Słyszałem ich myśli, czułem energię serca…

Zapraszam do lektury niezwykle przejmującej opowieści Andrzeja, który dwukrotnie otarł się o śmierć.

Szanowna Pani Ado!

Dzisiaj jest trzecia rocznica mojej drugiej śmierci klinicznej. Już w zeszłym roku chciałem opisać moje przeżycia i wysłać do Pani, ale jakoś zabrakło mi cierpliwości. Poza tym nie bardzo potrafię przelewać swoje myśli na papier. Tym razem postanowiłem, że nie wstanę od komputera aż skończę. Mam nadzieję, że innych ludzi to zainteresuje.

Pierwszy raz znalazłem się poza ciałem w wieku 17 lat. Miałem atak wyrostka i tak pechowo się stało, że rozlał się on na stole operacyjnym. Przez to byłem długo w narkozie, a operacja trwała prawie cztery godziny. Nie pamiętam żadnego tunelu ani jakiegoś spadania w dół, o czym piszą inne osoby. Zamknąłem oczy będąc jeszcze w ciele, a kiedy otworzyłem je ponownie byłem poza ciałem. Unosiłem się w powietrzu, w takiej pozycji, jakbym był przyklejony plecami do sufitu. Byłem kompletnie zdezorientowany i wystraszony. Udało mi się jakoś zmienić tę dziwna pozycję i, jeśli można tak powiedzieć, stanąłem obok lekarza. Widziałem wnętrze mojego ciała. Coś tam w środku zaczęło krwawić i lekarz wrzeszczał na wszystkich, klął jak szewc. Moja pierwsza przytomna myśl, była taka: niby inteligent a przeklina gorzej jak mój ojciec.

Zawsze źle znosiłem widok krwi, więc pomyślałem, że nie chce być w tym pomieszczeniu i w tej samej chwili znalazłem się na korytarzu. Tam dopiero ujrzałem cudne widowisko. Obok mnie przepłynęła w powietrzu postać młodej dziewczyny. W tym samym momencie, na końcu korytarza objawiło się coś na kształt świetlistego wiru. Ten wir z kolei utworzył rodzaj owalnego lustra z falująca taflą. Dziewczyna podpłynęła do tej tafli. Z lustra wydobyło się przepiękne tęczowe światło i owinęło się wokół niej, po czym delikatnie uniosło ją i zabrało do wnętrza lustra. Błyskawicznie znalazłem się przy tym lustrze, bo też chciałem tam wejść. Poczułem jednak taką blokadę, jakbym odbił się od niewidzialnej ściany. Następnie z głębi tafli wypłynęło kropla, która wyglądała jak kulka rtęci. Chodzi mi o to, że podobnie się poruszała. Nazwałem ją „żywą kroplą” Ta kropla dotknęła mojego czoła, między oczami i na tym zakończyło się całe doznanie, ponieważ obudziłem się w ciele, już po operacji.

Ciekawostka jest taka, że na trzeci dzień po operacji odwiedzili mnie koledzy. Jeden powiedział: miałeś chłopie szczęście, bo kilka godzin przed tobą przywieźli tutaj siostrę mojego sąsiada. Też wyrostek robaczkowy, ale nie przeżyła operacji. Dziwnie mi się wtedy zrobiło, bo mimo młodego wieku przyszła do mnie refleksja o śmierci. Kolegom nic nie powiedziałem, ale w sercu emocje były ogromne.

Drugi przypadek wyglądał całkiem inaczej. Miałem zawał, z bólu straciłem przytomność. Co można powiedzieć było wybawieniem. Na moment ocknąłem się w karetce. Później znalazłem się nad swoim ciałem, znów na sali operacyjnej. Tym razem się nie bałem, tylko byłem ciekaw, co będzie dalej. Stałem w niewielkiej odległości od lekarza, kiedy jedna z pielęgniarek dosłownie przeze mnie przeszła. Odczułem to jako szarpnięcie.

