Komunikacja między wymiarami cz.II

 

 

Przyznam, że publikując poprzedni artykuł nie spodziewałam się tak spontanicznej reakcji z Państwa strony. Dostałam wiele maili z opisami przeróżnych interwencji bliskich zmarłych w Państwa życie. W niektórych przypadkach można by się doszukiwać tak zwanego „zbiegu okoliczności” lub nadinterpretacji ze strony osób, których taka sytuacja spotkała. Jednak kilka z nadesłanych historii jest nie do wytłumaczenia w racjonalny sposób. Te zwierzenia są tak autentyczne, szczere, a przede wszystkim dramatyczne, że trudno byłoby przejść wobec nich obojętnie. Więc chociaż miałam nieco inne plany na najbliższe publikacje to daję im pierwszeństwo.

Zapraszam do przeczytania listu Pani Moniki.

„Po przeczytaniu ostatniego Pani wpisu postanowiłam opowiedzieć moją historię. Teraz wiem, że nie tylko mnie spotkało cudowne ocalenie za sprawą działania osoby zmarłej. Wydarzenie miało miejsce w lipcu ubiegłego roku. Szykowałam się na wesele przyjaciółki i nie wiem, co mnie napadło, ale uparłam się na dość wymyślną fryzurę. Umówiłam się na ósmą rano do fryzjerki, bo już tylko o tej porze miała dla mnie czas. Zaparkowałam samochód na samym końcu ulicy, poprostu nigdzie bliżej nie było miejsca. W sobotę rano wstają tylko ci, co nie mają innego wyjścia. Muszę dodać, że to jest specyficzna ulica, niezwykle stroma. Zastanawiam się jak tam się jeździ zimą? Po drodze do zakładu fryzjerskiego zauważyłam, że w kiosku spożywczym rozpoczął się remont. Na całym chodniku rozsypali piasek.

Mój elegancki kok udał się znakomicie. Wyszłam z zakładu i zadowolona zmierzałam do samochodu. Na wysokości tego nieszczęsnego spożywczego zawiał silny wiatr. Piasek wpadł mi do oczu, a w dodatku poczułam, że coś wbiło się w mój kok. Raptem wszystko ustało. Przetarłam twarz chusteczką, a z koka wydobyłam duże gołębie pióro. Mój Tata, który zmarł rok wcześniej, uwielbiał gołębie i nawet kilka hodował. Tata miał wrodzoną wadę serca i fakt, że dożył 62 lat graniczył z cudem. Patrzyłam na to pióro i, jakby bez mojej woli, przypomniały mi się wszystkie chwile spędzone z Tatą. Ten stan trudno opisać. Chyba byłam przez kilka minut w jakimś transie. Ocknęłam się, schowałam pióro do torebki i ruszyłam przed siebie. W tym momencie na ulicę wjechał samochód. ( A właściwie mówiąc obrazowo zaczął zjeżdżać z górki) Kierowca w ogóle nie hamował, wreszcie wykonał jakiś zupełnie bezsensowny manewr, i z całą siłą wbił się w moje auto. Huk był potworny. Później okazało się, że kierowca to starszy pan, który doznał zawału i chyba już mocno niedotleniony jechał tym autem. Uderzył od strony pasażera. Gdybym stała akurat przy aucie doznałabym ciężkich obrażeń. Podejrzewam, że wewnątrz samochodu również zostałabym poturbowana.

Osobiście uważam, że osoby po 70 roku życia powinny mieć prawo jazdy odnawiane corocznie. Wiem, że ktoś się może oburzyć na moje słowa, ale ludzie w tym wieku przyjmują różne leki, mają cały pakiet chorób i powinni brać na to poprawkę.

Choć nie potrafiłam przez pewien czas przyznać się do tego nawet sama przed sobą, dzisiaj jestem pewna, że to mój Tata jakimś cudem zaaranżował całą sytuację. Zatrzymał mnie takimi metodami, jakie były dla niego dostępne. Pióro zalaminowałam i nosze w torebce, jako ukochany talizman.”

Cóż, historia jest tak przejmująca, że właściwie trudno tu o jakiś komentarz. Przyznam jedynie, że zgadzam się z postulatem Pani Moniki w sprawie badań u kierowców w podeszłym wieku. Jak mawia pewien znajomy z drogówki” niedowidzą, niedosłyszą, cukier im skacze, ale pchają się za kierownice. Człowiek, który przed wyjściem z domu zażywa jedenaście tabletek nie powinien prowadzić pojazdu”. Szanuję starszych ludzi, ale niestety wiem też jak trudno przekonać ich do zmiany nawyków. Nawet bezpłatne przejazdy komunikacją miejską ( po 70 roku życia) nie są wystarczającą zachętą. Jest to o tyle dziwne, że niewielu seniorów pobiera wysokie emerytury, a utrzymanie auta kosztuje.

Komunikacja między wymiarami – różne możliwości

 

Otrzymałam bardzo interesujący list od Czytelniczki, która doświadczyła kontaktu ze zmarłym ojcem w sposób bardzo nietypowy. Postaram się streścić dla Państwa tę historię gdyż mail jest długi i pisany językiem emocji, a więc nieco chaotycznie.

