Historii Tadeusza ciąg dalszy cz.5

Przedstawiam ciąg dalszy losów Tadeusza.

Ruszyłem przed siebie szukając dogodnego miejsca, aby rozstać się z życiem. Idąc natknąłem się na długi gruby sznur leżący w gruzowisku. Pomyślałem, co za ironia losu, ludzie nie mogą zaspokoić podstawowych potrzeb, a ja mam sznur na zawołanie. Wypatrzyłem odpowiednie miejsce i bez żadnych wątpliwości, zupełnie mechanicznie zacząłem przygotowywać pętle. Nagle za plecami usłyszałem czyjś głos; a co ty tu robisz? Wieszać się chcesz? Zaskoczony obejrzałem się za siebie. Ujrzałem młodego chłopaka.

Zacząłem krzyczeć: a co ciebie to gówniarzu obchodzi! Nie przypominam sobie żebyśmy byli na ty! Wynocha!

Podszedł bliżej, był szczupłym blondynem.Zwróciłem uwagę na jego oczy. Były jasno błękitne zupełnie jak u małego dziecka. Poczułem się strasznie słabo, musiałem usiąść. Przez chwilę nie rozumiałem, co on do mnie mówi. Pomyślałem tylko czy jestem zahipnotyzowany? Wreszcie dotarło do mnie: pytał, czemu to robie? Opowiedziałem krótko o swojej stracie i o tym, że nie widzę sensu dalszej egzystencji na tym łez padole. Rozumiem twój żal, ale nie potrafię usprawiedliwić czynu, jaki zamierzasz popełnić.

A co taki młodzik może wiedzieć o życiu? Tadeusz uwierz mi ja tylko tak młodo wyglądam. Kolejna zagadka: skąd on zna moje imię? Słuchaj czy my się znamy – zapytałem. Tak znamy się dłużej niż myślisz. Zastanawiam się właśnie, co musiałoby się zdarzyć abyś przestał być takim egoistą? Zatkało mnie. Tadeuszu twój brat żyje. Czy przeszło ci przez myśl, że on poniósł równie wielką stratę? Czy chcesz zadać mu jeszcze więcej bólu swoją śmiercią? Zamiast odnaleźć go i przeżyć z nim żałobę? Mówisz, że nie masz, po co żyć, a pomyślałeś o ludziach, którym możesz pomóc. Niewielu jest medyków posiadających twoją zręczność i wiedzę.

Nie pomogłem własnej żonie! No wiesz, siłą woli to ty jeszcze nie leczysz. Nie brak pomocy z twojej strony ją zabił, tylko wojna. Jesteś pewien, że mój brat żyje, widziałeś go? Tak jestem pewien. Mam propozycję. Przepłyniemy dziś w nocy Wisłę i zaprowadzę cię do niego. Co mam zrobić? Zapytałem odruchowo. Pamiętasz to miejsce gdzie Anna miała wypadek? Tam będę czekał. Nagle zakręciło mi się w głowie i poczułem, że mdleje. Ktoś szturchał mnie wołając: żyjesz? Wracałem do rzeczywistości. Leżałem na stercie gruzu, nade mną stały dwie kobiety. Jedna powiedziała zostaw chyba pijany, szkoda gadać. Naszły mnie wątpliwości, może upadłem i uderzyłem się w głowę, a cała ta rozmowa była majakiem? Pomyślałem, że mimo wszystko warto spróbować. Jeśli mój brat żyje chcę przy nim być.

