Powołanie aż po kres czasu

 

Dzisiejsza relacja nawiązuje częściowo do poprzednio publikowanej. Również mamy do czynienia z bardzo dramatycznym porodem i niecodzienną interwencją, która być może uratowała życie świeżo upieczonej matki.

Pani Joasia, której zawdzięczmy tą opowieść, miała wykonany planowy zabieg cesarskiego cięcia. Dzieciątko ułożyło się poprzecznie i nie było innej możliwości, aby bezpiecznie przyszło na świat. Operacja odbyła się w wyznaczonym terminie i została przeprowadzona przez ordynatora oddziału. Teraz oddaję głos głównej bohaterce:

„ Zabieg wykonywany był w pełnym znieczuleniu, a ostatnią rzeczą, jaką pamiętam zanim zasnęłam była postać zakonnicy stojąca przy stole operacyjnym. Po odzyskaniu świadomości doszłam do wniosku, że zakonnica była wytworem mojej wyobraźni lub omamem wywołanym przez podane leki. Wieczorem poczułam się bardzo źle. Miałam gorączkę i bardzo bolał mnie brzuch. Nie potrafiłam przekręcić się z boku na bok. Poprosiłam pielęgniarkę, aby zawołała lekarza. Usłyszałam, że doktor jest sam i w tej chwili operuje. Jak skończy to przyjdzie. Minuty mijały, a ja czułam się coraz gorzej. Leżałam na sali jednoosobowej, był to luksus, za który zapłaciłam żeby mieć spokój W pewnej chwili przy moim łóżku pojawiła się ta młoda zakonnica. Krzyknęłam z emocji, a ona położyła palec na swoich ustach dając mi do zrozumienia, że mam być cicho. Zakonnica stanowczym tonem oznajmiła: zaszyli w tobie gazik, walcz o siebie, bo to się może bardzo źle skończyć. Nie poddawaj się! Zakonnica zniknęła, a do sali wszedł mój mąż. Byłam tak skołowana, że nie wiedziałam, co jest jawą, a co snem. Powiedziałam do męża: ja czuję, że oni coś we mnie zostawili. Mój mąż dotknął mojego czoła, oczywiście nie jest lekarzem, ale każdy wie, że gorączka w połogu nie wróży nic dobrego. Pominę karczemną awanturę, potworny ból i niewyobrażalną obojętność lekarza. Tak czy inaczej wylądowałam na stole operacyjnym. Rzeczywiście – gazik został we mnie i był przyczyna stanu zapalnego. Po tej drugiej operacji byłam strasznie słaba. Przyszła do mnie moja lekarka, która prowadziła ciążę i dość czarno przedstawiła przyszłość, szacując mój pobyt w szpitalu na tygodnie. Następnego dnia było już lepiej. Znowu wieczorem zobaczyłam zakonnicę, która uśmiechała się do mnie takim łagodnym uśmiechem i zapewniła, że teraz wszystko będzie dobrze i za kilka dni będę już z synkiem w domu.

Nie wiem czy to dziecko tak na mnie działało, ale mój stan poprawiał się w tempie ekspresowym. Wróciłam do domu i zajęłam się własną rekonwalescencją i moim maluchem. Sprawa zakonnicy nie dawała mi jednak spokoju. Było nie było sporo jej zawdzięczałam. Udało mi się ustalić, że jeszcze podczas wojny wśród personelu szpitala zakonnice stanowiły spory procent kadry. Czyli istniała szansa, że któraś z nich pozostała na stanowisku i nadal w ten przedziwny sposób opiekuje się chorymi. Na tym moja wiedza się kończyła.

Kilka miesięcy później mój mąż zachorował na zapalenie oskrzeli. Lekarz doradził, aby postawić bańki. Moja mama przyprowadziła do nas panią Leosię, emerytowaną pielęgniarkę. Byłam zaskoczona ile wigoru ma w sobie ta blisko siedemdziesięcioletnia kobieta. Pani Leosia nie chciała przyjąć pieniędzy, więc zaproponowałam jej kawkę i ciasto. Zgodziła się chętnie, bo jak sama stwierdziła najważniejsze to być między ludźmi. Wiedziałam od mamy, że pani Leosia pracowała w szpitalu, o który mi chodziło. W trakcie rozmowy postawiłam wszystko na jedna kartę i opowiedziałam, co mi się przytrafiło. Pani Leosia nie była wcale zaskoczona. -A to na pewno nasza siostra Róża pomogła. Pracowałam z osobami, które siostrę Różę znały i każdy mówił, że ona już za życia była święta. Pracowita niesamowicie, a przy którym chorym się modliła ten był uratowany. Nie przeżyła wojny, niestety. Po śmieci zaczęto ją widywać w szpitalu. Ja sama ją raz widziałam i uważam, że spotkał mnie zaszczyt. Najlepsza historia, jaką pamiętam wydarzyła się na początku lat osiemdziesiątych. Przywieźli na chirurgię takiego partyjnego barona z atakiem wyrostka. Operował go najlepszy chirurg. Oczywiście leżał w pojedynkę, a nam przykazano koło niego skakać. W noc po operacji ten pacjent zaczął krzyczeć: zabierzcie mi stąd tę zakonnicę, ja chcę normalną pielęgniarkę. Byłam na dyżurze z panią doktor i od razu żeśmy się zorientowały, o co chodzi. Żebyś zobaczyła jego minę, jak mu lekarz powiedział, że tu żadna zakonnica nie pracuje, a on widział ducha. Niesamowita to była sytuacja. Róża jeszcze niejedno życie uratuje, takie jej powołanie.

Znalazłam odpowiedź na nurtujące mnie pytanie. Kiedy o tym mówię wydaję się to nierealne, ale przecież wiem, co widziałam”.

Historie o lekarzach i pielęgniarkach pozostających na stanowisku nawet po śmierci nie należą do rzadkości. Większość szpitali z tradycjami, ma urzędującego ducha, który jest widywany nie tylko przez pacjentów. Jeśli miałabym pokusić się o osobistą refleksie to wydaje mi się, że te szlachetne dusze, przechodzą (po wyjściu z ciała) pewną transformację i dobrowolnie wracają, jako opiekunowie w wybrane przez siebie miejsca. Wracają, aby pomagać, kiedy nasze życie jest zagrożone.

Skuteczne metody komunikacji

Wobec korespondencji, którą od Państwa otrzymuje doprawdy trudno pozostać obojętnym. Każda wiadomość to kolejna ciekawa relacja, dowód na istnienie świata, którego mieszkańcy choć są niewidoczni gołym okiem, to okazują nieustanne zainteresowanie naszymi sprawami. Przekazują wiadomości, ostrzegają i troszczą się o nas .

Nasi opiekunowie działają często w zakamuflowany sposób. Dla mnie to oczywiste i jasne. Gdyby mieli ukazać się w swojej prawdziwej formie, lub manifestowali swoją obecność, jako anioł w ujęciu lansowanym przez ikonografię chrześcijańską, to na widok wielkich skrzydeł i jasnej poświaty ludzie lądowali by w szpitalu, a nie zastanawiali nad treścią konkretnego przekazu. Innymi słowy uważam , że widzimy i słyszymy to, na co jesteśmy gotowi. Forma przekazu dostosowana jest do okoliczności i jeśli sytuacja tego wymaga ma zachęcić nas do natychmiastowego działania.

