Betty J. Eadie „Po schodach do nieba”

Wszyscy znamy powiedzenie „życie jest najlepszym nauczycielem”. Po lekturze książki autorstwa Betty J. Eadie, doszłam do wniosku, że paradoksalnie śmierć i doświadczenia z pogranicza posiadają ogromną wartość dydaktyczną. Wiedza jaką pozyskujemy w tym szczególnym stanie i niezwykłym czasie pozwala wrócić do świata fizycznego na nowych zasadach, z nową perspektywą. Po takim doświadczeniu nic nie będzie takie jak dawniej.

 

Na skutek perypetii rodzinnych, mała Betty znalazła się w szkole z internatem prowadzonej przez zakonnice. Z tamtego okresu wyniosła przekonanie, że Bóg to osoba niecierpliwa i zagniewana. Poznała Boga, który nie kocha bezwarunkową miłością tylko obserwuje i osądza. Dorosła Betty, jako matka sześciorga dzieci wiodła pracowity żywot. Nie miała ani czasu ani ochoty aby zastanawiać się nad sensem istnienia.

Wszystko zmieniło się w ciągu jednej doby. Betty poddała się zabiegowi histerektomii. Nic niezwykłego, ot planowa operacja jakich wykonuje się setki każdego dnia na całym świecie. Jednak tym razem nie wszystko poszło zgodnie z planem. W wyniku powikłań pooperacyjnych serce Betty przestało bić. Opuściła ona swoje ciało i wyruszyła w podróż, która na zawsze zmieniła ją samą, a pośrednio życie jej i wielu innych osób.

Jej opowieść jest prosta, szczera i piękna. Jeśli komuś wydaje się, że skądinąd nieoceniony Raymond Moody w swoich książkach zawarł i ogarnął już wszystko, jest w błędzie.

Betty bardzo długo zwlekała z opisaniem swoich doświadczeń. Wydawały się jej bowiem tak bogate, porywające i cudowne, że brakowało słów aby oddać cały ładunek emocjonalny jaki ze sobą niosły. Dojrzała jednak i znalazła siły aby podzielić się pozyskaną wiedzą z innymi i przekazać przesłanie dla świata „kochajcie się, bo to jest najważniejsze”.

Od siebie dodam tylko tyle: Betty, dziękuję Ci za każde słowo. Twoja relacja to kolejny dowód na życie po życiu, które w rzeczywistości jest wspaniałym powrotem do domu.

 

Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Znak Litera Nova

Sen nas otwiera

Często dzielicie się Państwo ze mną swoimi doświadczeniami, wrażeniami, a nawet opisujecie sny. Dla mnie wszystkie te przypadki to po prostu dowody na istnienie komunikacji między-wymiarowej. Komunikacji, która może odbywać się na wielu poziomach  naszej świadomości jak i podświadomości. Bardzo często zdarza się, że tak żyjący jak i nieżyjący przekazują nam we śnie wiadomości. Sam mechanizm zasypiania, snu wraz z kolejnymi fazami oraz powstawanie tak zwanych marzeń sennych został zbadany i opisany w literaturze fachowej. Interpretacja snów, zapoczątkowana przez badania Zygmunta Freuda, nie jest bynajmniej domeną naszych czasów. Znane są senniki (księgi snów) pochodzące z Asyrii, Babilonii czy Egiptu. Ludzie bez względu na czas w jakim żyli, kulturę czy religię zdawali sobie sprawę z faktu, że sen to stan szczególny. Wtedy właśnie nasze ciało fizycznie podlega regeneracji, a umysł oczyszcza się i porządkuje zebrane dane. Czy jednak tylko o fizjologię tutaj chodzi? Dla osoby, która widzi siebie przede wszystkim jako duszę posiadającą ciało, sen jest darem, a przestrzeń „poza ciałem” obszarem komunikacji pozazmysłowej. Kto bodaj raz doświadczył takiego połączenia, ten doskonale rozumie różnicę między „fizjologicznym czyszczeniem plików”, a porozumiewaniem pozazmysłowym.

Przedstawię teraz fragment listu od Pani M.

„ Moja Mama umierała przez trzy dni. Czuwałam w szpitalu na zmianę z siostrą. Starałam się być czujna, ale sen mnie pokonał. Przysięgam, że nie pamiętam momentu samego zasypiania. Śniło mi się, że siedzę na krześle obok łóżka Mamy i śpię, a ona podchodzi do mnie i łagodnie mnie budzi. Jestem zdziwiona, ponieważ Mama nie chodziła samodzielnie już od kilku tygodni. Mama jest taka szczęśliwa i młoda. Mówi do mnie: córeczko odpocznij. Ja też już będę odpoczywać. Jestem zadowolona. Wszystko odpracowałam. Już czas na mnie. Dziękuję za opiekę. Moje kochane dziewczynki, będę za wami tęskniła. Kiedy Mama znikła obudziłam się naprawdę. Mam na myśli salę szpitalną. Pamiętam, że przed zaśnięciem patrzyłam na zegarek była równo pierwsza w nocy. Kiedy się ocknęłam była pierwsza i siedem minut. Mama umarła w tym czasie.

Pięknie opisała takie spotkanie ze swoim mężem Pani B. :

„Czułam się źle. Przeniosłam swoje życie do salonu, do tam był telewizor, zasypiałam przy nim, byle nie myśleć i nie czuć, nie wiedząc dokładnie jakie oglądam programy;  budziłam się w nocy. To, czym musiałam się w tym okresie zająć to papiery, papiery, papiery.
Pamiętam odcinanie narożnika dowodu osobistego męża. Nie ma go. Nie istnieje. Wszystkie papiery krzyczą, że przestał istnieć.  Wreszcie zasnęłam.  I wtedy poczułam siebie pod sufitem. Nie miałam ciała, nie widziałam też swojego ciała poniżej. Byłam myślą, czymś, co czuje, słyszy, widzi. Widziałam nasz salon pod sobą, miał beżowo-złote zasłony,  przez które wpadało do środka ciepłe, łagodne światło. Obok mnie, po prawej stronie był mój mąż. Wiedziałam, że jest, nie widziałam go. Powiedział, a właściwie przesłał do mojego umysłu słowa „jestem tutaj”. Zaczęłam „mówić” do niego, że przecież nie ma go, bo te papiery i ten odcięty narożnik dowodu. O on się śmiał i powtórzył „jestem tutaj”. Przebudziłam się. Zaczęłam płakać ze szczęścia.”