Obserwowałem cały zespół. Zwróciłem uwagę, że pani anestezjolog siedzi jakaś taka smutna i patrzy w te wszystkie monitorki, ale myślami gdzieś błądzi. Zbliżyłem się do niej i (jeśli można to ująć obrazowo) położyłem jej rękę na ramieniu. Wtedy stało się coś niesamowitego, bo zacząłem słyszeć jej myśli i czułem energię serca. (Doktor miała romans z kolegą i zastanawiała się czy, to ma sens i czy nie jest tylko przygodą w jego życiu.) Aż odskoczyłem z wrażenia. Przesunąłem się do innej osoby i też słyszałem jej myśli. Opuściłem salę i popłynąłem przez korytarz, nie wiem jak to możliwe, ale komu położyłem rękę na ramieniu, ten stawał się dla mnie jak otwarta księga. Później zobaczyłem moją żonę i córkę, strasznie płakały, co napełniło mnie niewyobrażalnym smutkiem. Pomyślałem o synu i chyba w tej samej sekundzie znalazłem się przy nim. Jechał samochodem i rozmawiał przez telefon, na szczęście miał zestaw głośnomówiący. Odwoływał jakieś ważne spotkanie z (dajmy na to) -Iksińskim, następnie dzwonił do synowej z informacją, że tata jest w ciężkim stanie i on jedzie do szpitala. Wylał na siebie resztkę kawy. Pomyślałem, że bardzo ich wszystkich kocham i chcę być z nimi, że jeszcze nie pora umierać. Znów byłem na korytarzu szpitalnym, a przede mną pojawiła się ta „żywa kropla”. Zbliżyła się po woli i dotknęła mojego czoła.

Odzyskałem przytomność w ciele. Bardzo się cieszę, że jeszcze mogę pobyć na tym świecie, spędzać czas z bliskimi i służyć im radą i pomocą. Mam tylko pytanie, czy spotkała się Pani z innymi historiami, gdzie ludzie poza ciałem słyszeli myśli innych osób? Ja teraz zacząłem czytać książki poświęcone tematyce doświadczeń z pogranicza, ale takiego opisu nie znalazłem. Pewnie jeszcze dużo muszę się dowiedzieć, żeby podnieść swoją świadomość.

Na zakończenie dodam, że po szpitalu, rozmawiałem z synem i był on zdumiony, bo rzeczywiście odwoływał to konkretne spotkanie i zalał się kawą. Miałem też rozmowę z panią anestezjolog, której powiedziałem, że byłem poza ciałem. Ona zareagowała ostro, że to omamy były po lekach. Ja jej na to, że mogę powiedzieć, o czym wtedy myślała. Zrobiłem to, a ona najpierw poczerwieniała, a potem energicznie wyszła z pokoju.

Dziękuję Pani za wszystkie teksty i nagrania. Jeśli ten mój nieporadny list się nadaje do publikacji, to proszę go wykorzystać wedle woli. Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkiego, co najlepsze.

Drogi Andrzeju, dla każdego ta jedyna w swoim rodzaju podróż ku granicom poznania, ma inny charakter. Dla jednych głównie duchowy, transformujący ich osobowość, wnoszący bezcenne światło, które już zawsze będzie oświetlało drogę życia. Dla drugich będzie to również wyzwanie intelektualne, choć wątpię, aby ktokolwiek objął całokształt zagadnienie rozumowo.