Oto fragment poruszającej historii jednego z czytelników :

„ Żona namówiła mnie żebym napisał do pani i opowiedział historię, która przydarzyła mi się trzy lata temu. Jeżdżę ciężarówką i po długim kursie wracałem do domu. Jadę sobie spokojnie i nagle na drodze widzę psa. Wypisz, wymaluj mój Barii . Pies, którego miałem przez 10 lat. Zmarł ze starości kilka lat temu. Myślę sobie pies do psa podobny, ale coś jednak nie dawało mi spokoju. Zwolniłem i tak sobie pomyślałem, że może to ostrzeżenie. Po kilku kilometrach znowu widzę na drodze tego psa. Zdecydowałem, że czas się zatrzymać i wypić jakąś kawę na oprzytomnienie. Nagle patrzę, a tu na drodze stoi Tir na światłach awaryjnych, minąłem go i popatrzyłem we wsteczne lusterko i co widzę? Barii stoi obok tego Tira i wyje. Wie Pani, aż mi się zimno zrobiło, zaparkowałem na poboczu i podszedłem do tego Tira. Psa tam nie było, ale patrzę, a obok Tira na takiej górce leży nieprzytomny człowiek. Nachyliłem się nad nim. Nie poczułem alkoholu, ale on nie reagował zupełnie. Wezwałem Policję i Pogotowie. (…) Jak się okazało był to zawał. Tego człowieka udało się uratować i do dziś utrzymujemy dobry kontakt. Moja żona powiedziała, że to Anioł Stróż chciał żebym zrobił dobry uczynek. Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, ale faktem jest, że lata temu kiedy umarła moja babcia Barii wył całą noc jak oszalały. Nie dało się go uspokoić. Babcia mieszkała w Sanoku, to jest 160 kilometrów od mojego domu rodzinnego. I wie Pani co? Kiedy na drodze spojrzałem w to lusterko to nie tylko widziałem wyjącego Barika, ale też go słyszałem.”

Jeszcze jeden list:

„(…) W prezencie ślubnym od teściów dostaliśmy grunt pod budowę domu. Nasze działki graniczą ze sobą i co muszę podkreślić, bardzo dobrze ze sobą żyjemy. Teściowa już nie pracuje, ale teść jeszcze jest aktywny zawodowo i czasem jeździ w delegacje. (…) To była letnia noc. Mój mąż już spał, a proszę mi wierzyć sen ma wyjątkowo mocny. Ja kończyłam jakąś pilną robotę i położyłam się po północy. Nagle usłyszałam dziwne dźwięki od strony tarasu. Podeszłam do oszklonych drzwi i zobaczyłam kota, który niesamowicie rozrabiał. Zrzucił mi dwie doniczki, przewrócił suszarkę i jeszcze parę innych rzeczy. Wkurzyłam się bo włożyłam wiele pracy w upiększanie tarasu. Otworzyłam drzwi i przegoniłam go. Po kilku chwilach wrócił i znowu hałasował. Tym razem założyłam szlafrok i postanowiłam się z nim energicznie rozprawić. Na mój widok zeskoczył z tarasu. Poszłam za nim i w świetle latarni zobaczyłam przepiękne zwierzę. Kot był wyjątkowo duży i miał wielkie zielone oczy. Nigdy wcześniej nie widziałam takiego w okolicy. Wiedziona jakimś przymusem wewnętrznym chciałam go dotknąć. Przeszłam kawałek, a kot odskoczył, ale nie uciekł tylko siedział na krawędzi trawnika jakby chciał żebym za nim szła. Poszłam. W pewnej chwili przeskoczył płot na posesji moich teściów. Ze zdziwieniem zauważyłam, że pali się u nich światło w salonie i w kuchni. Zaniepokoiło mnie to, bo teściowa była sama w domu, a zwykła kłaść się spać z kurami. Zawróciłam do domu, żeby obudzić męża. Na tarasie znów siedział ten kot jakby pilnował czy robię to, co on chce. Z mężem poszliśmy do domu rodziców i okazało się, że teściowa leży nieprzytomna na podłodze. Wezwaliśmy pomoc.(…) Miała udar i szybka pomoc okazała się niezwykle ważna. Teraz już doszła do siebie i jest dobrze. Pytałam wszystkich mieszkańców okolicznych domów czy ktoś ma lub widział w okolicy takiego kota? Wszyscy zaprzeczali. Sama nie wiem, co mam o tym myśleć. Kot na balkonie był i ślady jego demolki również. Gdyby nie on to oczywiście nie latałabym w szlafroku po całym terenie i nie odkryłabym , co spotkało moją teściową. I jeszcze to, że wrócił kiedy pobiegłam po męża, a potem zniknął jak kamfora.”

Czy można znaleźć racjonalne wytłumaczenie dla opisanych sytuacji? Owszem można, jak mawiają ludzie szczególnie asertywni” wszystko można zrobić”. Ja dodaję od siebie, ale nie wszystko warto robić. W opisanych przypadkach dzięki szybkiej reakcji uratowano ludzkie życie. W czasach znieczulicy i obojętności , w czasach gdy po prostu strach zatrzymać samochód gdzieś na odludziu , taka „zachęta” ze strony Opiekunów jest niezbędna, a dla tych którym ratunek niesiemy , jest błogosławieństwem. Widać, że Opiekunowie to istoty praktyczne, które rozumieją zasady prawidłowej komunikacji i z definicji działają skutecznie.

Na zakończenie jeszcze jedna historia:

„Moja mama twierdziła że gdyby nie pies, który jej się ukazał mój tato wypadłby z okna. Mama spała i nagle poczuła że coś liże ją po ręce. Otworzyła oczy i ze zdziwieniem stwierdziła że to duży czarny pies, który błagalnym wzrokiem jakby prosił żeby szybko poszła za nim do kuchni. Postanowiła za nim pójść i zobaczyła że mój ojciec o mało co nie wypadnie z okna…Przyszedł z pracy zmęczony, chciał powyglądać w oknie i chyba zasnął…mama w ostatniej chwili wciągnęła go za nogi…Zawsze twierdziła że zjawa psa uratowała mu życie. Chyba nie muszę mówić że nie mieliśmy psa nawet nikt z sąsiadów. Gdy mama wciągnęła ojca po psie nie było śladu…Tak zastanawiam się czasem nad tym co opowiadała mama ale mówiąc to była zawsze tak przejęta że nie sposób podejrzewać było ją o oszustwo…”

 

Nic na siłę, proszę nic na siłę!

Piszecie Państwo do mnie w różnych sprawach. Otrzymuję korespondencję od osób, które niedawno utraciły kogoś bliskiego i szukają wsparcia oraz odpowiedzi na dramatyczne pytanie; dlaczego On/Ona musiał odejść? Dlaczego dobrzy ludzie cierpią i umierają w męczarniach? Czasami proszona jestem o pomoc w wyjaśnieniu okoliczności śmierci. Jeśli jestem w stanie zawsze staram się pomóc. Spora grupa Czytelników dzieli się ze mną swoimi przeżyciami z pogranicza śmierci lub z szeroko pojętej sfery paranormalnej. Za wszystkie maile bardzo dziękuję.