Te relacje bardzo mnie poruszyły. Dziękuję obu Paniom za możliwość podzielenia się nimi ze wszystkimi Czytelnikami tego bloga.

Od siebie dodam opis następującego zdarzenia:

Podczas mojej nauki w IPS miałam zajęcia z Panią T. Zwykle wykładowcy pracujący z nami przedkładali sympatyczną atmosferę nad sztywne normy i obyczaje. Pani T. była bardzo zasadnicza i miała swoje wymagania tak przed zajęciami jak i w trakcie. Zajęcia odbywały się w trybie weekendowym. Ponieważ w sobotę poszłam spać późno, miałam obawy czy uda mi się wstać o doprawdy barbarzyńskiej godzinie: szóstej trzydzieści rano w niedzielę. We śnie przyszła do mnie miła starsza pani, która delikatnie poruszając moim ciałem powiedziała: „Obudź się. Trzeba wstać! Wiesz jak moja wnuczka nie lubi spóźnialskich. Wstań dziecko, już czas. Powiedz T., że jest dobrze.” Ocknęłam się i zmobilizowałam do działania. Postać starszej pani miała znajome rysy twarzy i bardzo specyficzne dłonie. Przedstawiła się jako babcia Pani T., przysięgła bym, że obie miały identyczne oczy. W szkole podczas przerwy opowiedziałam ten sen kolegom i koleżankom. Byłam przekonana, że to moja wyobraźnia stworzyła, swego rodzaju „strażnika”, który miał zastąpić budzik. Ponieważ u podłoża moich obaw znajdowała się postać Pani T., więc „strażnik” miał jej cechy. Nie zauważyłam, że mojej opowieści przysłuchuje się również Pani T. Poczułam się dość niekomfortowo. Pani T. bez słowa odeszła i zadzwoniła gdzieś z komórki. Następnie podeszła do mnie i powiedziała: „znam twojego bloga, to rzeczywiście mogła być moja babcia. Rozmawiałam z mamą. Babcia jest w szpitalu, a jej stan lekarze kwalifikują jako agonalny. Jest bardziej po tamtej niż po tej stronie. Opisałaś ją doskonale, nawet ja nie wierzę, że ten obraz to dzieło tylko i wyłącznie wyobraźni.”

Rozmawiałyśmy jeszcze chwilę i ta rozmowa bardzo zmieniła mój stosunek do Pani T.

Sen w pewnym sensie otwiera każdego z nas, nawet sceptyków. Może skala doświadczeń zależy od tego, czy chcemy przyjąć posłańca, czy go odrzucamy obawiając się jakie wiadomości przyniesie ?

„Druga szuflada” czyli opera mydlana po polsku

Dzisiejsza historia opowiada nie tylko o doświadczeniu paranormalnym, ale odnosi się również do sfery obyczajowej. Generalnie stronię od tematów, które dotykają wprost kwestii religijnych . Chociaż wiadomo, że każda instytucja tak wyznaniowa jak i świecka nie uniknie patologii. Jak wspomniałam nie jestem Charlie. Czasami jednak pewnych wydarzeń przemilczeć się nie da, trudno też dyskutować z faktami.

Moja rozmówczyni ma na imię Agata, jej mąż jest lekarzem, a jego brat księdzem. Agata mówi o sobie przekornie „urodzona heretyczka”  . Przez swoje małżeństwo weszła do rodziny, w której praktyki religijne były istotne, a posiadanie w swoim gronie księdza podkreślane i reklamowane zawsze i wszędzie. Jej mąż jako dorosły człowiek zachował wprawdzie znaczny dystans do pewnych tradycji, ale dewocję całej reszty jego rodziny musiała znieść. Kilka lat temu po długiej chorobie zmarł jej teść. Agata usiłowała jakoś podtrzymać na duchu teściową, często do niej dzwoniła, proponowała pomoc. Kiedyś teściowa powiedziała – „najgorsze to są kwestie finansowe, teraz mam do dyspozycji tylko część emerytury taty”. Te słowa, w uszach nieświadomej pewnych spraw Agaty brzmiały jak dąsy rozpieszczonej pani domu. Przecież ten kawałek emerytury to była co najmniej, trzykrotna emerytura przeciętnego Polaka! Pozostawiła tą wypowiedź bez komentarza.

Kilka miesięcy później zmarła również teściowa. Doznała wylewu i mimo, że syn stawał na głowie i chciał ratować ją za wszelką cenę, zgasła nie odzyskawszy przytomności. Organizacją pogrzebu zajęła się Agata. W trakcie uroczystości zwróciła uwagę na dziwne zachowanie swojego szwagra, księdza. Był rozdrażniony i arogancki. Żadnych oznak smutku, tylko gniew. Kilku żałobników również zwróciło na to uwagę i komentowało sprawę krótko „do Watykanu jeździ, robi karierę i w głowie mu się poprzewracało”. Po pogrzebie ksiądz wyjechał podkreślając, że wkrótce się odezwie.

Teściowa przyśniła się Agacie po raz pierwszy dokładnie dwadzieścia jeden dni po pogrzebie.Takie ezoteryczne „oczko”. Nastąpiła krótka przerwa i sny zaczęły się powtarzać z męczącą regularnością. Teściowa jak mantrę powtarzała te same słowa. „Jesteś zaradna, szukaj w drugiej szufladzie. Honor jest najważniejszy” Wytrzymałość Agaty skończyła się kiedy, jak twierdzi, podczas parkowania w podziemiach centrum handlowego, zobaczyła twarz zmarłej w lusterku.