Wspaniale, że zgłębia Pan tematykę duchowości. Opowieści innych osób, które doświadczyły tego co my, są cenne, ponieważ dają nam poczucie wspólnoty. Nie jesteśmy samotnymi dziwolągami, tylko wielką, internacjonalną gromadą dusz połączonych wspólną emocją i wspomnieniami. Co do pytania o czytanie w myślach, to spotkałam się z takimi relacjami, ale na ten moment mogę przytoczyć tylko jedną, z książki Raymonda Moody’ego „W stronę światła”

Z inna zadziwiającą historią wskazująca na to, że przeżycia na granicy śmierci nie są złudzeniem umysłu, zapoznał mnie pewien lekarz z Południowej Dakoty. Kiedy jechał do szpitala, miał stłuczkę. (…) wypadek ten wprawił go w przygnębienie i zaprzątał jego myśli, kiedy tego ranka reanimował mężczyznę, któremu przestało bić serce. Następnego dnia pacjent, któremu uratował życie, powiedział mu niezwykłą rzecz:

Panie doktorze, kiedy pan mnie ratował, opuściłem ciało i oglądałem pana przy pracy.

Lekarz zaczął go wypytywać i zdumiała go ścisłość jego relacji. Mężczyzna ze szczegółami opisywał wygląd instrumentów, powiedział nawet w jakiej kolejności były używane. Podał kolory, kształt, a nawet ustawienia pokręteł i mierników na urządzeniach. Jednak ostatecznie przekonały lekarza słowa pacjenta:

Wiedziałem, że martwi się pan tym wypadkiem. Ale naprawdę nie ma się czym przejmować. Pan poświęca swój czas innym. Nikt przeciwko panu nie wystąpi.

Pacjent nie tylko postrzegał swoje fizyczne otoczenie, ale również czytał w myślach. [1]

W Pana liście, najbardziej poruszył mnie fragment o „żywej kropli”, bo to poetycka wręcz metafora światła, które wniknęło w głąb świadomości poprzez czakrę trzeciego oka.

Pana relacja, po raz kolejny potwierdza tezę, że przestrzeń nazywana Zaświatem, jest miejscem pełnym życia i życzliwej nam Mocy. Przygarnia dusze, które trwale odłączyły się od ciała, a pozostałe inspiruje do powrotu, gdyż ich czas jeszcze nie nadszedł, a plan duszy nie został wykonany.

Dziękuję z serca za ciekawą historię i życzę owocnej obecności na planie fizycznym.

 

 

 

[1] R. Moody „W stronę światła” Bydgoszcz 1992 str.165,166

Poza ciałem – kolejne relacje

Jestem niezwykle wdzięczna wszystkim osobom, które opisują i przesyłają do mnie swoje relacje z pobytu poza ciałem. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu z Was jest to ogromny wysiłek, ponieważ wymaga powrotu myślami do traumatycznych przeżyć.

Każdy przekaz porusza mnie do głębi, jednak list Joanny sprawił, że oniemiałam. Po prostu nigdy do tej pory nie spotkałam podobnego opisu.

„Prawie rok temu w dramatycznych okolicznościach przyszła na świat moja córka. To, co przeżyłam fizycznie i mentalnie zmieniło mnie chyba na całe życie. Przed porodem należałam do osób twardo stąpających po ziemi i nie interesowałam się zupełnie zjawiskami paranormalnymi. Po porodzie mój świat stanął na głowie.

Kiedy poczułam pierwsze skurcze z radością pojechałam do szpitala. Cała ciąża przebiegała wzorowo, a ja jako zdrowa silna kobieta liczyłam, że urodzę szybko i sprawnie. Towarzyszył mi mój mąż, który również nie mógł się już doczekać naszej córeczki. Akcja porodowa rozwijała się bardzo wolno, chociaż skurcze były coraz silniejsze. Przez pierwsze sześć godzin trzymałam się dzielnie, ale później zaczęłam słabnąć. Po dwunastu godzinach byłam kompletnie wyczerpana. Mąż rozmawiał z lekarzem, pytał o możliwość cesarskiego cięcia. Nie chcę tu opowiadać całego koszmaru, dość, że w osiemnastej godzinie porodu na KTG nie było tętna dziecka. Zaczęła się panika na całym oddziale. W ekspresowym tempie znalazłam się na stole operacyjnym w pełnej narkozie.