Zdarzają się jednak maile, które bardzo mnie drażnią i napawają niechęcią. Chodzi mi o wiadomości pisane przez ludzi, którzy desperacko pragną nawiązać kontakt z osobą zmarłą lub innymi metodami uzyskać wskazówki w sprawie dóbr materialnych przez nią ukrytych. Choć często listy te pisane są w sposób bardzo elegancki, a autor wznosi się na wyżyny sztuki epistolarnej (byle tylko nie nazywać rzeczy po imieniu) to treść od tych zabiegów nie zyskuje. Jak mawia pewien ojciec z Torunia: „Nie mylmy szamba z perfumerią”.

W skrócie korespondencja ta wygląda mniej więcej tak: „ Moja ciotka/babka/stryjek za życia zgromadzili sporo złota/kosztowności/waluty. Na własne oczy widziałem szkatułki/słoiki/pudełka z których dobra wręcz przelewały się na zewnątrz. Jestem/jesteśmy jedyną rodziną i oczekiwaliśmy tego spadku (moim zdaniem powinno być czekaliśmy na ten zgon, ale kłócić się nie będę). Ciotka/babka/stryjek żyli skromnie. Po przeszukaniu mieszkania/domu/ogrodu nigdzie nie znaleźliśmy owych precjozów/waluty. Powstaje pytanie- gdzie zostały ukryte? (gdzie ta stara sknera je ukryła). Jesteśmy spadkobiercami i nam się to po prostu należy.

Niektórzy spadkobiercy łatwo się nie poddają ”wynajęliśmy człowieka , który sprawdził teren wykrywaczem metali”, „Wezwaliśmy radiestetę”, „Byliśmy na seansie i dziadek powiedział, że schował to i owo w garażu i przedpokoju. Niestety po skuciu kafelek i zdarciu boazerii nic nie znaleźliśmy. Dziadek z nas zakpił albo ta kobieta z seansu była jakaś głupia”.

Drodzy, zawiedzeni spadkobiercy jedno jest pewne: nic wam się nie należy. Każda osoba (pomijając oczywiście ubezwłasnowolnione sądownie) do ostatnich chwil swej ziemskiej egzystencji ma prawo w pełni decydować o swoim majątku. Powołujecie się na więzy krwi, na tradycję i rodzinne obyczaje. Zapytam nieśmiało: gdzie byliście kiedy krewny was potrzebował? Ile razy daliście do zrozumienia, że jest zbędny, że marudzi, że nie macie dla niego czasu? Czy przez więzy krwi i tradycję rozumiecie telefon lub kartkę z życzeniami trzy razy do roku?

Jeśli jak twierdzicie ktoś babcię/ciotkę/stryjka omotał i namówił do przekazania swojego majątku to pytam gdzie wtedy byliście? Oczywiście nie neguje, że trafiają się sprytni naciągacze. W polskich sądach toczą się sprawy o podważenie wiarygodności testamentu. Rodziny sądzą się tak z osobami świeckimi jak i duchownymi. Zdarzają się zwłaszcza zakony, które choć z nazwy ubogie i bose to mieszkaniem w dobrej lokalizacji nie pogardzą.

Zapytam zatem raz jeszcze, gdzie byliście spadkobiercy kiedy owi „opiekunowie” systematycznie odwiedzali seniora i zapewniali mu to czego pragnął tj. zainteresowanie i opiekę? Starsi ludzie bywają naiwni, ale w sprawach dziedziczenia nie jest łatwo przekonać ich aby de facto wydziedziczyli wnuki/bratanice/siostrzeńca i przekazali dorobek życia obcej osobie lub jakiejś instytucji. Taki senior-delikwent musi być urabiany miesiącami jeśli nie latami żeby postąpił zgodnie z wolą swoich „opiekunów”.

Poruszę jeszcze temat seansów spirytystycznych i wykorzystywania pozyskanej tam wiedzy do celów eksploracyjnych. Po pierwsze uważam, że ściąganie duszy z innego wymiaru w celu wypytania o lokalizację szkatułek/słoików/pudełek jest tak wielkim nietaktem, że aż brak mi słów aby to wyrazić. (Oczywiście brak mi słów w języku ludzi kulturalnych. W każdym innym służę bardzo mięsnymi określeniami).

Przy stoliku gromadzi się energia osób uczestniczących w seansie. Jak wiemy prawo sympatii lub jak kto woli zasada przyciągania podobieństw działa we wszechświecie bez zarzutu, a co za tym idzie możemy się spodziewać, że przy stoliku „spadkobierców” pojawi się byt odpowiadający ich nastawieniu. Taki nieproszony gość ma zapewne niezły ubaw odpowiadając na zadane pytania. Jeśli nawet na to zaproszenie zareaguje ów zmarły krewny to pytam jakie jest prawdopodobieństwo, że z perspektywy zaświatów, zmieni zdanie i ujawni ukryte przedmioty? Moim zdaniem niewielkie bądź żadne.

Zawiedziony spadkobierco, skoro nie interesowałeś się krewnym za życia, to po śmierci tym bardziej daj mu spokój. Jeśli coś ze swego majątku ukrył, to miał do tego prawo. Jeśli przekazał na inny cel niż zasilenie Twojego konta, widocznie taka była jego wola.

Zawiedziony spadkobierco stań przed lustrem tam znajdziesz powód jego/jej decyzji.

 

Cuda małe i wielkie

Po lekturze książki Erica Matax’a zaczęłam zastanawiać się nad cudami jakich doświadczyłam we własnym życiu i cudami jakie stały się udziałem osób mi bliskich lub po prostu znajomych. Postanowiłam przytoczyć kilka historii, wydaje mi się, że będą swoistym suplementem do książki E. Matax’a.

Zacznę od dwóch, sytuacji jakie przydarzyły się osobie dobrze mi znanej. Na wstępie jednak trzeba zaznaczyć, że Małgorzata, która jest główną bohaterką tych historii, to osoba niezwykle zorganizowana i szalenie poważna. Przy tym konsekwentna i oczywiście odpowiedzialna. Można by rzecz ludzkie wydanie szwajcarskiego zegarka. Małgosia przeżyła dwie historie, których w żaden sposób nie potrafi wytłumaczyć nie włączając w to działania sił wyższych.

Pierwsza wydarzyła się dwa lata temu. Pewien znajomy zaproponował jej wyjazd do Pragi. Jechał tam w związku z prowadzoną działalnością i Małgosia mogła zabrać się z nim, dzięki czemu zaoszczędziła by na kosztach podróży. Wyjazd planowany był z wyprzedzeniem. Małgosia ma w Pradze rodzinę, którą bardzo chciała odwiedzić. Coś lub Ktoś zapobiegł jednak tej wspólnej podróży. Małgorzata wpisała do kalendarza (jako dzień wyjazdu) nie czwartek tylko piątek i tak miała zaplanowany urlop. Kiedy znajomy przyjechał po Małgosię, nie zastał jej w domu. Oczywiście dzwonił do niej, ale nie odebrała ponieważ była bardzo zajęta. Pojechał zatem sam. W drodze powrotnej stracił panowanie nad samochodem i uderzył w drzewo. Zważywszy okoliczności, wyszedł z wypadku prawie bez szwanku. Samochód od strony pasażera został dosłownie zmiażdżony. W ten sposób wielki żal jaki czuła Małgosia w związku z tak „niefortunnym zbiegiem okoliczności” przekształcił się w wielką radość. Nie po raz pierwszy , jak sama mówi „dostała odroczenie”.