Otóż ojciec Anety doznał rozległego udaru mózgu. Lekarze bardzo się starali, ale do chwili śmierci nie odzyskał już przytomności. Przez wiele lat zmarły prowadził firmę razem ze swoim wspólnikiem. Firma przynosiła spore dochody, a ojciec Anety był jej głównym filarem. Jego nagłe odejście wywołało ogromne zamieszanie. Aneta też udzielała się w firmie ojca, ale nie miała tak wysokich kompetencji jak on. W tym okresie opiekowała się mamą, która po śmierci męża popadła w głęboką depresję. Żeby sprostać obowiązkom w firmie Aneta pracowała po nocach. Bardzo cierpiało na tym jej małżeństwo. Dodatkowo z tygodnia na tydzień wspólnik ojca odnosił się do niej z narastającą niechęcią. W końcu powiedział, wprost, że chce ją spłacić i działać dalej z własnym synem. Sytuacja zrobiła się nie do wytrzymania. Aneta pojechała na grób ojca żeby się spokojnie wypłakać.

„Prosiłam go o pomoc, radę, cokolwiek. Z jednej strony nie chciałam odejść z firmy, bo była to moja spuścizna, ale z drugiej czułam, że wspólnik mnie wykończy. Siedziałam przy grobie. Nic się nie wydarzyło. Pomyślałam, że głupio było oczekiwać pomocy od nieboszczyka. Wstałam i skierowałam się do wyjścia. W siatce miałam jeszcze jeden znicz. Nagle poczułam zapach wody kolońskiej mojego Taty. On całe życie używał tylko tej jednej wody. Nie wiem, dlaczego ale zrobiło mi się okropnie zimno. Rozejrzałam się, ale nikogo nie było. Postanowiłam, że ten ostatni znicz zapalę na grobie mojego wujka.”

Przy sąsiednim grobie była ławeczka. Aneta zauważyła męską saszetkę. Szukała wzrokiem mężczyzny, który tę saszetkę zostawił. Cmentarz był niewielki i oprócz dwóch staruszek nikogo nie zauważyła. Przy płocie stał tylko jej samochód. Nieco skrępowaną sytuacją otworzyła saszetkę. W bocznej kieszonce znalazła plik wizytówek. Wybrała numer telefonu wydrukowany na wizytówce. Okazało się, że właścicielem zguby był aptekarz, mało tego apteka znajdowała się niedaleko mieszkania Anety. Oczywiście odwiozła saszetkę, a właściciel (starszy jegomość) był jej niezmiernie wdzięczny. Zaprosił ją na zaplecze i zapytał, czemu jest taka smutna i przygnębiona. „Otworzyłam się przed tym obcym człowiekiem. Po latach uważam, że powiedział mi dokładnie to, co chciałby mi powiedzieć ojciec gdyby mógł. Podjęłam słuszne decyzje”. Pomału życie wróciło do normy. Mama Anety wydobrzała, a na wieść, że zostanie babcią odmłodniała o dziesięć lat. Opiekowała się dzieckiem, dzięki czemu Aneta mogła wrócić do pracy.

„Drugi raz poczułam zapach wody kolońskiej mojego Taty dokładnie 3.03.2012 roku. Wracałam z Warszawy. Kiedy weszłam na peron zapach zaczął się nasilać. Wreszcie zrobił się tak nieznośny, że zaczęło mnie mdlić. Musiałam iść do toalety. Wymiotowałam chyba z pół godziny. Pociąg odjechał beze mnie. Byłam zła, oczywiście do momentu, kiedy usłyszałam o katastrofie pod Szczekocinami. Stąd tak dobrze znam datę.”

W następnym roku „pod choinką” pojawił się drugi dzidziuś. Wszystko układało się bardzo dobrze. W roku 2015 tym mama Anety zaproponowała, żeby całą rodziną pojechać na wycieczkę do ciepłych krajów. Pomysł spodobał się wszystkim. Aneta wraz z mężem odwiedzili biuro podróży.

„Kiedy miła pani zaczęła pod niebiosa zachwalać Tunezję znowu poczułam znajomy zapach. Nie mogłam tego zlekceważyć. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, ale powiedziałam: lecimy na Kubę. Mój mąż zrobił głupią minę, ale nie protestował. Po tylu latach ciężkiej pracy należało się nam coś ekstra. Gdybyśmy wykupili wycieczkę do Tunezji nasz pobyt zbiegłby się w czasie ze strzelaniną na plaży. Nie wiem czy coś by nam się stało, bo mieszkalibyśmy w innym hotelu, ale dziękuję Bogu, że nas tam nie było.(…) Nurtuje mnie tylko pytanie, – czemu zapach? Inni ludzie mają sny, albo słyszą głos zmarłego, a u mnie tak dziwnie manifestuje się obecność ojca. „

W literaturze tematu opisane są różne przejawy aktywności zmarłych w naszym wymiarze. Ludzie słyszą ulubioną melodię zmarłego, jakieś charakterystyczne dla jego egzystencji dźwięki na przykład szuranie kapciami lub pochrząkiwanie. Zdarza się również dźwięk dzwonka lub klaksonu o charakterystycznym brzmieniu. Rzeczywiście zapach w opowieściach bliskich pojawia się niezwykle rzadko. W gruncie rzeczy forma komunikacji nie jest najważniejsza. Liczy się efekt, a ten w przypadku Anety jest spektakularny.

 

 

Ps.

Dziękuję Pani za zaufanie i bardzo ciekawą historię.

Powołanie aż po kres czasu

 

Dzisiejsza relacja nawiązuje częściowo do poprzednio publikowanej. Również mamy do czynienia z bardzo dramatycznym porodem i niecodzienną interwencją, która być może uratowała życie świeżo upieczonej matki.