Stała się rzecz bardzo dziwna. Usnęłam, a w zasadzie zapadłam w jakąś czarną czeluść bez dna. Jednocześnie opuściłam ciało i stanęłam obok stołu operacyjnego. Szczerze mówiąc, ciało było mi raczej obojętne. Rozpoczęłam wędrówkę po korytarzu oraz innych pomieszczeniach szpitalnych. Widziałam mego męża, który rozmawiał z bratem (adwokatem) i odgrażał się, że poda szpital do sądu. Widziałam kobietę, którą przygotowywano do cesarki – podawano jej znieczulenie zewnętrzne. Wreszcie znalazłam się, można powiedzieć, w punkcie wyjścia, czyli na sali porodowej. Trafiłam na moment, w którym czyjeś dzieciątko właśnie przyszło na świat. Wtedy oprzytomniałam i zdałam sobie sprawę, że przecież „zostawiłam swoje dziecko”. W sekundzie byłam znowu na bloku operacyjnym. Pojawiłam się dokładnie w chwili kiedy wyjmowano z mego ciała córeczkę. Była sina i nie oddychała. Zauważyłam, że do jej ciałka szeroką, błyszczącą wstęgą „przypięta” jest kula światła. Spontanicznie zbliżyłam się do niej. Lekarze masowali serduszko, a ja mówiłam do tej kuli, aby połączyła się z ciałem. Błagałam, żeby żyła w ciele, żebyśmy mogły się poznać, być ze sobą. Kula znikła, a ja się przestraszyłam, ale w tym samym momencie dziecko zapłakało. Zobaczyłam ulgę na twarzach lekarzy. Pomyślałam, że teraz kolej na mnie i muszę wrócić do ciała. Tylko nie wiedziałam, jak mam to zrobić? Poszybowałam w kierunku stołu i próbowałam siebie dotykać. Liczyłam, że jakoś „wskoczę do środka”, ale nic takiego się nie stało. Byłam zdesperowana i całkowicie zagubiona. Do działania mobilizował mnie jedynie płacz córeczki, która mnie przecież potrzebowała. Ku memu zdziwieniu nad głową ciała fizycznego pojawiło się jasne światło, które nawiązało ze mną kontakt. Jedno proste słowo – pomogę ci wrócić- dodało mi otuchy. Zbliżyłam się do światła i – właściwie to wszystko, co pamiętam. Obudziłam się na sali pooperacyjnej w asyście lekarzy i pielęgniarek.

Długo nikomu o tym wszystkim nie mówiłam, bo bałam się reakcji, ale w końcu odważyłam się i opowiedziałam mojej teściowej. To podobno rzadkie zjawisko, ale ja mam z matką męża wspaniały kontakt i bardzo jej ufam. Była bardzo wzruszona i powiedziała, że w jej odbiorze to nie mogły być halucynacje. To wszystko było tak samo realne, jak wcześniejsze cierpienia ciała fizycznego.”

Z mojego punktu widzenia Joanna doświadczyła macierzyństwa w jego najbardziej subtelnym i mistycznym znaczeniu. Cała sytuacja jest o tyle niesamowita, że poza ciałem stała się obserwatorem śmierci klinicznej własnego dziecka. Doszło do spotkania dusz, których przeznaczeniem jest wspólna przyszłość zdefiniowana bezwarunkową miłością. Joanna odkryła dla siebie przestrzeń duchową, której istnienie wcześniej negowała, ma piękną głęboką relację ze swoją córeczką. „Wiedziałam, że macierzyństwo zmieni moje życie, ale przez myśl by mi nie przeszło, że tak bardzo.”

I jeszcze jedna piękna, szczera wypowiedź dzielnej kobiety, której ciało miewa problemy, ale duch jest wielki.