Kilka lat wcześniej Małgosia pojechała w delegację do Hiszpanii. Przejęta rolą (po raz pierwszy powierzono jej tak ważną sprawę) sprawdzała wszystko po dziesięć razy, żeby w stu procentach wywiązać się ze swoich obowiązków. Nastawiła budzik w telefonie, niestety coś w systemie zaszwankowało i obudziła się sama trzydzieści minut później niż było to planowane. Nie zdążyła na pociąg. Nie tracąc ani chwili, usiłowała dostać się w umówione miejsce innymi środkami lokomocji. W tym czasie pociąg, którym planowo miała jechać, wykoleił się. Małgosia dopiero w taksówce, dojeżdżając na miejsce spotkania, zdała sobie sprawę, że telefon zawiesił się i brak połączeń oraz awaria funkcji budzenia, były tego konsekwencją. Kiedy weszła do biura swoich kontrahentów, wszyscy zaczęli ją ściskać i całować. Myśleli, że zginęła w katastrofie.

Inny przypadek, tym razem z czasu wojny. Pewna miła staruszka opowiedziała mi jak, wraz z kilkunastoma osobami, stała pod ścianą ściskając kurczowo rączkę swojej pięcioletniej córeczki, a Niemcy rozkładali karabin maszynowy aby ich rozstrzelać. Kobieta była pewna, że nie wyjdą z tego cało i że to jej ostatnie chwile. W pewnym momencie podjechał samochód i wysiadł z niego starszy pan w mundurze (dystynkcji nie znała). Zaczął krzyczeć, że on nie prowadzi wojny z kobietami i dziećmi. Ostro protestował aby nie dopuścić do tej egzekucji. Moja rozmówczyni znała niemiecki i rozumiała jego słowa. Po kilku minutach negocjacji uwolniono kobiety i dzieci. Niestety mężczyzn rozstrzelano. Zapytałam tą panią czy wierzyła i prosiła o ten cud. Jej odpowiedź była dla mnie zdumiewająca. ”Nie wierzyłam już w żaden cud, w ratunek. Prosiłam Boga żeby to się stało szybko i żeby moje dziecko nie czuło bólu. Tylko o to prosiłam”.

Teraz „mały cud”, który przytrafił się mojej Babci. Otóż Babcia w trakcie okupacji złamała sobie rękę. Kiedy, po wyleczeniu, lekarz wyjął rękę z gipsu, pewien znajomy poradził Babci aby ten gips zostawiła i zakładała wychodząc na miasto (bywało, że chorych nie wywożono). W tym czasie w Warszawie łapanki osiągnęły swoiste apogeum. Strach było wychodzić na ulicę, ale cóż przynajmniej jedzenie trzeba było jakoś zorganizować. Babcia założyła gips i wyszła z domu. Przez całą drogę jak mantrę powtarzała słowa , których nauczył ją ten znajomy „ich bin krank” ( jestem chora) . Babcia nie znała niemieckiego i zważywszy niechęć do tego języka, nauka nie przychodziła jej łatwo. Traf chciał , że zaczęła się łapanka. Babcia rozpaczliwie próbowała się ratować i pokazując na gips wykrzykiwała (jak jej się wydawało) wyuczony tekst. W pewnym momencie Niemcy zaczęli się strasznie śmiać. Jeden z nich machnął ręką i wepchnął moją Babcię do bramy. Uciekła przez podwórko na inną ulicę, a potem dostała się do domu. Jak się później okazało moja Babcia, kobieta wysoka i zdecydowanie postawna, wykrzykiwała „ich bin Schrank” (jestem szafą), co rozbawiło oprawców i w konsekwencji uratowało ją przed wywózką. Jednym słowem cudowna pomyłka.

Ktoś powie, te przypadki można logicznie wytłumaczyć. Nie zaprzeczam, że do pewnego stopnia tak. Można pomylić datę i to się zdarza stosunkowo często, tylko czy często taka pomyłka ratuje życie ?. Awaria telefonu niestety również do rzadkości nie należy. Lawina zdarzeń, którą ta awaria spowodowała, lub którym zapobiegła to już zupełnie inna sprawa.

Moja Babcia pomyliła słowa. Krank i Schrank rymują się więc nie ma w tym nic niezwykłego, mogła gdzieś usłyszeć słowo „Schrank” i choć nie znała jego znaczenia użyła go. Była zdesperowana i przerażona. Jednak nie zmienia to faktu, że ta banalna pomyłka w cudowny sposób ocaliła jej życie.

Trudno mi uwierzyć w zbieg okoliczności, nadzwyczajną koincydencję zdarzeń, która występuje przypadkowo i ma decydujący wręcz wpływ na życie danej osoby. Wierzę raczej w słowa Małgosi, która mówi o „odroczeniu ostatecznego” jako interwencji sił, które z sobie tylko znanych powodów wkraczają do akcji i zmieniają scenariusz zdarzeń zgodnie ze swoją (?) wolą. Ufam fali, która mnie niesie i wierzę w cuda, choć podobno „wierzyć to znaczy ufać kiedy cudów nie ma” (Jan Twardowski).

W tak wielu kolorach …

Miałam bardzo ciekawego rozmówcę, którego zwyczajowo przywiódł do mnie Tadeusz. Jak już wspominałam swoiste pośrednictwo Tadeusza jest dla mnie sprawą kluczową, ponieważ wiem, że mogę czuć się bezpiecznie, a osoba rozmówcy jest tą, za którą się podaje. Niedawno zadałam Tadeuszowi kilka pytań, a konwersacja z Karolem, bo tak nazywa się mój ostatni gość, potwierdziła jedynie wcześniej uzyskane odpowiedzi.

Znalazłam się przed budynkiem, którego architektura najbardziej kojarzy mi się z klasztorem. Nieopodal mnie pojawił się młody mężczyzna. Ubrany był w mundur przedwojennego policjanta. Średniego wzrostu, sylwetka raczej szczupła, przyjemna twarz, jednym słowem prezencja nienaganna. Powiedział, że ma na imię Karol. Wskazał ręką na budynek i oznajmił: tu wszystko się zaczęło.

Ponieważ kompletnie nie wiedziałam gdzie się znajdujemy, a jedyną podpowiedzią była charakterystyczna architektura budynku zapytałam- czy ciebie zabili Sowieci?

– Tak, zamordowali mnie w Twerze. Służyłem w Policji i pokazuję się tobie w mundurze, bo jestem z tego dumny. Dumny z tego, kim byłem.

Przywieźli nas do tego klasztoru i nie mogę powiedzieć warunki były trudne, ale nie tragiczne. Po pewnym czasie zaczął mi doskwierać głód. Zawsze sporo jadłem, miałem taką dziwną przemianę materii, że ile bym nie zjadł to nie tyłem. Na dzień przed moją wywózką, razem z kolegą zwędziliśmy z zapasów żołdaków, którzy nas pilnowali tuszonkę i chleb. To była uczta! Kolega był trochę wystraszony, a ja powiedziałem wtedy coś bardzo głupiego -wolę umrzeć syty niż siedzieć tu wiecznie głodny. Chyba moje słowa padły w złą godzinę. W tym czasie wywieziono już wiele osób. Rosjanie mówili, że przenoszą ich do miejsca gdzie będą mieli zapewnione lepsze warunki. Nam już nic takiego nie obiecywali. Kazali zabrać rzeczy osobiste i wsiadać do ciężarówek. Trafiliśmy na stację kolejową, a potem znowu do ciężarówek. Bardzo się bałem. Na miejscu sprowadzili nas do piwnic. Straciłem nadzieję. Był tam taki mały pokój, a potem nic nie pamiętam.