Pani Joasia, której zawdzięczmy tą opowieść, miała wykonany planowy zabieg cesarskiego cięcia. Dzieciątko ułożyło się poprzecznie i nie było innej możliwości, aby bezpiecznie przyszło na świat. Operacja odbyła się w wyznaczonym terminie i została przeprowadzona przez ordynatora oddziału. Teraz oddaję głos głównej bohaterce:

„ Zabieg wykonywany był w pełnym znieczuleniu, a ostatnią rzeczą, jaką pamiętam zanim zasnęłam była postać zakonnicy stojąca przy stole operacyjnym. Po odzyskaniu świadomości doszłam do wniosku, że zakonnica była wytworem mojej wyobraźni lub omamem wywołanym przez podane leki. Wieczorem poczułam się bardzo źle. Miałam gorączkę i bardzo bolał mnie brzuch. Nie potrafiłam przekręcić się z boku na bok. Poprosiłam pielęgniarkę, aby zawołała lekarza. Usłyszałam, że doktor jest sam i w tej chwili operuje. Jak skończy to przyjdzie. Minuty mijały, a ja czułam się coraz gorzej. Leżałam na sali jednoosobowej, był to luksus, za który zapłaciłam żeby mieć spokój W pewnej chwili przy moim łóżku pojawiła się ta młoda zakonnica. Krzyknęłam z emocji, a ona położyła palec na swoich ustach dając mi do zrozumienia, że mam być cicho. Zakonnica stanowczym tonem oznajmiła: zaszyli w tobie gazik, walcz o siebie, bo to się może bardzo źle skończyć. Nie poddawaj się! Zakonnica zniknęła, a do sali wszedł mój mąż. Byłam tak skołowana, że nie wiedziałam, co jest jawą, a co snem. Powiedziałam do męża: ja czuję, że oni coś we mnie zostawili. Mój mąż dotknął mojego czoła, oczywiście nie jest lekarzem, ale każdy wie, że gorączka w połogu nie wróży nic dobrego. Pominę karczemną awanturę, potworny ból i niewyobrażalną obojętność lekarza. Tak czy inaczej wylądowałam na stole operacyjnym. Rzeczywiście – gazik został we mnie i był przyczyna stanu zapalnego. Po tej drugiej operacji byłam strasznie słaba. Przyszła do mnie moja lekarka, która prowadziła ciążę i dość czarno przedstawiła przyszłość, szacując mój pobyt w szpitalu na tygodnie. Następnego dnia było już lepiej. Znowu wieczorem zobaczyłam zakonnicę, która uśmiechała się do mnie takim łagodnym uśmiechem i zapewniła, że teraz wszystko będzie dobrze i za kilka dni będę już z synkiem w domu.

Nie wiem czy to dziecko tak na mnie działało, ale mój stan poprawiał się w tempie ekspresowym. Wróciłam do domu i zajęłam się własną rekonwalescencją i moim maluchem. Sprawa zakonnicy nie dawała mi jednak spokoju. Było nie było sporo jej zawdzięczałam. Udało mi się ustalić, że jeszcze podczas wojny wśród personelu szpitala zakonnice stanowiły spory procent kadry. Czyli istniała szansa, że któraś z nich pozostała na stanowisku i nadal w ten przedziwny sposób opiekuje się chorymi. Na tym moja wiedza się kończyła.

Kilka miesięcy później mój mąż zachorował na zapalenie oskrzeli. Lekarz doradził, aby postawić bańki. Moja mama przyprowadziła do nas panią Leosię, emerytowaną pielęgniarkę. Byłam zaskoczona ile wigoru ma w sobie ta blisko siedemdziesięcioletnia kobieta. Pani Leosia nie chciała przyjąć pieniędzy, więc zaproponowałam jej kawkę i ciasto. Zgodziła się chętnie, bo jak sama stwierdziła najważniejsze to być między ludźmi. Wiedziałam od mamy, że pani Leosia pracowała w szpitalu, o który mi chodziło. W trakcie rozmowy postawiłam wszystko na jedna kartę i opowiedziałam, co mi się przytrafiło. Pani Leosia nie była wcale zaskoczona. -A to na pewno nasza siostra Róża pomogła. Pracowałam z osobami, które siostrę Różę znały i każdy mówił, że ona już za życia była święta. Pracowita niesamowicie, a przy którym chorym się modliła ten był uratowany. Nie przeżyła wojny, niestety. Po śmieci zaczęto ją widywać w szpitalu. Ja sama ją raz widziałam i uważam, że spotkał mnie zaszczyt. Najlepsza historia, jaką pamiętam wydarzyła się na początku lat osiemdziesiątych. Przywieźli na chirurgię takiego partyjnego barona z atakiem wyrostka. Operował go najlepszy chirurg. Oczywiście leżał w pojedynkę, a nam przykazano koło niego skakać. W noc po operacji ten pacjent zaczął krzyczeć: zabierzcie mi stąd tę zakonnicę, ja chcę normalną pielęgniarkę. Byłam na dyżurze z panią doktor i od razu żeśmy się zorientowały, o co chodzi. Żebyś zobaczyła jego minę, jak mu lekarz powiedział, że tu żadna zakonnica nie pracuje, a on widział ducha. Niesamowita to była sytuacja. Róża jeszcze niejedno życie uratuje, takie jej powołanie.

Znalazłam odpowiedź na nurtujące mnie pytanie. Kiedy o tym mówię wydaję się to nierealne, ale przecież wiem, co widziałam”.

Historie o lekarzach i pielęgniarkach pozostających na stanowisku nawet po śmierci nie należą do rzadkości. Większość szpitali z tradycjami, ma urzędującego ducha, który jest widywany nie tylko przez pacjentów. Jeśli miałabym pokusić się o osobistą refleksie to wydaje mi się, że te szlachetne dusze, przechodzą (po wyjściu z ciała) pewną transformację i dobrowolnie wracają, jako opiekunowie w wybrane przez siebie miejsca. Wracają, aby pomagać, kiedy nasze życie jest zagrożone.