Agata nie potrafiła tego zrozumieć. Owszem było jej przykro z powodu śmierci teściowej, ale nie doznała w związku z tym głębokiej traumy. Po namyśle doszła do wniosku, że wizyta w mieszkaniu teściów i przeszukanie wszystkich „drugich szuflad”, których tam nie brakowało,będzie dla jej psychiki prawdziwym katharsis. Jak pomyślała tak zrobiła. Nie spodziewała się żadnych rewelacji, chciała tylko odzyskać spokój i zdrowy sen. Jak to zwykle bywa, gdy szukamy czegokolwiek, dopiero w ostatniej z „drugich szuflad” znalazła ciekawe rzeczy. Zdjęcie małego chłopca, kilka listów i starannie ułożone dowody wpłaty. Wszystkie jak jeden opiewające na kwotę dwóch tysięcy złotych i skierowane do tej samej kobiety. Bardzo szybko poukładała sobie fakty. ”To było straszne. Takie rzeczy dzieją się w najpodlejszej klasy telenowelach, ale nie w prawdziwym życiu. Wydawało mi się to tak nieracjonalne, że aż śmieszne. ” W domu podzieliła się z mężem tymi rewelacjami. „Twój brat ma syna. Dziadkowie od lat płacili alimenty. Sądząc po datach na dowodach wpłaty, braciszek mocno zapomniał się pod koniec seminarium. Tu masz dokumenty, znalazłam je w mieszkaniu rodziców” Kiedy pierwszy szok minął mąż zapytał Agatę skąd przyszło jej do głowy, żeby rewidować szuflady i szukać Bóg wie czego? To był dla Agaty trudny moment. Mimo wahania wyznała prawdę. Spodziewała się bardzo emocjonalnej reakcji. Zawiodła się srodze. Jej mąż westchnął tylko i powiedział „No tak, cała matka. Jak czegoś chciała zawsze znalazła sposób, żeby to osiągnąć. „ Okazało się, że ten dzień, który dla Agaty zaczął się niemal jak u Hitchcock’a istnym trzęsieniem ziemi, jeszcze się nie skończył. Zadzwonił telefon, a podekscytowany brat- ksiądz poinformował ją, że znalazł już kupca na mieszkanie po rodzicach. Napięcie rosło. Doszło do karczemnej awantury podczas, której mąż Agaty zarzucił bratu kłamstwo, bezduszność i brak jakichkolwiek zasad moralnych tak względem rodziców jak i własnego dziecka. Zapowiedział, że nigdy nie weźmie udziału w żadnym odprawianym przez brata nabożeństwie.

Pomińmy tu rodzinne korowody, podział majątku i tym podobne tematy. Ksiądz chciał sprzedać mieszkanie rodziców i „rozwiązać ostatecznie kwestię dziecka”, wpłacając na konto jego matki okrągłą sumę, co miało zapewnić mu spokój i nie przeszkadzać w dalszej karierze. Jak sam powiedział” trudno żeby jeden błąd przekreślił tyle starań”. Nie osądzam tego człowieka. Od rozliczania uczynków jest Ktoś sprawiedliwy i niezawodny.

Agata przyszła do mnie aby poradzić się w sprawie podjęcia ewentualnego kontaktu z matką dziecka, było nie było to bratanek męża. Nie mogła też zrozumieć, dlaczego ją wybrała teściowa do realizacji swojego celu. Agata nie czuła się w żaden sposób predestynowana do kontaktów z drugą stroną. Zakładała, że w jej życiu nie wydarzyło się nic, co zbliżyłoby ją do tej przestrzeni. Poprosiłam ją aby wyciągnęła z talii kart Tarota jedną, z intencją odpowiedzi na nurtujące ją pytanie  . Intuicyjnie wybrała osiemnastą kartę Wielkich Arkanów, czyli Księżyc. Zapytałam ją czy w dzieciństwie topiła się? Dość spontanicznie wykrzyknęła – „O cholera zapomniałam o tym!”.

Pojawia się pytanie czy rzeczywiście osoby, które albo doświadczyły śmieci, albo znalazły się w stanie zagrożenia życia rzeczywiście mają te szczególne predyspozycje? Odpowiadam: moim zdaniem tak. Problem polega na tym, że wiele osób nie zdaje sobie sprawy czy nie pamięta dokładnie, co wydarzyło się w ich dzieciństwie. Agata nie jest przypadkiem odosobnionym. Jeden z moich rozmówców również zarzekał się, że nigdy nie wydarzyło się nic groźnego dla jego życia. Później skontaktował się ze mną i skorygował swoją wersję. Okazało się, że podczas porodu wystąpiły komplikacje, miał szyję okręconą pępowiną i przyszedł na świat praktycznie bez oznak życia. Mama nie powiedziała mu o tym. Nie miała ochoty, wspominać tych strasznych dla niej chwil. Postaram się w najbliższym czasie wrócić do tego tematu.

Pod Kukułką

W związku z historią, którą pragnę dzisiaj opisać, nurtuje mnie pewna kwestia. Czy między zwierzęciem, a duchem może dojść do swego rodzaju mistycznej relacji? Z wielu różnych teorii przemawia do mnie ta: zwierzęta nie maja wolnej woli w tym sensie, że nie dostrzegają różnic moralnych między swoimi czynami. Innymi słowy skoro ich nie pojmują to nie są zdolne do świadomego wyboru między dobrem, a złem. Służą osobie, która w jakimś sensie ma nad nimi władzę. Jeśli dodatkowo założymy, że autonomia świata pozagrobowego jest ogromna i śmiało można powiedzieć, że rządzi się on własnymi prawami to właściwie taka sytuacja jest możliwa. Przynajmniej teoretycznie można założyć, że duch bliskiej nam osoby, aby przekazać wiadomość o czymś, co przyniesie nam korzyść może posłużyć się zwierzęciem. Inaczej nie jestem w stanie wytłumaczyć sobie opisanego poniżej przypadku.