Nagle zobaczyłem, że stoję nad wielkim dołem i z przerażeniem stwierdziłem, że jednocześnie leżę w tym dole. Nie miałem pojęcia, co się ze mną dzieje. Myślałem, że to szok, że tam w dole to nie moje ciało. Obok mnie przeszedł jeden taki z NKWD. Zdałem sobie sprawę, że mnie nie widzi. Dookoła krążyły różne niepokojące, ciemne kształty. Instynkt podpowiedział mi, że one są złe. W pewnym momencie stała się rzecz dziwna. Z tego dołu zaczęły unosić się kolorowe obłoki, albo raczej smugi światła. Z minuty na minutę było ich coraz więcej. Splatały się i unosiły w górę. Wyglądało to jak kolorowy dziecięcy lizak. Wiem, że to trochę głupio brzmi, ale takie było moje pierwsze skojarzenie. Czułem, że mogę do nich dołączyć, ale byłem zbyt zdumiony i zajęty obserwacją tego zjawiska, aby podjąć jakąś decyzję. Wreszcie kolorowe światła znikły. Zostałem sam. Docierało do mnie, w jakim położeniu jestem. Widziałem kolejne transporty. Nie mogłem nic zrobić. Ta bezsilność bolała. Po jakimś czasie, jeśli można to tak ująć, dołączył do mnie kolega. On też nie rozumiał, że jesteśmy jedynie duchami. We dwóch było jakoś lepiej. Mój kolega miał na imię Stanisław. Jednego dnia powiedział, że najbardziej na świecie chciałby zobaczyć swojego synka. Wtedy tak jakby coś nami szarpnęło i znaleźliśmy się w jego mieszkaniu. To dało nam do myślenia. Po pewnym czasie przenieśliśmy się do tego klasztoru, gdzie nas przetrzymywali. Niestety nikogo tam już nie było, to znaczy nikogo z naszych kolegów. Spotkaliśmy zakonnika, widział nas, więc też już do świata żywych nie należał. Modlił się pod ścianą, na której pozostał ślad po wielkim krzyżu. Zapytaliśmy go, za kogo tak się modli? Odpowiedział, że za swoich rodaków, którzy dopuścili się strasznych zbrodni. Zauważyliśmy, że te ciemnie postaci przed nim uciekają. Zapytany wyjaśnił, że to duchowa moc je odgania i niszczy. Nauczył nas, abyśmy broniąc się przed nimi, kierowali myśli do Boga lub przywoływali pamięć o kimś, kogo kochamy, albo wspomnienia pięknych chwil. Prosił nas o wybaczenie dla oprawców. Powiedziałem, że wybaczać mogę tylko w imieniu własnym. Staszek tak samo przebaczył im swoją krzywdę. Kiedy odpuściliśmy im, poczułem ulgę. Takiego stanu uniesienia nie pojmowałem.

Zapytałam gdzie jest teraz Stanisław?

Odpowiedział, że już odszedł. Był zmęczony walką z ciemnymi postaciami, którym obaj wytoczyli duchową wojnę. Karol też chce odejść, tylko czeka na brata. Nie zostawi go, teraz ciężko chorego właściwie w stanie terminalnym. We dwóch zawsze raźniej.

Karol bardzo mnie wzruszył. Obiecał, że przyjdzie się pożegnać. Mam nadzieję, że słowa dotrzyma.

Muzykalny Wiktor – wierny przyjaciel

Ciekawych opowieści pan Stefan zna, co niemiara. Nie ma w tym nic dziwnego. Przeżył zesłanie na Syberię gdzie stracił rodziców. Wstąpił do armii polskiej tworzonej w ZSRR i przeszedł cały szlak bojowy do samego Berlina. Dzisiaj opiszę historię, która najbardziej do mnie przemówiła.

 

Pan Stefan służył w oddziale rozpoznawczym, czyli tak zwanym zwiadzie. Mówił dobrze po niemiecku, co stanowiło spory atut. Wśród towarzyszy broni szczególnie przyjacielskie relacje nawiązał z Wiktorem. Mieli te same smutne doświadczenia z zesłania. Wiktor był człowiekiem wyjątkowo inteligentnym. Poza tym posiadał słuch absolutny. Przed wybuchem wojny rozpoczął studia w konserwatorium muzycznym, niestety niedane mu było ich ukończenie Potrafił grać praktycznie na każdym instrumencie, a jeśli nie grał to gwizdał. Kochał muzykę i chciał, aby ciągle mu towarzyszyła. Często umilał kolegom czas wygrywając ich ulubione melodie na harmonijce. Zginął na terenie Brandenburgii. Gdy przeszukiwali opuszczony dom, znalazł bandżo. Ucieszony sięgnął po instrument, niestety okazało się, że była to mina pułapka. Wiktor stracił rękę i odniósł dotkliwe obrażenia prawej strony ciała. W szpitalu odzyskała przytomność, miał świadomość tego, że umiera. Przed śmiercią powiedział do jednego z kolegów -ja już nie dojdę do Berlina, ale za to was w tej drodze przypilnuję. Zaśpiewaj dla mnie Mazurka jak już Berlin padnie. Dla Stefana śmierć kolegi była szczególnie bolesna. Wszystkich żal, ale jego wyjątkowo. Taki zdolny był.

Życie i wojna trwały dalej. Stefan z dwoma kolegami został wysłany na zwiad. Podeszli od strony lasu. Nie znam szczegółowej topografii tego terenu. Tak się jednak nieszczęśliwie złożyło, że kiedy spostrzegli Niemców i zaczęli się wycofywać nie zdążyli dobiec do lasu. Ukryli się w szopie, która stała na obrzeżach opuszczonego gospodarstwa. Zrządzeniem losu żołnierze niemieccy zatrzymali się tam i weszli do budynku mieszkalnego. Prawdopodobnie byli albo dezerterami albo stracili kontakt z oddziałem. Mieli rannego. Stefan pomyślał, że ten legendarny niemiecki porządek jest mocno przereklamowany. Niemcy tym czasem rozgościli się na dobre i wystawili wartę przed budynkiem.. Zwiadowcy byli świadomi, że nie przemkną do lasu niezauważeni. Dodatkowo Stefan usłyszał rozmowę, z której wynikało, że Niemcy planują ukryć część broni właśnie w tej szopie. Jak to mówią gorzej być nie może. Matko moja jak tu wejdą rozwalą nas na miejscu – pomyślał Stefan. Nagle wartownicy poruszyli się wskazując na tyły domu. Za budynkiem mieszkalnym znajdowało się jeszcze jedno pomieszczenie- prawdopodobnie niewielka obora. Stefan z rozmowy wywnioskował, że ktoś tam głośno gwiżdże. Wartownicy ruszyli, aby zbadać sytuację, po drodze odgrażając się, co zrobią z żartownisiem. Stefan powiedział do kolegów, chłopaki albo teraz albo nigdy. Ostrożnie otworzyli drzwi i pognali w stronę lasu. W ten sposób uratowali się i co istotne pozostali przy tym całkowicie niezauważeni. Pan Stefan twierdził, że zdecydowanie pobili rekord świata w biegu na tym dystansie. Jeden z kolegów zapytał później Stefan jak myślisz, kto tam w oborze gwizdał? Pojęcia nie mam odparł z przekonaniem, choć podejrzewał, że pomoc przyszła absolutnie nie z tego świata. W tamtym czasie i środowisku wiara w rzeczy nadprzyrodzone nie była mile widziana.