„Trudno by mi było żyć ze świadomością, że inni uważają mnie za nawiedzoną, dlatego nie przyznawałam się do tego, co przeżyłam aż trzykrotnie. Dziękuję Pani Beato, bo dzięki opublikowanemu artykułowi pozwoliła mi Pani uwierzyć, że to było moje przeżycie a nie jakieś halucynacje.
Pierwszy raz byłam „po tamtej stronie” w 2002 roku w czasie operacji guza mózgu. Widziałam moją córkę chodzącą nerwowo szpitalnym korytarzem, lekarza, który wyciągnął mi z głowy guza wielkości orzecha włoskiego. Wiedziałam, że wrócę by dalej żyć. Powiedziała mi to moja babcia, którą znałam tylko ze zdjęcia (zginęła w czasie pierwszego bombardowania Warszawy we wrześniu1939r).

Spokojnie żyłam do 13maja 2006. Nastąpił wtedy paraliż lewostronny. Diagnoza – glejak na rdzeniu. W rzeczywistości – zawał rdzenia kręgowego, krwawienie do rdzenia, najwyżej 72 godziny życia. Wymusiłam kroplówki ze sterydów podawane pompą infuzyjną przez 72 godziny. Balansowałam między tą a inną rzeczywistością. I znowu babcia „wepchnęła mnie” na szpitalne łóżko.

Potem była operacja – implantacja kręgosłupa szyjnego- zgodziłam się na eksperyment (nowego rodzaju implanty) – mam implanty na trzech kręgach. Facet z Holandii i kobieta ze Szwajcarii przeżyli z nimi dwa lata, ja żyję do tej pory. Operacja była w upalny lipcowy dzień. Nie leżałam bezczynnie na stole operacyjnym – „latałam” po szpitalnych korytarzach, widziałam moja zapłakana córkę, której ślub był planowany na wrzesień. Powtarzała jak mantrę ” Mamo kocham Cię, nie rób mi tego”. Wróciłam – do bólu, do trosk, do kłopotów, do miłości moich bliskich. Ślub odbył się w planowanym terminie. Przyjechałam sama(!) własnym samochodem, wystrojona w kołnierz ortopedyczny. Ale byłam. I jestem.

Widocznie mam tu coś jeszcze do zrobienia. Ostatnio okazuje się, że coraz więcej. Dokonałam wyboru i jestem szczęśliwa, bez względu na wszystko, co się wokół dzieje, bo szczęście to wybór, którego dokonujemy każdego dnia.”

To podsumowanie powinno przeświecać nam w dobrych i złych chwilach.

 Podziekowania

Kochani Zmartwychwstańcy tule was do serca i dziękuję za wszystkie nadesłane relacje!

Zawsze warto rozmawiać

W świątecznym numerze Gazety Wyborczej, a konkretnie w dodatku Duży Format ukazał się artykuł „Zmartwychwstańcy” w całości poświęcony relacjom osób po śmierci klinicznej. Muszę przyznać, że przed publikacją pytano mnie, czy aby na pewno jest to słuszne i czy warto poruszać taką tematykę na łamach periodyku preferującego specyficzny światopogląd. Myślę, że zawsze warto rozmawiać, a kreowanie nowych podziałów na określone sorty w dziedzinie duchowości nie ma najmniejszego sensu. Zresztą, podziałów w tym kraju mamy wystarczająco wiele i czas szukać przestrzeni wspólnej, gdzie wszyscy jesteśmy po prostu równymi sobie wędrowcami, którzy poszukują Prawdy i odpowiedzi na pytania fundamentalne. Każdy szuka tak jak umie, w przestrzeni dostępnej własnej świadomości, patrząc przez pryzmat własnego Ja. To nas łączy.

Proponuję Państwu lekturę listu jaki otrzymałam od Pana Andrzeja:

 

„Przeczytałem właśnie artykuł „Zmartwychwstańcy” w dodatku do Gazety Wyborczej. Postanowiłem do Pani napisać, ponieważ dość już mam opowieści tzw. naukowców o halucynacjach umysłu i przedśmiertnych spazmach mózgu.