Wróciłem po swoje rzeczy z mocnym postanowieniem, że choćby nie wiem, co odnajdę brata. Poruszałem się między ruinami i domami, które o dziwo stały nienaruszone.Był to piorunujący kontrast. Przechodziłem podwórkami, jakbym znał tę trasę na pamięć. Dwukrotnie natknąłem się na Niemców, ale udało mi się ukryć. Powiedzieć, że czuwała nade mną jakaś nieziemska siła to jak nic nie powiedzieć. Znalazłem to miejsce, o którym wspominał chłopak. Dawno temu w innym świecie, moja żona chciała dyskretnie przebrać się w kostium kąpielowy. Wpadła na pomysł, żeby skorzystać z osłony pobliskich krzaków, wykonała przy tym jakiś przedziwny balans całym ciałem i zwichnęła sobie nogę. Niosłem Annę na rękach i choć stopa ją bolała to i śmiechu było, co niemiara. To wspomnienie dodało mi sił. Ukryłem się i czekałem na mojego przewodnika. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale byłem pewien, że przyjdzie. Czas mijał. Pojęcia nie mam ile zajęła mi droga i jak długo siedziałem w ukryciu. Mój elegancki zegarek oraz kilka banknotów w kolorze nadziei, stanowiło zapłatę za porządne wojskowe buty i manierkę. Zbierałem siły, wprawdzie zawsze świetnie pływałem, ale Wisła to wymagająca rzeka. Usłyszałem szept: Tadeusz, choć popłyniemy w tym miejscu. Chłopak wszedł do wody. Płyń za mną, będzie dobrze. Podczas przeprawy nagle straciłem go z oczu. Kiedy dobiłem do brzegu już tam był. Mówiłem ci, że się uda, obwieścił triumfalnie. Wal bracie w tamta stronę i tym razem nie zawiedź mnie Odszedł energicznym krokiem zanim zdążyłem zapytać, co właściwie miał na myśli. Szczerze mówiąc byłem wykończony. No tak, nie mam już trzydziestu lat. Ubrałem się w rzeczy, które przezornie związałem w tobołek.

Wiedziałem, że tu trwają ostre walki i w każdej chwili mogę wpaść w łapy Niemców. Na szczęście nadal czuwała nade mną ta wielka, niepojęta siła zwana opatrznością.  Wpadłem owszem, ale na powstańczy oddział. Na początku sympatycznie nie było. Wzięli mnie za szwabskiego szpicla i wcale im się nie dziwię. Pójdziesz gagatku z nami i komuś z wyższą rangą się wytłumaczysz. Zobaczymy coś ty za jeden. Już myślałem, że moi rodacy rozwalą mnie pod murem, co byłoby potwornie skrzekliwym chichotem historii. Dowódca spał, a sanitariuszka powiedziała, żeby go nie budzić tylko zawołać kogoś innego. Nagle usłyszałem znajomy głos „Kapralu jak nie wiecie, co z tym z robić to w tyłek sobie wsadźcie! Ja nie wytrzymam nerwowo” Zacząłem wołać mojego brata. Uściskał mnie serdecznie, śmiejąc się szczerze. Nagle jednak spoważniał. Tadek czy twoje pojawienie się oznacza, że zmądrzałeś czy też stało się coś złego? Tego momentu obawiałem się najbardziej. Nigdy nie byłem subtelnym mówcą. Wyrzuciłem z siebie gorzką prawdę z prędkością karabinu maszynowego. Brat zamarł w bezruchu, był skamieniały z bólu. Wreszcie z wściekłością zaczął walić pięściami w ścianę, po czym wybiegł na zewnątrz. Chciałem podążyć za nim, ale sanitariuszka zatrzymała mnie. Niech mnie pani puści on gotów strzelić sobie w łeb. Bez obaw on tego nie zrobi, to nie jest człowiek tego pokroju.