Kiedy Stefan dotarł do Berlina trwały tam jeszcze ostre walki. Po drodze kilkakrotnie ostrzeżenia Wiktora uratowały mu życie. Ostatni raz Wiktor dał o sobie znać właśnie w Berlinie. Stefan przemykał razem z kolegą wśród zrujnowanych ulic. Przystanęli, aby złapać oddech. Zrobiło się  bardzo cicho. Nagle usłyszał swoją ulubioną melodię w wykonaniu Wiktora. Dźwięk dobiegał z wysokiego budynku, który wbrew otaczającym go zgliszczom stał nieomalże nienaruszony. W jednej sekundzie Stefan ukrył się za stertą gruzów ciągnąc za sobą kolegę. Kula snajpera musnęła go w ramię, kolega wyszedł z opresji bez szwanku.

Pewnego dnia, kiedy nie było już cienia wątpliwości, co do zwycięstwa nad Niemcami, Stefan znalazł ustronne miejsce, zapalił świeczkę i przez łzy zaśpiewał Mazurek Dąbrowskiego z dedykacją dla Wiktora.

 

 

Strażnik czy opiekun ?

Historia ta w pewnym stopniu nawiązuje do opublikowanej poprzednio opowieści czytelniczki Biura-Duchów. Pojawia się, bowiem wątek ducha, który można rozumieć dwojako w zależności od nastawienia odbiorcy. Mamy tu do czynienia  z duchem, który niczym mitologiczny Cerber zazdrośnie strzeże swojego terytorium lub skarbu, ewentualnie z duchem, który świadom niebezpieczeństwa, jakie czyha na nieostrożną osobę, robi wszystko, aby zniechęcić ją do dalszych eksploracji.

Historia ta wydarzyła się na Śląsku Opolskim. Rodzina R. trafiła tam razem z innymi Polakami przesiedlonymi z polskich Kresów Wschodnich na miejsce Niemców, którzy uciekli, kiedy II Wojna Światowa miała się ku końcowi. Rodzina R. otrzymała mały, ale bardzo dobrze utrzymany domek z przyległym do niego sadem. W porównaniu z majątkiem, jaki pozostawili na Kresach dom wydawał się być nędznym ochłapem rzuconym na pocieszenie. Nie protestowali, cieszyli się, że żyją i są razem. Przetrwanie całej rodziny, zważywszy na represje, jakim komuniści poddawali osoby zamożne, graniczyło z cudem.

Wszędzie panował iście niemiecki porządek. Jednak niewielki budynek na skraju sadu pozostawał w rażącej sprzeczności do całej reszty gospodarstwa. Z zewnątrz wyglądał na porządną podmurowaną altanę, ale w środku znajdowała się istna graciarnia. Rzeczy poupychane i poustawiane jedne na drugich wypełniały szczelnie całą przestrzeń. Senior rodu R. postanowił, że uporządkowaniem altany zajmą się później. Rozpakowanie ich skromnego bagażu oraz ogrzanie domu to zadania priorytetowe. Przesiedleńcy szybko rozgościli się w nowym miejscu. Zarówno dziadkowie, jak ich syn z żoną i dziećmi cieszyli się i snuli plany na przyszłość. Pani domu myślała jak najlepiej zagospodarować ogródek warzywny. Jej mąż chciał poprawić parę rzeczy wokół domu. Przyszedł czas na altankę, w której mogły znajdować się niezbędne narzędzia. W noc poprzedzającą „atak na altanę” jak żartobliwie określał zamierzone prace młodszy pan R. miały miejsce dziwne wydarzenia. Zerwał się silny wiatr, powodując oderwanie kawałka rynny. Zwisający fragment hałasował niemiłosiernie. Ojciec i syn wyszli, aby naprawić uszkodzenie. Nagle zauważyli dziwne światło pojawiające się w okolicach altany. Światło na przemian gasło i zapalało się. Mężczyźni bez namysłu złapali siekiery i tak uzbrojeni ruszyli na zwiad. Kiedy doszli na miejsce światło zniknęło, a wiatr ustał. Uznali, że coś im się przywidziało. Rano rozpoczęli zaplanowana pracę. Po dwóch godzinach wrócili do domu poranieni i podrapani. Młodszy oświadczył – mam wrażenie, że nie porządkuję altany tylko walczę z dzikim zwierzęciem, które niemiłosiernie kąsa. Tam wszędzie są jakieś pręty, gwoździe, drzazgi, coś niesamowitego. Od tego dnia rozpoczął się ciąg niesamowitych i niepokojących zdarzeń. Światło pojawiało się regularnie, przedmioty kaleczyły dłonie i spadały na głowy mieszkańców nie wiadomo skąd, wiatr pojawiał się nagle czyniąc liczne szkody. Prace trwały i „choć polskiej krwi przelano wiele” wreszcie budynek został uporządkowany. Nie znaczy to wcale, że owe ataki niewidzialnej siły zakończył się, wprost przeciwnie trwały w najlepsze.

W tym czasie u państwa R. zatrzymał się ich krewny z rodziną. Oczekiwał na podobny przydział lokalowy. Pan ten był z zawodu geodetą, a z zamiłowania radiestetą. Postanowił zbadać teren za pomocą metod radiestezyjnych. Sprawdził dom, sad i altankę również. Kategorycznie wykluczył żyły wodne, czy inne zadrażnienia geopatyczne. Natomiast stwierdził obecność metalowych przedmiotów pod podłogą altany. Oczywiście postanowiono sprawdzić zasadność tej tezy. Skrytka była tak sprytnie zamaskowana, że gdyby nie pomoc wahadła nie odkryto by jej. W środku znajdował się istny arsenał broni, granatów i Bóg wie, czego jeszcze. W tej sytuacji zawiadomiono wojsko, przyjechali saperzy i opróżnili skrytkę. Sprawdzili też cały teren wykrywaczem metalu.

Jak się Państwo domyślacie wszystkie niepożądane zjawiska ustały.

Czy dusza traktowała ten arsenał, jako swój skarb, czy też, jako potencjalne zagrożenie dla domowników? Dla mnie to pytanie pozostaje otwarte.

Mój opiekun Tadeusz cz.2

Opowieść Tadeusza przerwałam w momencie, kiedy dojrzał on do podjęcia ważnych życiowych decyzji.