Skuteczne metody komunikacji

Wobec korespondencji, którą od Państwa otrzymuje doprawdy trudno pozostać obojętnym. Każda wiadomość to kolejna ciekawa relacja, dowód na istnienie świata, którego mieszkańcy choć są niewidoczni gołym okiem, to okazują nieustanne zainteresowanie naszymi sprawami. Przekazują wiadomości, ostrzegają i troszczą się o nas .

Nasi opiekunowie działają często w zakamuflowany sposób. Dla mnie to oczywiste i jasne. Gdyby mieli ukazać się w swojej prawdziwej formie, lub manifestowali swoją obecność, jako anioł w ujęciu lansowanym przez ikonografię chrześcijańską, to na widok wielkich skrzydeł i jasnej poświaty ludzie lądowali by w szpitalu, a nie zastanawiali nad treścią konkretnego przekazu. Innymi słowy uważam , że widzimy i słyszymy to, na co jesteśmy gotowi. Forma przekazu dostosowana jest do okoliczności i jeśli sytuacja tego wymaga ma zachęcić nas do natychmiastowego działania.

Oto fragment poruszającej historii jednego z czytelników :

„ Żona namówiła mnie żebym napisał do pani i opowiedział historię, która przydarzyła mi się trzy lata temu. Jeżdżę ciężarówką i po długim kursie wracałem do domu. Jadę sobie spokojnie i nagle na drodze widzę psa. Wypisz, wymaluj mój Barii . Pies, którego miałem przez 10 lat. Zmarł ze starości kilka lat temu. Myślę sobie pies do psa podobny, ale coś jednak nie dawało mi spokoju. Zwolniłem i tak sobie pomyślałem, że może to ostrzeżenie. Po kilku kilometrach znowu widzę na drodze tego psa. Zdecydowałem, że czas się zatrzymać i wypić jakąś kawę na oprzytomnienie. Nagle patrzę, a tu na drodze stoi Tir na światłach awaryjnych, minąłem go i popatrzyłem we wsteczne lusterko i co widzę? Barii stoi obok tego Tira i wyje. Wie Pani, aż mi się zimno zrobiło, zaparkowałem na poboczu i podszedłem do tego Tira. Psa tam nie było, ale patrzę, a obok Tira na takiej górce leży nieprzytomny człowiek. Nachyliłem się nad nim. Nie poczułem alkoholu, ale on nie reagował zupełnie. Wezwałem Policję i Pogotowie. (…) Jak się okazało był to zawał. Tego człowieka udało się uratować i do dziś utrzymujemy dobry kontakt. Moja żona powiedziała, że to Anioł Stróż chciał żebym zrobił dobry uczynek. Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, ale faktem jest, że lata temu kiedy umarła moja babcia Barii wył całą noc jak oszalały. Nie dało się go uspokoić. Babcia mieszkała w Sanoku, to jest 160 kilometrów od mojego domu rodzinnego. I wie Pani co? Kiedy na drodze spojrzałem w to lusterko to nie tylko widziałem wyjącego Barika, ale też go słyszałem.”

Jeszcze jeden list:

„(…) W prezencie ślubnym od teściów dostaliśmy grunt pod budowę domu. Nasze działki graniczą ze sobą i co muszę podkreślić, bardzo dobrze ze sobą żyjemy. Teściowa już nie pracuje, ale teść jeszcze jest aktywny zawodowo i czasem jeździ w delegacje. (…) To była letnia noc. Mój mąż już spał, a proszę mi wierzyć sen ma wyjątkowo mocny. Ja kończyłam jakąś pilną robotę i położyłam się po północy. Nagle usłyszałam dziwne dźwięki od strony tarasu. Podeszłam do oszklonych drzwi i zobaczyłam kota, który niesamowicie rozrabiał. Zrzucił mi dwie doniczki, przewrócił suszarkę i jeszcze parę innych rzeczy. Wkurzyłam się bo włożyłam wiele pracy w upiększanie tarasu. Otworzyłam drzwi i przegoniłam go. Po kilku chwilach wrócił i znowu hałasował. Tym razem założyłam szlafrok i postanowiłam się z nim energicznie rozprawić. Na mój widok zeskoczył z tarasu. Poszłam za nim i w świetle latarni zobaczyłam przepiękne zwierzę. Kot był wyjątkowo duży i miał wielkie zielone oczy. Nigdy wcześniej nie widziałam takiego w okolicy. Wiedziona jakimś przymusem wewnętrznym chciałam go dotknąć. Przeszłam kawałek, a kot odskoczył, ale nie uciekł tylko siedział na krawędzi trawnika jakby chciał żebym za nim szła. Poszłam. W pewnej chwili przeskoczył płot na posesji moich teściów. Ze zdziwieniem zauważyłam, że pali się u nich światło w salonie i w kuchni. Zaniepokoiło mnie to, bo teściowa była sama w domu, a zwykła kłaść się spać z kurami. Zawróciłam do domu, żeby obudzić męża. Na tarasie znów siedział ten kot jakby pilnował czy robię to, co on chce. Z mężem poszliśmy do domu rodziców i okazało się, że teściowa leży nieprzytomna na podłodze. Wezwaliśmy pomoc.(…) Miała udar i szybka pomoc okazała się niezwykle ważna. Teraz już doszła do siebie i jest dobrze. Pytałam wszystkich mieszkańców okolicznych domów czy ktoś ma lub widział w okolicy takiego kota? Wszyscy zaprzeczali. Sama nie wiem, co mam o tym myśleć. Kot na balkonie był i ślady jego demolki również. Gdyby nie on to oczywiście nie latałabym w szlafroku po całym terenie i nie odkryłabym , co spotkało moją teściową. I jeszcze to, że wrócił kiedy pobiegłam po męża, a potem zniknął jak kamfora.”