Pani Justyna wraz ze swoją mamą Hanną wojnę przetrwały dzięki krewnym, którzy po prostu nie pozwolili im wrócić do domu, uznając podróż za zbyt ryzykowną. Miasto, w którym obie przyszły na świat stało się łupem wojennym Rosjan. Pani Hanna drżała o życie swoich rodziców, zwłaszcza, że dochodziły do niej straszne wieści na temat postępowania Rosjan wobec polskiej inteligencji. Z czasem udało się jakoś przekazać wiadomość. Hanna dowiedziała się, że matka ocalała, ale ojca zabrali. Los polskiego adwokata, piłsudczyka i wielkiego patrioty w tamtych okolicznościach był przesądzony. Kolejnym ciosem była wiadomość o śmierci ojca Pani Justyny. Zginął już w pierwszych dniach wojny. Jej mama załamała się całkowicie. Jednym słowem, gdyby nie życzliwość krewnych, ich bezinteresowne wsparcie dramat mógłby się jeszcze pogłębić.

Po wielu perypetiach wróciły w rodzinne strony. Ich piękne mieszkanie zajmował jakiś „czerwony arystokrata”. No cóż, zwycięzcy biorą wszystko. W podwórku znajdowała się suterena, a w niej magiel. Pani Hanna odkupiła ten magiel od właścicielki i zamieszkała z córką w pokoiku, który znajdował się na tyłach magla. Było im ciężko. Hanna często wpatrywała się w okna swojego dawnego mieszkania i bezgłośnie płakała. Babcia Justyny zginęła bez wieści. Stara dozorczyni, która przetrwała wojnę, przyniosła ukradkiem wiklinowy kosz, a w nim rzeczy, które nowi lokatorzy chcieli wyrzucić, jako niepotrzebne. Dla Hanny były to pamiątki rodzinne. Długo dziękowała kobiecie za ich przechowanie.

Justyna zaczęła śnić o swojej babci. W tym śnie siedziała na babcinych kolanach słuchając dziecięcej wyliczanki. W pewnym momencie babcia milkła i szeptała do ucha Justyny: – pod kukułką, pamiętaj pod kukułką! Sen powtarzał się dość często. Justyna opowiedziała go matce. Jej mama nie rozumiała przesłania. Powiedziała, że w ich domu nie było nigdy zegara z kukułką i nie wyobraża sobie jak można to wszystko odczytać inaczej. Pewnego dnia pod drzwiami magla znalazły czarną kotkę. Była wygłodzona i poraniona. Przygarnęły ją i odkarmiły. Pewnej soboty kotka zniknęła. Było to bardzo smutne wydarzenie. Następnego dnia po mszy obie kobiety udały się na cmentarz, aby tradycyjnie już pomodlić się za swoich bliskich. Ten swoisty rytuał przynosił ulgę. Justyna rozglądała się po cmentarzu, uwielbiała patrzeć na figury aniołów. Nagle usłyszała miałczenie. Mimo napomnień matki pobiegła w tamtym kierunku. Ku swojej wielkiej radości znalazła kotkę. Zwierzątko było uwięzione w przedsionku do dużego rodzinnego grobowca. Drzwi były wykonane z metalowych, bogato rzeźbionych prętów. Hanna była zdumiona, nie mogła pojąć jak kotka tam weszła. Justyna przyjrzała się płaskorzeźbie wiszącej nad wejściem. Zapytała czyj to grób. Jej mama złapała się za głowę. To grób rodzinny Kukułków! Przesłanie babci poraziło ją niczym grom z jasnego nieba. Dzięki pomocy pracownika cmentarza udało się oswobodzić kotkę. W drodze do domu, matka opowiedziała Justynie o tej rodzinie. Zamożni ludzie, wykształceni, zasiadali nawet w radzie miejskiej. Dziadek przyjaźnił się z nestorem rodu. Justyna zapytała w końcu: mamusiu czy to nie jest wytłumaczenie słów babci? Może ona coś schowała w grobowców tych państwa? Hanna długo biła się z myślami. Minęły miesiące zanim zdecydował się dostać „pod kukułkę”. Rzeczywiście odnalazła niewielką skrzynkę należącą wcześniej do jej matki. Było tam trochę biżuterii i lista osób, u których zapobiegliwa starsza pani ukryła różne przedmioty.

Część osób oddała własność Hanny, niestety nie wszyscy. Kotka już nigdy więcej nie oddaliła się od domu.

Po dwóch latach „czerwony arystokrata” awansował i opuścił mieszkanie. Zostało ono podzielone na dwa mniejsze. Jedną cześć odzyskała Pani Hanna. Na ścianie w pokoju wisiał duży obraz z gatunku „jelenie na rykowisku”. Kiedy kobiety zdjęły go ze ściany okazało się, że zasłaniał napis, który przebijał spod białej farby  „Haniu – pod kukułką”.

 

Historia czytelniczki cz V „Nocny Prześladowca”