Nauka, zwłaszcza w dziedzinach technicznych i technologicznych zrobiła kolosalny postęp – jestem informatykiem i w tym sensie sam stoję w centrum zdarzeń. Z drugiej strony postęp uświadamia nam też jak wiele jeszcze nie wiemy i jak długa droga przed nami. Zapytałem kiedyś kolegę z czasów licealnych, a obecnie neurologa po doktoracie, czy jest w 100% pewien, że to, co widzą ludzie podczas tzw. śmierci klinicznej lub ogólnie NDE to zwidy i omamy produkowane przez mózg, aby lepiej nam się umierało? Odpowiedział, że on by nie miał odwagi stawiać tak definitywnych diagnoz. Przyznał, że nie chce rozmawiać z pacjentami na takie tematy, ponieważ obawia się reakcji swoich kolegów. Poniekąd rozumiem go i nie potępiam.

Pani przekonywać nie muszę, ale mam kilka słów do sceptyków. Dwa lata temu pewien „wczorajszy” kierowca wymusił pierwszeństwo i staranował mój samochód. Nie miałem szans, wbiłem się w betonową wiatę, a siła uderzenia była ogromna. Straciłem przytomność. Na szczęście działo się to można rzec na rogatkach miasta, a z pobliskich domów przybiegli ludzie, którzy wezwali pomoc. Nagle zdałem sobie sprawę, że unoszę się nad samochodem, a z ciałem łączy mnie coś, co nazwałbym błyszczącym sznurem. Widziałem dokładnie całą akcję ratunkową. Mogę wymienić imiona strażaków, którzy wydobywali mnie z samochodu. Lekarz ich poganiał i ogólnie był bardzo zaangażowany w ratowanie mojej osoby. Kiedy ciało przeniesiono do karetki oczywiście też się tam znalazłem. Zaznaczam, że serce cały czas pracowało. W drodze do szpitala raz byłem w środku karetki raz nad nią. Zapamiętałem, że mijaliśmy dom, w którym palił się dach. Późnej to sprawdziłem – rzeczywiście był tam tego dnia pożar. Widziałem siebie na stole operacyjnym i powiem, że nawet przez chwilę pomyślałem sobie, że ta ilość leków jaką we mnie wpompowano może być zabójcza. Taki czarny humor. Na sali pooperacyjnej poczułem szarpnięcie i ocknąłem się już we własnym ciele.

Cisną mi się na usta twarde, męskie słowa, ale żeby nie było żem cham i prostak pominę je. Pytam zatem sceptyków: jakim cudem widziałem to co widziałem? Gdybym chociaż na chwile odzyskał przytomność to z bólu chyba bym wył. Miałem otwarte złamanie podudzia i pęknięte żebra. Kto w takim stanie zapamiętuje cokolwiek? Zresztą pytałem lekarzy – byłem nieprzytomny. Poza ciałem pozostałem sobą, byłem wściekły na gościa, który ten wypadek spowodował, a ze swojego auta wysiadł bez niczyjej pomocy. Ot, był trochę poobijany.

Słownikowe znaczenie słowa halucynacja to: «złudne wrażenie polegające na widzeniu, czuciu lub słyszeniu czegoś, co nie istnieje w rzeczywistości» Wszystkie wydarzenia i postacie istniały w realnym świecie. Ja po prostu stałem się niewidocznym świadkiem tych zdarzeń.

Osobom, które wypowiedziały się w „Zmartwychwstańcach” – oddaję szacunek i podziwiam za odwagę. Dla Pani ukłony za całokształt.

Pozdrawiam wszystkich

Andrzej”

Ten list dowodzi, że myślenie stereotypami nie ma sensu. Nieważne, kto jaką prasę czyta i jakie ma poglądy polityczne. Najważniejsza jest Prawda w sercu.

Bardzo dziękuję za poświęcony czas i świadectwo, będące mocnym akcentem w dyskusji, jaka toczy się między sceptykami i praktykami.