Czy można znaleźć racjonalne wytłumaczenie dla opisanych sytuacji? Owszem można, jak mawiają ludzie szczególnie asertywni” wszystko można zrobić”. Ja dodaję od siebie, ale nie wszystko warto robić. W opisanych przypadkach dzięki szybkiej reakcji uratowano ludzkie życie. W czasach znieczulicy i obojętności , w czasach gdy po prostu strach zatrzymać samochód gdzieś na odludziu , taka „zachęta” ze strony Opiekunów jest niezbędna, a dla tych którym ratunek niesiemy , jest błogosławieństwem. Widać, że Opiekunowie to istoty praktyczne, które rozumieją zasady prawidłowej komunikacji i z definicji działają skutecznie.

Na zakończenie jeszcze jedna historia:

„Moja mama twierdziła że gdyby nie pies, który jej się ukazał mój tato wypadłby z okna. Mama spała i nagle poczuła że coś liże ją po ręce. Otworzyła oczy i ze zdziwieniem stwierdziła że to duży czarny pies, który błagalnym wzrokiem jakby prosił żeby szybko poszła za nim do kuchni. Postanowiła za nim pójść i zobaczyła że mój ojciec o mało co nie wypadnie z okna…Przyszedł z pracy zmęczony, chciał powyglądać w oknie i chyba zasnął…mama w ostatniej chwili wciągnęła go za nogi…Zawsze twierdziła że zjawa psa uratowała mu życie. Chyba nie muszę mówić że nie mieliśmy psa nawet nikt z sąsiadów. Gdy mama wciągnęła ojca po psie nie było śladu…Tak zastanawiam się czasem nad tym co opowiadała mama ale mówiąc to była zawsze tak przejęta że nie sposób podejrzewać było ją o oszustwo…”

 

Patricia Papps „Podręcznik uzdrawiania z Aniołami”

Żyjemy w niespokojnych czasach. Często przytłoczeni trudami życia codziennego, chorobami, otoczeni ludźmi, a jednak samotni. Media bombardują nas informacjami o kryzysach, wojnach, wszelkim ucisku i niesprawiedliwości. Wielu chciałoby przywołać dobrego Anioła Stróża, który jak przyjaciel roztoczyłby swoje opiekuńcze skrzydła. Stara, znana chyba wszystkim, modlitwa „Aniele Boży stróżu mój” wydaje się nieco dziecinna i infantylna. Za „słaba” wobec naszych dorosłych problemów. Szukamy zatem innych sposobów komunikacji z Aniołami. Nie każdy potrafi znaleźć właściwe słowa, może dlatego, że zbyt często szukamy ich w umyśle, a nie w sercu. W tym wypadku kręte ścieżki intelektu częściej prowadzą na duchowe manowce, a nie do tego, co w nas szczere i prawdziwe.

Patricia Papps w swoim „Podręczniku uzdrawiania z Aniołami” pięknie i mądrze uczy jak zwracać się do naszych największych Przyjaciół tak z własnymi problemami, jak i z głęboką troską o całą planetę. Autorka opracowała wspaniałe medytacje, modlitwy i afirmacje skierowane do konkretnych sfer anielskich. Już samo czytanie tekstu tej książki uspokaja i wprowadza kojącą moc niebiańskich posłańców w nasze tu i teraz.

Modlitwę do Archanioła Jofiela dedykuję wszystkim poszukującym drogi do innych i do samego siebie :

„Najdroższy Archaniele Jofielu, wyjaw mi proszę piękno mojego prawdziwego istnienia i pomóż rozpoznać dary Boga, z których mogę korzystać w swoim codziennym życiu. Pozwól mi dostrzegać otaczające mnie piękno i pomóż doceniać to, co jest pozytywne i wartościowe”

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Studio Astropsychologii.

Do nabycia TUTAJ

Pod Kukułką

W związku z historią, którą pragnę dzisiaj opisać, nurtuje mnie pewna kwestia. Czy między zwierzęciem, a duchem może dojść do swego rodzaju mistycznej relacji? Z wielu różnych teorii przemawia do mnie ta: zwierzęta nie maja wolnej woli w tym sensie, że nie dostrzegają różnic moralnych między swoimi czynami. Innymi słowy skoro ich nie pojmują to nie są zdolne do świadomego wyboru między dobrem, a złem. Służą osobie, która w jakimś sensie ma nad nimi władzę. Jeśli dodatkowo założymy, że autonomia świata pozagrobowego jest ogromna i śmiało można powiedzieć, że rządzi się on własnymi prawami to właściwie taka sytuacja jest możliwa. Przynajmniej teoretycznie można założyć, że duch bliskiej nam osoby, aby przekazać wiadomość o czymś, co przyniesie nam korzyść może posłużyć się zwierzęciem. Inaczej nie jestem w stanie wytłumaczyć sobie opisanego poniżej przypadku.

Pani Justyna wraz ze swoją mamą Hanną wojnę przetrwały dzięki krewnym, którzy po prostu nie pozwolili im wrócić do domu, uznając podróż za zbyt ryzykowną. Miasto, w którym obie przyszły na świat stało się łupem wojennym Rosjan. Pani Hanna drżała o życie swoich rodziców, zwłaszcza, że dochodziły do niej straszne wieści na temat postępowania Rosjan wobec polskiej inteligencji. Z czasem udało się jakoś przekazać wiadomość. Hanna dowiedziała się, że matka ocalała, ale ojca zabrali. Los polskiego adwokata, piłsudczyka i wielkiego patrioty w tamtych okolicznościach był przesądzony. Kolejnym ciosem była wiadomość o śmierci ojca Pani Justyny. Zginął już w pierwszych dniach wojny. Jej mama załamała się całkowicie. Jednym słowem, gdyby nie życzliwość krewnych, ich bezinteresowne wsparcie dramat mógłby się jeszcze pogłębić.

