładowca.

Wybucha Powstanie, chłopak walczy dzielnie, jako żołnierz i lekarz. Jego odwaga i empatia zadziwia wszystkich. Ojciec jest dumny.

Odważny młody człowiek, zakochuje się i marzy o innym życiu, zwyczajnym, nudnym. Kiedy jego  oddział przechodzi przez cmentarz, Józef widzi wielki krzak różany, urywa jedną gałązkę dla swojej ukochanej. Dziewczyna dostaje kwiat i cieszy się, choć wie, że to róża cmentarna. Jakie to może mieć znaczenie, kiedy dookoła szaleje inferno.

Józef zostaje ranny w prawe ramię i dłoń. Będzie lekarzem, ale już wie, że nigdy chirurgiem.

Doszłam do wniosku, że ta niezwykła książka powinna dalej towarzyszyć komuś innemu.Podarowałam ją pani kardiolog, która ratowała moją mamę po ciężkim zawale.

Prezent przyjęła ze szczerą wdzięcznością, chociaż nie bez oporów. Powiedziała, że spodoba się również jej córce, studentce medycyny.

Atlas Anatomii Człowieka wrócił na swoje miejsce.