Proszę pani ja wiem, co to desperacja, ja się chciałem wieszać. Niepytany, spontanicznie zdałem jej relację z  wydarzeń jakie zaszły w moim życiu. Opowiedziałem również o tajemniczym młodzieńcu.  Czy brat wysłał po mnie tego chłopaka? Zapytałem z ciekawości Proszę pana myśmy jeszcze chwilę temu nie wiedzieli o pańskim istnieniu. No tak pomyślałem wstydził się mnie. Jak mam się do pani zwracać zagadnąłem? Basia, tak jak wszyscy. No, więc Basiu skoro brat nikogo po mnie nie wysłał to, kim był ten młody człowiek? Nie daje mi to spokoju, zwłaszcza, że bardzo dużo o mnie wiedział. Szczerość za szczerość, ja myślę, że to był Anioł Stróż. Dziewczyno rozmawiajmy jak dorośli ludzie, odrzekłem poirytowany jej infantylnością. Właśnie rozmawiamy. Tydzień temu byłam z chłopakami w kanałach. Ktoś krzyknął, że szkopy wrzucili gaz. Zaczęła się panika, tam byli też inni ludzie, wszyscy uciekali na oślep przed siebie. W pewnej chwili zostałam zupełnie sama, nie wiedziałam gdzie jestem. Wiesz miałam przy sobie morfinę, zdobyczną! Tutaj morfina jest cenniejsza od złota. Pomyślałam Boże jak zginę to lekarstwo się zmarnuje. Nagle zobaczyłam anioła, takiego z dziecięcych obrazków ze skrzydłami i aureolą. Podniósł mnie i poprowadził. Najdziwniejsze jest to, że nie myślałam skąd on się tam wziął. Moja uwaga była zajęta tylko jednym zagadnieniem – morfiną ! Opowiadałam o tej sytuacji mojej przyjaciółce. Orzekła, że jak się człowiek nawdycha gazu to samego diabła może zobaczyć. Basia energicznie poderwała się z miejsca i zaproponowała posiłek. Przyniosła chleb ze smalcem i prawdziwą angielską herbatę, której resztkę trzymała na szczególną okazję. I tak rozpoczął się kolejny etap mojego życia.

Dalszy ciąg historii Tadeusza cz.4

Podążam dalej za Tadeuszem. Jest mi coraz ciężej opisywać jego historię.

Moja żona dzielnie znosiła niewygody związane zarówno z jej stanem błogosławionym jak i z rzeczywistością miasta w stanie wojny. Bratowa martwiła się o męża i ten niepokój udzielał się również nam. W piwnicy urządziłem dla nas bezpieczne schronienie. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Podczas jednego z nalotów dywanowych zbombardowano nasz dom. Moja żona przebywała wtedy w piwnicy, bratowa z dziećmi niestety nie. Wróciła do mieszkania, aby chłopców przebrać i dać im ulubione zabawki, o które prosili. Ja szukałem wody. Kiedy samoloty odleciały i nastała ta przerażająca złowroga cisza, ogarnęło mnie złe przeczucie. Z miejsca, w którym się ukryłem pobiegłem w kierunku domu. Nie zważając na ryzyko. Biegłem bez tchu. Na miejscu przeżyłem szok. Budynek przestał istnieć. Gołymi rękoma odrzucałem gruz, aby dostać się do piwnic. Z pozostałych kamienic, które ucierpiały w mniejszym stopniu, zaczęli wyłaniać się ludzie. Na prędce uformowała się brygada, która wspierała mnie w pracy. Przez cały czas krzyczałem: szybciej, szybciej tam są żywi ludzie. Wreszcie udało się odsłonić jedno z piwnicznych okienek. Dostałem się przez nie do środka. Korytarz wytrzymał i tylko gdzie niegdzie odpadło kilka cegieł. Zobaczyłem sąsiadkę z dziećmi, po chwili pojawili się inni. Moja piwnica była jedną z ostatnich. Piwniczny korytarz wypełniał się ludźmi. Dotarłem do mojej żony. Anna siedziała skulona rękoma osłaniając brzuch. Była nieobecna, otępiała. Miałem wrażenie, że w pierwszej chwili nie poznała mnie. Musiałem za wszelką cenę wyprowadzić ja na zewnątrz, na powietrze. Nie była w stanie iść, więc wyniosłem ją na rękach. Wszyscy pomagaliśmy sobie na wiele sposobów . Tylko solidarność i współpraca mogły nas uratować. Kiedy Anna znalazła się na powietrzu i nieco oprzytomniała, zapytałem ją gdzie bratowa i dzieci? Zaczęła płakać. Najpierw cicho później krzyczała, wyła wręcz pokazując jednocześnie na ruiny budynku. Wystarczyło spojrzeć na to rumowisko, aby stracić wszelką nadzieję. Tego nikt nie mógł przeżyć. Zachowałem się jak idiota. Zamiast wspierać ją i połączyć się w żalu, zacząłem krzyczeć na Annę. Robiłem jej wymówki, – czemu pozwoliłaś im wyjść? Jak ja teraz spojrzę w oczy mojemu bratu? Dopiero sąsiad złapał mnie za ramię i zdrową mną potrząsnął. Zawołał: coś pan zwariował, kobieta w ciąży, a pan się jej czepiasz? Tamta poszła z dziećmi i zginęła – taka widocznie wola boska. Ogarnąłem się i przytuliłem płaczącą Annę. W myślach błagałem brata o przebaczenie.