Mój brat i bratowa organizowali przeróżne obiady i herbatki, na które zapraszali chyba wszystkie panny na wydaniu z całej okolicy. Ewidentnie za punkt honoru przyjęli wykonanie  zadania „ożenić starego kawalera”. Było to w równym stopniu zabawne jak miłe. Żadna z panien nie przyciągnęła mojej uwagi na dłużej. Pewnego dnia wracałem od pacjentki. Byłem zmęczony, bo poród trwał prawie całą noc. Jakoś nie spotkałem żadnej dorożki, a po za tym uznałem, że spacer dobrze mi zrobi. Nagle zdałem sobie sprawę, że zabłądziłem. Zauważyłem dwie kobiety stojące przy bramie wiodącej do dość obskurnej kamienicy. Podszedłem, aby zapytać o drogę. Obie płakały. Zapytałem, co się stało. Starsza odpowiedziała, że jej mąż jest bardzo chory i czekają na księdza, aby udzielił mu ostatniego namaszczenia. Zainteresowało mnie, co mu dolega. Młodsza popatrzyła na mnie tymi swoimi wielkimi brązowymi oczami i ze wstydem wyznała, że nie mają pieniędzy na lekarza, ojciec kaszle i ma wysoką gorączkę. Kiedy patrzyłem na nią poczułem się tak jakbym dostał obuchem w głowę. Ja! Stary podrywacz, straciłem cały swój rezon i nie mogłem wydukać choćby słowa. Kiedy wreszcie oprzytomniałem zaproponowałem, że zbadam jej ojca i spróbuję mu pomóc. Osłuchałem mężczyznę, miał zapalenie płuc. Zapytałem gdzie znajduje się najbliższy telefon, ponieważ zamierzam sprowadzić sanitarkę i zabrać go do szpitala. Obie były zszokowane, ale „mój Anioł” (jak ją w myślach nazwałem) zareagował. Zaprowadzę Pana do apteki tam mają telefon. Niestety mimo moich usilnych starań ojca nie udało się uratować, organizm był zbyt wyniszczony, aby walczyć z chorobą. Okazało się, że pan ten przehulał cały swój majątek, a następnie posag żony i obie kobiety zostały praktycznie z niczym. Anna, – bo tak miała na imię pracowała u modystki za marne grosze. Nie mogłem znieść myśli, że ona żyje w tak podłych warunkach. Zwierzyłem się z moich rozterek bratu. Odpowiedział krótko, skoro nie zależy ci na posagu, a jak widzę jesteś szaleńczo zakochany to oświadcz się. Łatwo powiedzieć, Anna ma 19 lat, a ja prawie 37! Biłem się z myślami długo i boleśnie. Wreszcie postawiłem wszystko na jedną kartę i oświadczyłem się Annie. Miała opory ze względu na swoją sytuację materialną, ale zgodziła się zostać moją żoną. Zaczął się najpiękniejszy czas, jaki dostałem po tej stronie.

Tadeusz opowiadał długo o ich wspólnym życiu, o podróżach, karnawale w Wenecji. Przeżywał to wszystko jeszcze raz i sprawiało mu to ogromną przyjemność. Całą tą euforię przerwał wybuch II Wojny Światowej.

Zostałem zmobilizowany i musiałem rozstać się z moim Aniołem. Zostawiłem Annę pod opieką jej matki, która zamieszkała z nami zaraz po ślubie. Jak nasza walka wyglądała nie muszę ci opowiadać, bo to wiesz. Zostaliśmy rozproszeni. Razem z kilkoma innymi kolegami trafiłem do wsi, gdzie jeden z gospodarzy przywitał nas serdecznie. W tym samym czasie jego córka zaczęła rodzić. Jak widać w życiu nie ma przypadków. Akuszerka nie dawała rady, poród pośladkowy, obróciłem dziecko i w ten sposób przyszedł na świat zdrowy chłopczyk, a jego matka przeżyła. Następnego dnia gospodarz przyniósł mi stare ubranie i powiedział: dałbym panu, co mam najlepszego, ale gadają, że Ruskie zabijają inteligentów. To mnie się zdaje, że odzienie na drogę dla pana doktora im gorsze tym lepsze. Rozdzieliłem się z kolegami, każdy poszedł swoją drogą. Myślałem tylko o tym, że skoro wojna przegrana to chcę się dostać do domu do mojego Anioła. Nawet przez sekundę nie dopuszczałem myśli, że mogło jej się coś złego przytrafić. Po drodze musiałem zatrzymać się u zakonników. Moje wygodne oficerki zamieniłem na zgoła inne obuwie, stopy miałem tak poranione, że nie dałem rady iść dłużej. Braciszkowie opatrzyli mnie i zaproponowali habit, jako strój na dalszą drogę. Uznali, że Niemcy osobę duchowną uszanują. Szedłem tak i rozmyślałem: najpierw ubiór biedaka, teraz mnicha – chyba to jakiś znak, zły znak?

Po przeszło dwóch miesiącach tułaczki dotarłem do domu. Budynek o dziwo stał nietknięty, a moje panie przetrwały dzielnie, wypatrując mojego powrotu. Nastał  złowrogi czas okupacji.

Ponieważ Tadeusz jest postacią niezwykle ważną w moim życiu będę kontynuowała jego opowieść w następnych wpisach. To nietuzinkowa dusza i warto poświęcić jej tyle czasu i uwagi ile potrzebuje.

Mój opiekun Tadeusz

Witam po przerwie!

Dzisiaj pragnę przedstawić Wam mojego Opiekuna, który towarzyszy mi podczas podróży poza ciałem. Użyłam takiego sformułowania gdyż tylko w ten sposób można wytłumaczyć kontakty z istotami bezcielesnymi. Spotkania na poziomie astralu są możliwe.

Mój towarzysz przedstawił się, jako Tadeusz i trwa przy mnie od wielu lat. Nie wiem czy to jego prawdziwe imię, ale szczerze powiedziawszy nie ma to dla mnie większego znaczenia.

Doskonale pamiętam nasze pierwsze spotkanie. We śnie przeniosłam się na ulicę, wydaje mi się, że była to uliczka na Saskiej Kępie. Głęboka jesień, zmrok, słabe światło latarni i mężczyzna idący przede mną. W takich to „okoliczności przyrody” znalazłam się w owej chwili. Nie wiem, czemu ale odczułam silny imperatyw, aby iść za nim. Mężczyzna zatrzymał się i odwrócił w moją stronę. Patrząc mi prosto w oczy zapytał – boisz się mnie? Odparłam, że nie. Uśmiechnął się i tym jeszcze bardziej mnie do siebie przekonał. Są na tym świecie urocze istoty obojga płci, które posiadają zadziwiającą zdolność uśmiechania się całą swoją osobą. Tadeusz stanowi sztandarowy przykład tego zjawiska. Zaprosił mnie do swojego ulubionego miejsca. Można się było domyśleć, że tak elegancko ubrany pan posiada równie wykwintnie urządzone lokum. Tak znalazłam się w jego gabinecie. Nie chcę Was zanudzać opisami wnętrza, ale (choć nie jestem znawczynią tematu) słowo „wyrafinowane” bezsprzecznie oddaje istotę sprawy. Moją uwagę przykuł obraz wiszący rzec można na honorowym miejscu. Był to portret młodej, bardzo ładnej kobiety o ciemnych włosach, w stylizacji  a’la Pola Negri.

Tadeusz przedstawił się i niejako podążając za moim wzrokiem, dopowiedział, a to moja żona. Musiała być od niego sporo młodsza. Zapalił papierosa i po krótkim wstępie zaczęła się jego opowieść.