Ktoś powie,że duchy nie istnieją. Że wszystko da się wytłumaczyć w racjonalny,jakże naukowy sposób. Że wszystkie „dziwne zjawiska”,to czysta fizyka.Ale czy na pewno? Od dziecka wierzyłam w siły nadprzyrodzone : w duchy; zjawy; życie po życiu…Moja wiara szczególnie przybrała na sile wtedy, kiedy w snach zaczął pojawiać się ON. Któż to taki? Wysoki, postawny  mężczyzna, oblany kolorem głębokiej czerni.”Kim jest? Czego ode mnie chce?” – te pytania krążyły mi po głowie.Ale od początku..
Wiodłam naprawdę spokojne życie.Szkoła podstawowa,nauka,przyjaciele,dziecięce zabawy,cały wolny czas spędzony na podwórku..Nic wyjątkowego.Aż do którejś nocy.Zatrułam się egzotyczną potrawą.Gorączka cały dzień skakała w zwyż,wyciskając ze mnie ostatki sił.Pół przytomna padłam na łóżko.Zdawało mi się,że ktoś mnie obserwuje,ale sen i zmęczenie przejęły górę.Z ulgą odpłynęłam w objęcia Morfeusza.Miałam bardzo przedziwny sen.Stałam na balkonie,w środku nocy.W koło panowała nienaturalna cisza.Zero odgłosów,powiewu choćby najdelikatniejszego wiatru..nic.Wszystko zdawało się być uśpione i takie..upiorne.Z niepokojem wyjrzałam za barierkę,w stronę placu budowy.Na środku niego stał mężczyzna.Jedynie po budowie ciała mogłam stwierdzić,że nim jest,gdyż mimo jasnej poświaty księżyca,był  otulony intensywną czernią.Podniósł głowę,a ja w tym momencie zamarłam.Nie widziałam,by poruszał wargami,ale jasno w mojej głowie usłyszałam „Jeszcze Cię znajdę”. Gwałtownie wycofałam się w tył…i się obudziłam.Powoli wracałam do siebie,ale nocny  sen na stałe utrwalił się w mojej głowie.Ciągle miałam irracjonalne wrażenie,że ten mężczyzna mnie śledzi.Ale wiadomo : dziecko ma wybujałą wyobraźnię,a jego fantazja nie zna granic.Tak minęły trzy lata,właśnie kończyłam trzecią klasę gimnazjum.Którejś nocy spałam niespokojnie.Znalazłam się na pobliskim cmentarzu.Ciemne niebo powoli  rozjaśniała jutrzenka,ale korony ogromnych drzew,zasłaniały każdy dopływ światła.Spojrzałam przed siebie.Ktoś biegł w moją stronkę,przeskakując nad płytami nagrobków.Doskonale wiedziałam kto to…To on.Mężczyzna z mojego koszmaru.Nim się odwróciłam,ten zdążył uderzyć mnie w kark,co w sekundę powaliło mnie na mokry chodnik.Gdy próbowałam się podnieść,mężczyzna złapał mnie za bluzkę,wyrzucając za cmentarną bramę.Upadłam na plecy.Nie wiem czemu,ale wstałam i podbiegłam do niego.Miałam mieszane uczucia,strach wraz ze złością na przemian,obezwładniał moje ciało.Nagle mężczyzna ponownie wypchał mnie za cmentarz.Podczas upadku,gwałtowanie zerwałam się z łóżka.Nie mogłam się uspokoić.
-Jezu,co to było…-szepnęłam bezgłośnie.Nie mogłam się opanować.Szybkie bicie serca,przyspieszony oddech i ten lęk.Na dodatek ta boląca ręka,jakbym właśnie co się w nią uderzyła.Albo upadła z impetem,na coś twardego.
-Już na pewno nie zmrużę oka.-stwierdziłam w myślach,patrząc się ze strachem na drzwi,czy przypadkiem nikt za nimi nie stoi.Rano zauważyłam na plecach dziwne pręgi.Jakby pojawiły się przez noc.
Cały dzień byłam rozbita i nieswoja.Na zajęciach lekcyjnych byłam tylko obecna ciałem,dusza nadal pozostawała na cmentarzu,a mózg rozmyślał,czy to możliwe,by gnębił mnie jakiś duch,nasycony negatywną energią,pełen złych zamiarów.Będąc już w domu,zebrałam się na odwagę i porozmawiałam z mamą.Dokładnie przytoczyłam jej słowa mężczyzny ze snu,który obiecał,że mnie odnajdzie.I to zrobił.Mama wykonała kilka telefonów. Wieczorem odezwała się do mnie przemiła Pani Róża,która była jasnowidzem.Wytłumaczyłam jej, na czym polega mój problem,kurczowo ściskając w dłoni telefon i zerkając na zewnątrz,czy ktoś przypadkiem nie obserwuje naszych okien.Róża obiecała mi pomóc.Już następnego dnia zadzwoniła.Jak się okazało,moim nocnym prześladowcą,by żołnierz z I Wojny Światowej,którego serce było przepełnione nienawiścią i złem.Stąd te ciągłe nawiedzanie i blizny,jak gdyby kto mnie pobił.Poleciła mi pomodlić się za jego zabłąkaną duszę,a na szyi zawiesić medalik z podobizną Maryi.
W nocy miałam sen.Stałam w tym samym miejscu,gdzie po raz pierwszy go spotkałam.Tym razem wszystko wirowało.Moje włosy rozwiewał silny wiatr.W rękach ściskałam różaniec a z moich ust wydobywały się słowa modlitwy ” Zdrowaś Mario”,które razem z wiatrem niosły się w dal.Czułam,jak całe napięcie znika.A wraz z nim ON.Obudziłam się wyjątkowo wyspana.Moją twarz pieściły ciepłe promienie słońca.Pierwszy raz od pewnego czasu czułam się wolna.Również zniknęły tajemnicze pręgi z pleców.Mężczyzna nigdy więcej nie pojawił się w moich snach.Mam nadzieję,że jego dusza zdoła odpokutować wszystkie grzechy,a on sam zazna wreszcie święty spokój.

Dominika

Czym jest spirytyzm ? Allan Kardec

Dzięki uprzejmości Przyjaciół z wydawnictwa Rivail zapoznałam się z dziełem Allana Kardeca, „Czym jest spirytyzm?”

Allan Karedec to erudyta, człowiek o nieprzeciętnym umyśle, posiadający coś, co ja nazywam „werwą intelektualną”, rzadką cechę, dzięki której można patrzeć na świat i ludzi z wysokiej perspektywy. Bez dwóch zdań zasłużył na miano ojca ruchu spirytystycznego.

Książka napisana jest w formie dialogów, co czyni treść bardzo przystępną. Autor dyskutuje ze sceptykami, naukowcami oraz katolickim księdzem. Wyjaśnia istotę rzeczy i z zachowaniem zasad logiki odpiera ich argumenty. Rozmowy stanowią pretekst do przedstawienia doktryny spirytyzmu. W tomie znajdziemy także odpowiedzi na wiele interesujących pytań, które autor uzyskał w czasie wielokrotnych kontaktów z duchami wyższymi. Mnie szczególnie zainteresowały wątki związane z reinkarnacją.