Po wielu perypetiach wróciły w rodzinne strony. Ich piękne mieszkanie zajmował jakiś „czerwony arystokrata”. No cóż, zwycięzcy biorą wszystko. W podwórku znajdowała się suterena, a w niej magiel. Pani Hanna odkupiła ten magiel od właścicielki i zamieszkała z córką w pokoiku, który znajdował się na tyłach magla. Było im ciężko. Hanna często wpatrywała się w okna swojego dawnego mieszkania i bezgłośnie płakała. Babcia Justyny zginęła bez wieści. Stara dozorczyni, która przetrwała wojnę, przyniosła ukradkiem wiklinowy kosz, a w nim rzeczy, które nowi lokatorzy chcieli wyrzucić, jako niepotrzebne. Dla Hanny były to pamiątki rodzinne. Długo dziękowała kobiecie za ich przechowanie.

Justyna zaczęła śnić o swojej babci. W tym śnie siedziała na babcinych kolanach słuchając dziecięcej wyliczanki. W pewnym momencie babcia milkła i szeptała do ucha Justyny: – pod kukułką, pamiętaj pod kukułką! Sen powtarzał się dość często. Justyna opowiedziała go matce. Jej mama nie rozumiała przesłania. Powiedziała, że w ich domu nie było nigdy zegara z kukułką i nie wyobraża sobie jak można to wszystko odczytać inaczej. Pewnego dnia pod drzwiami magla znalazły czarną kotkę. Była wygłodzona i poraniona. Przygarnęły ją i odkarmiły. Pewnej soboty kotka zniknęła. Było to bardzo smutne wydarzenie. Następnego dnia po mszy obie kobiety udały się na cmentarz, aby tradycyjnie już pomodlić się za swoich bliskich. Ten swoisty rytuał przynosił ulgę. Justyna rozglądała się po cmentarzu, uwielbiała patrzeć na figury aniołów. Nagle usłyszała miałczenie. Mimo napomnień matki pobiegła w tamtym kierunku. Ku swojej wielkiej radości znalazła kotkę. Zwierzątko było uwięzione w przedsionku do dużego rodzinnego grobowca. Drzwi były wykonane z metalowych, bogato rzeźbionych prętów. Hanna była zdumiona, nie mogła pojąć jak kotka tam weszła. Justyna przyjrzała się płaskorzeźbie wiszącej nad wejściem. Zapytała czyj to grób. Jej mama złapała się za głowę. To grób rodzinny Kukułków! Przesłanie babci poraziło ją niczym grom z jasnego nieba. Dzięki pomocy pracownika cmentarza udało się oswobodzić kotkę. W drodze do domu, matka opowiedziała Justynie o tej rodzinie. Zamożni ludzie, wykształceni, zasiadali nawet w radzie miejskiej. Dziadek przyjaźnił się z nestorem rodu. Justyna zapytała w końcu: mamusiu czy to nie jest wytłumaczenie słów babci? Może ona coś schowała w grobowców tych państwa? Hanna długo biła się z myślami. Minęły miesiące zanim zdecydował się dostać „pod kukułkę”. Rzeczywiście odnalazła niewielką skrzynkę należącą wcześniej do jej matki. Było tam trochę biżuterii i lista osób, u których zapobiegliwa starsza pani ukryła różne przedmioty.

Część osób oddała własność Hanny, niestety nie wszyscy. Kotka już nigdy więcej nie oddaliła się od domu.

Po dwóch latach „czerwony arystokrata” awansował i opuścił mieszkanie. Zostało ono podzielone na dwa mniejsze. Jedną cześć odzyskała Pani Hanna. Na ścianie w pokoju wisiał duży obraz z gatunku „jelenie na rykowisku”. Kiedy kobiety zdjęły go ze ściany okazało się, że zasłaniał napis, który przebijał spod białej farby  „Haniu – pod kukułką”.

 

Historia pewnej niezwykłej kobiety

Historia, która opisuję została mi przekazana przez babcię mojej koleżanki podczas rozmowy telefonicznej dosłownie kilka dni temu. Moja rozmówczyni Pani Krystyna urodziła się na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej. Jej ojciec był weterynarzem, a mama położną. Te jakże praktyczne i potrzebne zawody w znacznym stopniu ułatwiły im przetrwanie najgorszych czasów. Mieszkali w pięknej, malowniczo położonej miejscowości, gdzie ludność ukraińska, polska i żydowska żyła bez większych konfliktów. Ich najbliższą sąsiadką była pani Żukowa nauczycielka matematyki. Wspaniały pedagog, osoba całym sercem oddana swoim uczniom. Po wybuchu wojny, kiedy ludność żydowska została pomordowana na miejscu lub wywieziona, a Polakom w niewybredny często sposób, dawano do zrozumienia, że „ich czas się zbliża”, rodzice Krystyny zapakowali najcenniejszy dobytek i po prostu uciekli. Gdyby tego nie zrobili zginęliby straszną śmiercią. Po wojnie dowiedzieli się od cudem ocalonych, że Pani Żukowa ratowała i ostrzegała wiedząc doskonale, na co się naraża. Żyła samotnie, a jedynym jej towarzyszem był wilczur Bej. Ta wspaniała kobieta za pomoc „Lachom” zapłaciła cenę najwyższą.