 

 

Rajiv Parti „Świadectwo”

 

 

Autor książki, którą chciałabym dzisiaj polecić Państwa uwadze, jest lekarzem anestezjologiem z wieloletnim doświadczeniem klinicznym. W jego karierze zdarzały się przypadki pacjentów, którzy po wybudzeniu z narkozy opowiadali o swoich doświadczeniach z pobytu poza ciałem. Jeden z pacjentów niezwykle szczegółowo opisał przebieg operacji i bardzo pragnął, aby doktor Parti mu uwierzył lub przynajmniej znalazł czas na rzetelną rozmowę i analizę tego, co zaszło.

Rajiv Parti przyznaje, niemal z ekshibicjonistyczną szczerością, że permanentnie lekceważył owe „rewelacje” i upatrywał w nich niespecyficznego działania leków stosowanych w anestezjologii. Przyznaje też, że w pogoni za dobrami materialnymi i karierą, cierpiący człowiek przestał mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. Liczyła się jedynie statystyka zabiegów zakończonych pomyślnie i kolejne sumy pojawiające się na jego koncie bankowym. Doktor namiętnie grał na giełdzie, a smutki i zmęczenie topił w alkoholu. Uzależnił się w poważnym stopniu od leków przeciwbólowych i antydepresyjnych. Był nieczułym mężem oraz fatalnym ojcem tyranizującym własne dzieci.

W tym szaleńczym tempie dożył pięćdziesiątki. Wtedy też usłyszał dramatyczną diagnozę postawioną przez zaprzyjaźnionego lekarza: Rajiv masz raka prostaty. Oczywiście poddano go operacji. Niestety doszło do licznych powikłań. Doktor Parti trafił po raz kolejny na stół operacyjny w bardzo ciężkim stanie. Jako lekarz, oceniając własny stan doszedł do wniosku, że rokowania są słabe i najpewniej umrze. Tak się w pewnym sensie stało, z tą drobną różnicą, że doktor Parti umarł, aby narodzić się na nowo, dla siebie i dla świata.

„Czy naprawdę nazywacie to umieraniem?

W tym bliskim świetle, choć dalekim

W tym świetle, które pielęgnuje nasza nadzieja.

Do tej gwiazdy wysoko nad nami.

Każdy już wzleciał w swoich myślach

twoje ciało, umysł i duch należały niegdyś do gwiazd.

Niech to światło świeci w twoim sercu,

w twoich snach

na tej ziemi.

Śmierć jest przebudzeniem.”[1]

W stanie NDE (near-death experience) Raijv Parti doświadczył bilokacji, spotkania z ze zmarłym ojcem, odwiedził piekło i niebo oraz poznał duchowych przewodników, którzy wskazali mu jego nową drogę życia. Autor uwolnił się z obłędnego koła pragnień materialnych ( nigdy niezaspokojonych) i powrócił, jako lekarz duchowy, a jego maksyma brzmi „Wybacz, kochaj, ulecz”.

Już po NDE pogłębiając codzienne praktyki duchowe doznał objawienia, w którym spotkała Jezusa. Oczywiście, jako hinduista zastanawiał się nad zmianą wyznania. Na szczęście w porę dotarła do niego prosta prawda, że podziały religijne są czystą iluzją stworzoną przez człowieka, którego umysł nie potrafi wyjść poza granice własnego postrzegania i programów nabytych już w dzieciństwie.

Książkę czyta się znakomicie. Mimo trudnej tematyki, napisana jest jasnym tekstem. Już po pierwszych stronach można poczuć silną więź z autorem i razem z nim przeżywać jego spektakularne katharsis. Bardzo poruszając lektura.

Dodam, że przedmowę do książki napisał nie, kto inny, jak dr Raymond Moody, autor bescelara „Życie po życiu” i prekursor badań w tej dziedzinie.

 

Książka ukazała się nakładem wydawnictwa SAMSARA

 

 

 


[1] Fragment wiersza poety Karla Skali, który przeżył NDE podczas II Wojny Światowej