Lektura obowiązkowa dla każdego, kto przyjmuje prawdę istnienia duszy i jej wędrówkę mającą na celu doskonalenie w drodze do Boga.

Szkoda, że dopiero teraz trafiłam na tę pozycję – mogłam zaoszczędzić sobie wiele chwil niepewności oraz poszukiwań, które często biegły wyidealizowanymi lub krętymi ścieżkami.

Niestety w tym życiu wydajność intelektualna na poziomie Allana Kardeca nie jest mi dana. Jeszcze raz serdecznie polecam!

Wyjątkowa opiekunka – spotkanie na Ślęży

Ślęża to góra legenda, ośrodek kultu solarnego, miejsce mocy. ”Od około 1300r. p.n.e. istniał na szczycie Ślęży monumentalny kamienny krąg, otaczający miejsce kultu poświęcone bóstwu słonecznemu. Wierzono, że na górze zamieszkują bogowie, dlatego też wykorzystywano ją, jako centrum kultowe. Nic dziwnego, że Ślężę zaczęto nazywać w publikacjach śląskim lub słowiańskim Olimpem.”*

Kiedy udało mi się dojechać do Sobótki, a następnie po mozolnej wspinaczce znaleźć na szczycie tej niezwykłej góry odczułam niewyobrażalny spokój i spełnienie. Postanowiłam, że spróbuje nie tyle medytować, co maksymalnie otworzyć się na to miejsce. Mogę śmiało powiedzieć, że los mi sprzyjał. Dwie grupy głośnych kolonistów oddaliły się w raz z opiekunami, a moje własne dzieciątka wyruszyły pod opieką taty na poszukiwanie „świętego źródełka”, które podobno posiada szczególne właściwości prozdrowotne. Usiadłam na dużym kamieniu starając się zrelaksować i zjednoczyć z energią, której bliskość odbierałam. W pewnym momencie opanowała mnie niesamowita senność, po czym gwałtownie ocknęłam się odczuwając czyjąś obecność. Jednak byłam sama! Ze zdumieniem skonstatowałam, że mój szczególny stan nie trwał kilka minut (jak przypuszczałam), ale przeszło pół godziny. Po chwili w polu widzenia pojawiła się moja kochana gromadka, wszyscy dumni z odnalezienia źródełka. Nota bene pozostającego w opłakanym stanie – zaniedbanego i zaśmieconego. Wróciliśmy wieczorem do domu i zadowoleni z tak owocnego dnia, udaliśmy się na spoczynek.

Tej nocy otrzymałam szczególny przekaz i zakładam, że jest on wart nie tylko mojej uwagi. Ponownie znalazłam się na Ślęży tuż przy kamiennych schodach prowadzących do starego kościółka. Nagle obok budynku kościoła zmaterializowała się postać kobiety. Szczupła, wysoka, o pięknych długich włosach, ubrana w prostą jasną szatę. Schodziła po schodach jednocześnie bacznie mnie obserwując. Nie miała skrzydeł ani aureoli, ale emanowała tak wielką siłą i dostojeństwem, że poczułam się bardzo onieśmielona, wręcz nie godna tego spotkania. Nie miałam też cienia wątpliwości, co do tego, że owa Pani ma całkowity wgląd w moją duszę. Kiedy stanęłyśmy twarzą w twarz jej łagodne oczy dodały mi odwagi – zapytałam, kim jest? Odparła, że opiekunką tego miejsca i przybywających wędrowców. Wspomniałam o swojej obecności w wciągu dnia. Potwierdziła, iż widziała mnie, a nawet sprawdziła (cokolwiek to znaczy). Zapytała, jaka jest moja intencja, czy chcę o coś prosić? Byłam skonsternowana i zaskoczona, ale udało mi się wyartykułować jedno zdanie: chciałabym tak kierować energią, aby leczyła. Moja rozmówczyni zastanowiła się przez chwilę i zapytała: czy wiesz, że jeśli życzenie się spełni, powinnaś służyć wszystkim, a nie tylko wybranym? Przytaknęłam. W tej samej chwili doznałam silnego mrowienia w dłoniach. Pani uśmiechnęła się na pożegnanie i zaczęła oddalać. Przebudziłam się niesamowicie spokojna i wypoczęta.

Oczywiście nie stałam się nagle Janem od Boga, ani nie uzyskałam mocy Bruna Groeninga. Otrzymałam jednak dar wiary, która pozwala mi pracować nad sobą i rozwijać pewne potencjały. Jestem głęboko wdzięczna za to piękne spotkanie. Nie ukrywam, że tęsknię za tym szczególnym miejscem i wyjątkową, szlachetną osobą, którą dane mi było ujrzeć.

Serdecznie polecam Państwa uwadze przepiękną okolicę Sobótki, a zwłaszcza Ślężę i Radunię nie tylko ze względu na możliwe przeżycia duchowe, ale na niewątpliwe walory turystyczne i wypoczynkowe.

* cytat pochodzi z książki autorstwa Pana Leszka  Mateli „Polska magiczna, przewodnik po miejscach mocy”

Nie łatwo jest być medium!

Jest to historia z życia mojego znajomego radiestety.

Nieoczekiwanie zadzwoniła do niego siostra. To była dramatyczna rozmowa.

– Piotrek proszę cię przyjedź, Tomasz jest w szpitalu.

– Co się stało siostrzyczko?

– Wczoraj przyjmował pacjentki do późna, znalazła go pani Henia, wiesz ona wieczorami sprząta.

– Izuniu, ale, w czym ja ci mogę pomóc, nie jestem lekarzem.

– Piotrek, proszę przyjedź i sprawdź ten gabinet swoimi metodami. Tomasz zostanie w szpitalu przez kilka dni, a ja mam klucze.

– Podejrzewasz, że przebywanie tam szkodzi Tomkowi?

– Jestem pewna, kiedy poprzednio źle się poczuł, zrobili mu dziesiątki badań i diagnoza jest jednoznaczna: zdrowy jak koń.