Po różnych perypetiach rodzina Krystyny zamieszkała na Górnym Śląsku. Minęło ładnych parę lat i Krystyna rozpoczęła studia na Politechnice. Pewnego razu wracała z zajęć wyjątkowo późno. Była jesień, mżyło. Dziewczyna marzyła tylko o tym, aby znaleźć się w domu. Pomyślała, że absolutnie wyjątkowo skorzysta ze skrótu przez „padoły” jak określano ten teren. Rodzice bardzo prosili żeby tego nie robiła. Znajdował się tam poniemiecki bunkier, w którym zbierało się szemrane towarzystwo. Poza tym stały ruiny jakiegoś budynku, rosły różne krzaki jednym słowem nie była to bezpieczna okolica. Młodzieńcza brawura zrobiła swoje. Krystyna skręciła w boczną uliczkę wiodącą wprost do „padołów”. Nagle zauważyła starszą kobietę z psem. Kiedy zbliżyła się do niej kobieta bardzo stanowczym głosem powiedziała – odejdź stąd tam źle się dzieje- wskazała jednocześnie ręką w stronę feralnego miejsca. Moja rozmówczyni stanęła jak wryta. Kobieta powtórzyła to samo zdanie. Krystyna jak na rozkaz zawróciła i zrobiła kilka kroków w przeciwnym kierunku. Dzisiaj nie potrafi tego wytłumaczyć, po prostu zachowała się jak automat wykonujący polecenie Po chwili uświadomiła sobie, że ta kobieta była niesamowicie podobna do Pani Żukowej. Odwróciła się, ale nikogo już nie było. Od strony „padołów” usłyszała dziwne odgłosy. Opanował ją nieopisany strach. Całą drogę do domu biegła, dopiero przed budynkiem zatrzymała się, aby nieco ochłonąć. Nie miała ochoty tłumaczyć domownikom swojego stanu. Następnego dnia dużo myślała o tym dziwnym zajściu. Kiedy wróciła do domu zastała rodziców bardzo poruszonych Okazało się, że na „padołach” znaleziono zwłoki kobiety. Po domach chodzili Milicjanci i rozpytywali ludzi o to czy w okolicy nie kręcił się ktoś podejrzany.

Pani Krysia w tym momencie nie wytrzymała, rozpłakała się i opowiedziała rodzicom o tym, co ją spotkało poprzedniego wieczora. Jej mama podsumowała sprawę krótko Pani Żukowa była wcielonym aniołem, a śmierć miała męczeńską wierzę, że ma szczególne łaski od Boga.

To nie koniec historii. Po ukończeniu studiów Krystyna podjęła pracę w dużym przedsiębiorstwie. Jej funkcja wiązała się z częstymi wyjazdami. Miedzy innym oddelegowano ją do Szczecina na zjazd branżowy. Jakież było jej zdziwienie, kiedy w gronie delegatów dostrzegła kolegę z lat dziecięcych. Andrzej – wyjątkowo żywy i psotny chłopak, takim go zapamiętała. Teraz był już lekko łysiejącym panem z zaokrąglonym brzuszkiem. Nie miała jednak żadnych wątpliwości, że to on. Był najgłośniejszy w całej grupie i miał charakterystyczne znamię na twarzy. Zaczepiła go pytając skąd pochodzi. Andrzej szybko skojarzył, jej osobę. Takie spotkanie po latach musiało mieć ciąg dalszy. Po zakończeniu części oficjalnej spotkali się na kolacji i wspominali czasy dzieciństwa. Wojenną tułaczkę. Rodzina Andrzeja kilkakrotnie zmieniała miejsce pobytu. W pewnej chwili Krystyna zapytała kolegę czy pamięta Panią Żukową? Potwierdził i z wielkim ubolewaniem odniósł się do okoliczności jej śmierci. Krystyna najpierw się zawahała, ale w końcu opowiedziała Andrzejowi zdarzenie z czasów studenckich. Kiedy mówiła kolega słuchał jej bardzo uważnie, przy czym dosłownie zmienił się na twarzy.

-Nie wierzysz mi, czy w ogóle nie wierzysz w takie rzeczy zapytała.

-Wiesz w tych sprawach jestem raczej sceptyczny, ale faktem niepodważalnym jest, że moja matka organizując nasz wyjazd w głąb Polski działała z inspiracji Pani Żukowej.  To znaczy miała taki dziwny sen, Pani Żukowa podała jej konkretną datę i zaznaczyła, że do tego czasu musimy znaleźć się u naszych krewnych w Galicji. Jeśli tego nie zrobimy wszyscy zginiemy. Mama moja bardzo wzięła sobie to do serca i wykorzystując wszystkie możliwości legalne i nielegalne doprowadziła do wyjazdu. Po drodze mieliśmy różne perypetie. W pewnym momencie zostaliśmy prawie bez grosza, a do przejechania był jeszcze szmat drogi. Rodzice sprzedali obrączki, aby nabyć bilety na pociąg. Spaliśmy w jakiejś szopie niedaleko dworca. Wtedy mamie ponownie przyśniła się nasza nauczycielka i powiedziała abyśmy nie wsiadali do tego konkretnego pociągu. Mama podobno zapytała, czemu mamy tego nie robić. Usłyszała, że stanie się coś złego. Przełożenie wyjazdu wiązało się z wieloma problemami. Mama w tym śnie płakała i powiedziała, że nie ma siły tak się męczyć. Pani Żukowa prosiła ją żeby była dzielna, bo przed nią długie życie, a z syna będzie bardzo dumna. Kiedy następnego dnia mama oznajmiła ojcu, że przekładamy wyjazd był wściekły powiedział, że z tego wszystkiego pomieszało jej się w głowie. Moja mama nie ustąpiła. Powiem ci tylko, że nie rozmawialibyśmy dzisiaj gdyby podróż odbyła się planowo. Mama rok rocznie o tej samej porze chodzi na cmentarz i w ten symboliczny sposób honoruje pamięć Pani Żukowej.