Jestem lekarzem, który wielokrotnie złamał przysięgę Hipokratesa, a konsekwencje tych haniebnych czynów złamały mnie. Nie żyłem honorowo i tak samo zmarłem. Mam sobie wiele do zarzucenia. Zmarnowałem wszystkie dobrodziejstwa, jakimi hojnie zostałem obdarowany przychodząc na ten świat. Rozmyślam nad tym, co uczyniłem i czego zaniechałem, mimo, że moim świętym obowiązkiem było wykonać pewne zadania. Urodziłem się w zamożnej rodzinie, jako drugie dziecko. Byłem rozpieszczany do granic rozsądku. Rodzice bardzo dbali o naszą edukację. Jeśli ma się dwóch synów zwykle aspiracje rodziców to wykształcenie jednego, jako prawnika drugiego, jako lekarza. Tak też się stało. Mój brat zaraz po aplikacji ustatkował się i ożenił. Ze względu na splot wielu okoliczności rodzinnych wraz z żoną osiedli na stałe w Warszawie. Ja studiowałem we Wiedniu, praktykowałem za to we Francji i bardziej dla zabawy niż nauki podróżowałem po słonecznej Italii. Na krótką chwilę wróciłem do Paryża, gdzie wdałem się w burzliwy romans z mężatka. Jej mąż postawił warunek: albo wynoszę się do Polski ( odzyskaliśmy niepodległość, więc Polska nie była tylko przenośnią) albo on narobi mi kłopotów. Doskonale wiedziałem, co miał na myśli! Wiesz, lubiłem się zabawić, grać w karty, a to kosztuje. Rodzice opłacali naukę, ale ekscesów finansować nie zamierzali. Pojawiła się możliwość szybkiego zarobku i świetnych koneksji. Zacząłem jak to się mówi „wyciągać panny z kłopotu”. To nie były jakieś biedne dziewczyny, tylko żony, kochanki i córki znakomitych obywateli. Ich mężczyźni potrafili się zrewanżować nie tylko pieniędzmi, ale wsparciem i ochroną. Tym razem jednak trafiły się za wysokie progi, nawet na moje nogi. Wróciłem do kraju. Konkretnie zamieszkałem u brata i zacząłem organizować swoje życie w nowym miejscu. W odrodzonej Polsce o pracę dla lekarza nie było trudno. Z czasem stworzyłem własny gabinet, pracując jednocześnie w szpitalu. Pewnej mroźnej nocy pomogłem przyjść na ten świat mojemu bratankowi. Była to jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Radowałem się razem z jego rodzicami i wtedy po raz pierwszy pojawiła się refleksja na temat mojego dodatkowego źródła dochodu. Jak się domyślasz nie zaprzestałem świadczenia tych specyficznych usług. Przyśnił mi się mój profesor, który stał przede mną w wystudiowanej pozie i recytował przysięgę Hipokratesa, szczególnie dobitnie akcentując fragment:, jeżeli dochowam tej przysięgi, i nie złamię jej, obym osiągnął pomyślność w życiu i pełnieniu tej sztuki, ciesząc się uznaniem ludzi po wszystkie czasy; jeżeli ją przekroczę i złamię, niech mnie los przeciwny dotknie.

Postanowiłem zmienić swoje życie, założyć rodzinę i w pewnym sensie oszukać „los przeciwny”.

 

Historię Tadeusza będę kontynuować w następnym wpisie.

 

Lekarz z powołania

Historia ta dzieje się na dwa lata przed wybuchem II Wojny Światowej, ale zdecydowanie mogłaby dotyczyć  czasów współczesnych.

Dwaj głowni bohaterowie to lekarze chirurdzy. Wiekowy, doświadczony Kazimierz i jego młodszy kolega Stanisław. Pan Kazimierz był bardzo szanowany za profesjonalizm i życzliwość okazywaną pacjentom. Po śmierci żony nieco zdziwaczał w wyniku czego, spędzał więcej czasu w szpitalu niż w domu. Pewnego razu jedna z pielęgniarek dość niefortunnie zażartowała, że jak tak dalej pójdzie to doktor umrze w pracy. Słowa te okazały się być prorocze. Kiedy przyjaciele i współpracownicy towarzyszyli Kazimierzowi w ostatniej drodze, Stanisław przebywał za granicą. Pojechał na zaproszenie swojego profesora z czasów studenckich. W klinice, którą profesor zarządzał przeprowadzano pionierskie jak na tamte czasy operacje. Kiedy Stanisław szczęśliwie wracał do kraju na dworcu czekała na niego ciotka Pela. Wyobraźcie sobie skrzyżowanie Hanki Bielickiej z postacią Natalii gospodyni księdza Mateusza z popularnego serialu. Jednym słowem osobowość nader wyrazista. Pelagia opiekowała się siostrzeńcem, dbała o jego mieszkanie i odzież oraz ustawicznie swatała z „odpowiednimi pannami”. Tonem nieznoszącym sprzeciwu zakomunikowała: dzwonili ze szpitala, tramwaj się wykoleił, jest wielu rannych, każdy chirurg na wagę złota, dorożka czeka, walizki sama odwiezie do domu. Stanisław zdążył jedynie powiedzieć – dzień dobry.

Dojechał do szpitala, gdzie praktycznie z marszu zajął się pacjentami. Operował wiele godzin, w życiu jeszcze nie był tak skrajnie zmęczony. Szczególnie dużo czasu poświęcił młodej dziewczynie, której  noga była złamana w kilku miejscach . Dziewczyna rozpaczała, bo za kilka miesięcy miała stanąć na ślubnym kobiercu. Stanisław dał jej słowo, że jako panna młoda zatańczy na swoim weselu. Wreszcie, po ostatnim zabiegu, oddalił się i zdrzemnął  w pokoju lekarskim. Nagle poczuł, że ktoś energicznie szarpie go za ramię.

Usłyszał głos Kazimierza – „ty tu śpisz a pacjentka się pogorszyła”.

Stanisław zerwał się na równe nogi i pobiegł za starszym kolegą, którego widział w całej okazałości. W stronę sali, gdzie przebywała wcześniej operowana dziewczyna spieszyła również pielęgniarka. Kiedy problem został zażegnany lekarz powiedział, dobrze, że mnie Kazik obudził. Pielęgniarka lekko pobladła i uświadomiła mu jak się sprawy mają. Lekarz był bardzo zakłopotany zwłaszcza, że wcześniej kpił z wojennych opowieści Kazimierza. Stary medyk często wspominał o duchach zmarłych żołnierzy, którzy odwiedzali go w lazarecie. Kilka miesięcy później podczas nocnego dyżuru Stanisław przyznał się innemu koledze do swojej „przygody z Kazikiem” i rozważał, jakie to figle płata mózg ludzki po wpływem  zmęczenia.

Odpowiedź zadziwiła go – ja też Kazia widziałem, był ze mną na sali operacyjnej, gdzie energicznie zganił mnie za brak precyzji podczas zabiegu.

Staszek to są rzeczy niezbadane, nie ma, co udawać chojraka, siostry mówią żeby za Kazia mszę zamówić, bo one również go widziały. Tak też się stało, odprawiono mszę, w której uczestniczyło wiele osób z personelu medycznego szpitala.

W niedługim czasie uwagę Stanisława przykuła urocza córka aptekarza, z którą spotkanie zaaranżowała niestrudzona swatka Pelagia . Życie toczyło się swoim rytmem, a Kaziu definitywnie przestał „wspierać” kolegów. Z resztą, kto by się wtedy skupiał na dobrej, choć zagubionej duszyczce. Na świat wypełzały okrutne demony wojny przeczuwając krwawą ucztę. One pochłaniały całą uwagę i niestety również energię ludzką.