Piotr obiecał siostrze, że przyjedzie i zrobi, co w jego mocy. Nie lubił, gdy siostra używała zwrotu „twoimi metodami”. Nigdy nie powiedziała radiestezyjnie albo, chociaż przy pomocy wahadła. Zawsze wyszukiwała terminy zastępcze. Zapewne wpływał na to jej mąż, który był pragmatyczny, sceptyczny i cyniczny. Nie uznawał medycyny alternatywnej, nie wierzył w duchy, ani w nic, czego nie da się dotknąć i zbadać. Dawał jedynie wiarę w teorię żył wodnych, których promieniowanie może mieć szkodliwy wpływ na zdrowie człowieka.

Piotr spotkał się z siostrą pod budynkiem, gdzie Tomasz prowadził swoja praktykę lekarską.

Stara budowla o ciekawej architekturze, świeża elewacja, doskonałe położenie. Weszli do środka, klatka schodowa wyremontowana i aż pachnąca czystością – jednak Piotr zaczął odczuwać dziwny niepokój. Gabinet urządzony podług najnowszej mody, wszystko piękne, tylko nie da się normalnie funkcjonować, pomyślał z goryczą.

Po kilku minutach przebywania w tym pomieszczeniu Piotr odebrał obecność bardzo ciężkiej energii, przygnębiającej i złej, po prostu złej.

– Wiesz wydaje mi się, że Tomasz wbrew poglądom, które wszem i wobec głosi jest bardzo wrażliwym medium. Iza odpowiedziała: chyba masz rację, bo ja czuję się tu bardzo dobrze, sama urządzałam to wnętrze.

-Chciałbym zejść do piwnicy, czy masz klucz?

– Myślisz, że w piwnicy coś znajdziesz?

– Chce to zbadać, wezmę przyrządy, może to zaburzenia geopatyczne. Piotr wiedział, że okłamuje sam siebie, czuł, że ten piękny, zadbany budynek nosi w sobie coś bardzo mrocznego.

Już przy wejściu zdziwił go wygląd drzwi wiodących z korytarza do piwnic.

– Iza te drzwi wyglądają jakby prowadziły do celi więziennej.

– No, może trochę, ale są solidne i podjęliśmy decyzję żeby je zostawić.

Schody i korytarz piwniczny również nosiły ślady gruntownego remontu. Piotra przepełniał coraz większy niepokój, żeby nie powiedzieć trwoga. Iza długo szukała odpowiedniego klucza, powiedziała:

– Piotrek nie gniewaj się, ale ja tu jeszcze nigdy nie byłam.

Weszli do niewielkiego pomieszczenia, praktycznie pustego. Piotr przyglądał się ścianom i w pewnym momencie bezwiednie dotknął jakiegoś dużego haka wystającego ze ściany. Wizja pojawiła się niemal natychmiast i dosłownie zwaliła go z nóg.

Zobaczył młodego mężczyznę przykutego do ściany. Był bestialsko pobity, wręcz konający.

– Cichutko wołał mamo, mamusiu!

Gdyby nie przytomność Izabeli, Piotr upadłby całym ciężarem ciała na podłogę.

– Piotr, co jest? Mnie możesz powiedzieć. Piotr blady jak ścian odparł tylko; muszę stąd wyjść natychmiast!

Kiedy znaleźli się na klatce schodowej Piotr zaczął przytomnieć i z całych sił szukał właściwych słów, aby opisać to, co zobaczył? W tym momencie drzwi mieszkania na parterze uchyliły się i wyjrzała przez nie starsza pani.

– Dzień dobry pani doktorowo dawno pani nie widziałam! Siostra przywitała się i przedstawiła Piotra. Sąsiadka przyjrzała się różdżce radiestezyjnej, którą Piotr kurczowo ściskał w dłoni.

-A pan tu żył wodnych szuka?

– No tak chciałem sprawdzić wybąkał zmieszany Piotr.

-Panie kochany, tu nie trzeba szukać niczego więcej niż to, co jest.

-A, co tu jest? Zapytała zaciekawiona Iza.

-Wejdźcie to wam, co nieco opowiem, mieszkam w tym domu od wielu lat.

Urocza starsza pani przyjęła gości znakomitą herbatą i domowymi ciasteczkami. Piotr dziękował opatrzności, za tą niespodziewana okazję do odpoczynku i ochłonięcia z nadmiaru wrażeń.

Myśmy widzieli, że te piwnice są dziwne, podjęła swoją opowieść kobieta, ale nikt się nad tym dłużej nie zastanawiał. Wiecie państwo mieszkanie w takim budynku było na wagę złota, poza tym my byliśmy tu obcy, przyjezdni. Wszystko zaczęło się od wanny, którą pierwszy lokator znalazł w piwnicy i wykorzystał w swojej łazience. Jego córka się w niej utopiła, inne dzieci budziły się w nocy i opowiadały niestworzone rzeczy, ludzie zaczęli się dopytywać tu i ówdzie. Mój świętej pamięci mąż powiedział mi, że tu była siedziba NKWD a później UB. Oni w tych piwnicach trzymali niewygodnych ludzi i męczyli ich. Działy się tu okropne rzeczy nie chcę dłużej o tym mówić.

Sąsiedzi też się dowiedzieli i w miarę możliwości starali się opuścić to miejsce.Piotr zapytał: – jak wobec tego pani tu wytrzymała tyle lat?

-Wie pan ja się za nich modlę, msze zamawiam, myślę o nich dobrze i nic mnie nie spotyka.

Po wizycie u sąsiadki Iza nerwowo zapaliła papierosa; – Piotrek, co z tym fantem zrobić?Przecież wiesz, że dla mojego męża duchy to żaden argument, w jego pojęciu to przewidzenia histeryczek! Piotr przemyślał sprawę i znalazł rozwiązanie.

Następnego dnia odwiedził szwagra w szpitalu i opowiedział mu o gruntownych badaniach radiestezyjnych w obrębie budynku. Stwierdził, tonem kategorycznym, że występują tam wszystkie możliwe zaburzenia i to one mają tak destrukcyjny wpływ na jego zdrowie.