Noc zastała nas w piwnicy sąsiedniego budynku. Wcześniej przeniosłem trochę naszych rzeczy. Razem z innymi mężczyznami odgruzowałem bramę i wystarałem się o wodę. Anna pozostawała pod opieką kobiet. Ten wysiłek fizyczny pozwolił mi przynajmniej częściowo rozładować napięcie. Wróciłem do Anny, leżała na materacu w ręku trzymała różaniec, modliła się o łaskę dla nas wszystkich. Przyłączyłem się do niej. Pierwszy raz od wielu lat wzniosłem myśli do Boga. Prosiłem, aby „los przeciwny” został mi darowany. W nocy Anna zaczęła rodzić. Poród w ósmym miesiącu, w fatalnych warunkach sanitarnych, pod ostrzałem. Trudno wyobrazić sobie gorszy scenariusz. Jedna z pań pomagała nam z cierpliwością i oddaniem zaiste godnymi dobrego samarytanina. O transporcie do szpitala nie było mowy. Mijały minuty, godziny, które ciągnęły się w nieskończoność. Cierpienie Anny i moja bezsilność. Wreszcie na świecie pojawiła się moja córeczka. Sina, z pępowiną owiniętą wokół szyjki, bez oddechu. Próbowałem masować jej serduszko, tchnąć życie w to małe ciałko, bezskutecznie . Była martwa. Anna zdała sobie sprawę z sytuacji, dziecko nie płakało. Powiedziała żebym jej podał malutką. Zawinąłem ją w jakieś gałganki, które litościwie podała mi asystująca kobieta. Płakaliśmy obydwoje długo, bardzo długo. Powiem ci, że TAK płakać można tylko raz w życiu. Rozpoczął się kolejny nalot. Nie baliśmy się było nam wszystko jedno. W pewnym momencie Anna zaczęła bardzo intensywnie krwawić. Kiedy nalot dobiegł końca. Byłem ojcem martwego dziecka i wdowcem.

Popadłem w stan otępienia, nie płakałem, nie żaliłem się, nie bluźniłem. Kopałem grób na podwórkowym skwerze.Z pomocą towarzyszy tej niedoli pochowałem moje kobietki. Z samego pogrzebu nie pamiętam nic. Nie wiem czy trwałem w tym dziwnym stanie zawieszenia dzień czy dłużej. Jakaś pani podała mi miskę z rozgotowaną kaszą i zachęcała do jedzenia. Jedz, musisz jeść, przecież trzeba żyć. No właśnie wtedy doszedłem do wniosku, że niekoniecznie trzeba. Wstałem i bezmyślnie ruszyłem przed siebie. Trafiłem na mszę odprawianą na jednym z podwórek. Ludzie w tym czasie podzielili się na dwie grupy jedni zwątpili we wszystko nie wyłączając Boga, drudzy popadali w religijno-mistyczną egzaltację. Kapłan powiedział idźcie ofiara spełniona. Pomyślałem o tak hekatomba ofiarna składana jest każdego dnia.Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Czas za nią zapłacić, rozliczyć się z życia, stanąć na baczność i przyjąć do końca „los przeciwny”.