Staraniem kilku osób po latach udało się postawić symboliczny nagrobek dla tej niezwykłej kobiety.

 

Muzykalny Wiktor – wierny przyjaciel

Ciekawych opowieści pan Stefan zna, co niemiara. Nie ma w tym nic dziwnego. Przeżył zesłanie na Syberię gdzie stracił rodziców. Wstąpił do armii polskiej tworzonej w ZSRR i przeszedł cały szlak bojowy do samego Berlina. Dzisiaj opiszę historię, która najbardziej do mnie przemówiła.

 

Pan Stefan służył w oddziale rozpoznawczym, czyli tak zwanym zwiadzie. Mówił dobrze po niemiecku, co stanowiło spory atut. Wśród towarzyszy broni szczególnie przyjacielskie relacje nawiązał z Wiktorem. Mieli te same smutne doświadczenia z zesłania. Wiktor był człowiekiem wyjątkowo inteligentnym. Poza tym posiadał słuch absolutny. Przed wybuchem wojny rozpoczął studia w konserwatorium muzycznym, niestety niedane mu było ich ukończenie Potrafił grać praktycznie na każdym instrumencie, a jeśli nie grał to gwizdał. Kochał muzykę i chciał, aby ciągle mu towarzyszyła. Często umilał kolegom czas wygrywając ich ulubione melodie na harmonijce. Zginął na terenie Brandenburgii. Gdy przeszukiwali opuszczony dom, znalazł bandżo. Ucieszony sięgnął po instrument, niestety okazało się, że była to mina pułapka. Wiktor stracił rękę i odniósł dotkliwe obrażenia prawej strony ciała. W szpitalu odzyskała przytomność, miał świadomość tego, że umiera. Przed śmiercią powiedział do jednego z kolegów -ja już nie dojdę do Berlina, ale za to was w tej drodze przypilnuję. Zaśpiewaj dla mnie Mazurka jak już Berlin padnie. Dla Stefana śmierć kolegi była szczególnie bolesna. Wszystkich żal, ale jego wyjątkowo. Taki zdolny był.

Życie i wojna trwały dalej. Stefan z dwoma kolegami został wysłany na zwiad. Podeszli od strony lasu. Nie znam szczegółowej topografii tego terenu. Tak się jednak nieszczęśliwie złożyło, że kiedy spostrzegli Niemców i zaczęli się wycofywać nie zdążyli dobiec do lasu. Ukryli się w szopie, która stała na obrzeżach opuszczonego gospodarstwa. Zrządzeniem losu żołnierze niemieccy zatrzymali się tam i weszli do budynku mieszkalnego. Prawdopodobnie byli albo dezerterami albo stracili kontakt z oddziałem. Mieli rannego. Stefan pomyślał, że ten legendarny niemiecki porządek jest mocno przereklamowany. Niemcy tym czasem rozgościli się na dobre i wystawili wartę przed budynkiem.. Zwiadowcy byli świadomi, że nie przemkną do lasu niezauważeni. Dodatkowo Stefan usłyszał rozmowę, z której wynikało, że Niemcy planują ukryć część broni właśnie w tej szopie. Jak to mówią gorzej być nie może. Matko moja jak tu wejdą rozwalą nas na miejscu – pomyślał Stefan. Nagle wartownicy poruszyli się wskazując na tyły domu. Za budynkiem mieszkalnym znajdowało się jeszcze jedno pomieszczenie- prawdopodobnie niewielka obora. Stefan z rozmowy wywnioskował, że ktoś tam głośno gwiżdże. Wartownicy ruszyli, aby zbadać sytuację, po drodze odgrażając się, co zrobią z żartownisiem. Stefan powiedział do kolegów, chłopaki albo teraz albo nigdy. Ostrożnie otworzyli drzwi i pognali w stronę lasu. W ten sposób uratowali się i co istotne pozostali przy tym całkowicie niezauważeni. Pan Stefan twierdził, że zdecydowanie pobili rekord świata w biegu na tym dystansie. Jeden z kolegów zapytał później Stefan jak myślisz, kto tam w oborze gwizdał? Pojęcia nie mam odparł z przekonaniem, choć podejrzewał, że pomoc przyszła absolutnie nie z tego świata. W tamtym czasie i środowisku wiara w rzeczy nadprzyrodzone nie była mile widziana.

Kiedy Stefan dotarł do Berlina trwały tam jeszcze ostre walki. Po drodze kilkakrotnie ostrzeżenia Wiktora uratowały mu życie. Ostatni raz Wiktor dał o sobie znać właśnie w Berlinie. Stefan przemykał razem z kolegą wśród zrujnowanych ulic. Przystanęli, aby złapać oddech. Zrobiło się  bardzo cicho. Nagle usłyszał swoją ulubioną melodię w wykonaniu Wiktora. Dźwięk dobiegał z wysokiego budynku, który wbrew otaczającym go zgliszczom stał nieomalże nienaruszony. W jednej sekundzie Stefan ukrył się za stertą gruzów ciągnąc za sobą kolegę. Kula snajpera musnęła go w ramię, kolega wyszedł z opresji bez szwanku.

Pewnego dnia, kiedy nie było już cienia wątpliwości, co do zwycięstwa nad Niemcami, Stefan znalazł ustronne miejsce, zapalił świeczkę i przez łzy zaśpiewał Mazurek Dąbrowskiego z dedykacją dla Wiktora.