Ponieważ koledzy po fachu nie wykryli żadnych schorzeń, Tomasz przyjął wersję Piotra i z rezygnacją oświadczył, że nie widzi innego wyjścia jak tylko opuścić gabinet. Bardzo szybko podjął stosowne kroki i sytuacja wróciła do normy.

Dzisiaj w tym budynku cały parter zajmuje bank, a na piętrach znajdują się kancelarie i biura. Ciekawe, jakie samopoczucie maja pracujący tam ludzie?

Mam nadzieję, że czas, który podobno uzdrawia wszystko, wpłynął na energię tego miejsca.

 

Historia opowiedziana sercem

Moi Drodzy!

Otrzymałam wiele wiadomości, za które dziękuję!

Opisujecie swoje własne doświadczenia i historie waszych bliskich. Zawsze znajduję w nich wiele emocji i prawdy. Ta szczerość właśnie czyni je niezwykłymi.

Ponieważ nie czuję się właścicielką tego blogu, a co najwyżej gospodynią, oddaję część przestrzeni tylko dla Was.Dzisiaj pierwsza wzruszająca opowieść. Jednocześnie zaznaczam, że Pani podpisująca się, jako „Kasia” wyraziła zgodę na publikacje – inaczej być nie może, obustronne zaufanie jest bezcenne.

*

Różne rzeczy mi się w życiu przydarzyły i nauczyły mnie nie negować zjawisk, których nie można zmierzyć, zważyć czy uchwycić na taśmie.

Mój dziadek zmarł 11 lat temu. Chorował od długiego czasu, ale nikt o tym nie wiedział, więc jego śmierć była dla wszystkich sporym zaskoczeniem. Nie jestem w stanie opisać bólu, który towarzyszył mi przez kilka dni od jego śmierci aż do dnia pogrzebu. Żyłam wtedy jakby za zasłoną, jakby wszystko, co się działo, nie dotyczyło mnie, jakby przydarzyło się komuś innemu. A świadomość tego, ze już nigdy go nie zobaczę, nigdy z nim nie porozmawiam – to była najgłupsza myśl, najbardziej nielogiczna, nieracjonalna i nieprawdziwa. Bo jak mogłam żyć w świecie, w którym go nie ma? Dlaczego słońce świeciło, psy szczekały, dlaczego świat nie stanął w miejscu?

A potem przyszedł sen – w noc poprzedzającą pogrzeb. Mój dziadek siedział w ogródku, w swoim ukochanym miejscu. Ubrany był w garnitur, w którym następnego dnia widziałam go w trumnie. Była piękna, słoneczna pogoda, zupełnie żadnego wiatru i normalne na wsi dźwięki też jakby przytłumione – bzyczenie pszczół, szczekanie psa, pianie koguta. Dziadek siedział na pniaku ściętego drzewa, który stał tam od zawsze. Był spokojny, uśmiechnięty. Wziął moją rękę w swoje spracowane dłonie i uśmiechnął się, głaskał mnie po ręku i powtarzał „moja kochana wnusia”. Rozpłakałam się, bo gdzieś podświadomie czułam, że to sen, że on umarł i już go nie ma, żeby głaskać mnie i nazywać swoją kochaną wnusią. I siedzieliśmy tak – ja płacząc, a on uśmiechając się, głaszcząc mnie po dłoni i powtarzając „moja kochana wnusia”, patrząc na swój ukochany ogródek, wypieszczone kwiaty i warzywa. W pewnym momencie na jego twarz padł promień słońca i zrozumiałam, że się ze mną żegna, bo nie zdążył tego zrobić za życia. Jakby tym głaskaniem chciał mi przekazać, że wszystko dobrze, że już nic go nie boli i mam nie płakać. Potem podniósł się, pocałował mnie w czoło i odszedł ścieżką, charakterystycznie powłócząc jedną nogą i jakby rozpłynął się w kolejnym promieniu słońca. I ten dźwięk szurania po żwirze słyszałam jeszcze kilka razy na jawie i uśmiechałam się wtedy, bo wiedziałam, że przyszedł doglądać swojego ogródka.

Rano w dniu pogrzebu obudziłam się dużo spokojniejsza, wręcz z ulgą. Byłam w stanie normalnie ubrać się, pójść do kościoła i trzymać za rękę moją mamę i młodszego brata.

Nikomu nie opowiadałam tego snu. A dziadek przychodzi do mnie we śnie zawsze, kiedy mam do podjęcia jakąś ważną decyzję. Nie zawsze są to dobre sny, czasem bardzo się go boję, bo wiem, że nie żyje i że nie powinno go tu być. Czasem są to sny pełne spokoju i miłości, jak ten. I nie mogę się doczekać kolejnego snu, żebym mogła mu powiedzieć, że zostanie pradziadkiem:)

Mam jeszcze sporo do napisania, dużo do opowiedzenia.  Zostawię, więc kolejne historie na kolejny raz. Pozdrawiam:)

 

Wniebowstapienie przez piekło w cieniu krzyża

Dzisiaj pragnę podzielić się z Wami treścią przekazu, który otrzymałam kilka dni temu. Jest to dla mnie przebogate i bardzo specjalne doświadczenie.

Zacznę od tego, że wiele lat temu, jako mała dziewczynka, kolonistka, pojechałam na wycieczkę razem z całą grupą.

Niewiele z tego wielogodzinnego maratonu zapamiętałam. Wąskie, klaustrofobiczne korytarze, dziwny zapach i pomnik poświęcony więźniom obozu koncentracyjnego. Ludzi tych zmuszano do niewolniczej pracy, a kiedy zabrakło im sił mordowano. Ich ciała pozostały w wielu zasypanych korytarzach.

Pomnik znajdował się w podziemnej sali, przedstawiał sylwetki ludzi leżące w stężeniu pośmiertnym i okryte białym płótnem. Nie wiem, kto jest autorem tej pracy, ale artyście udało się idealnie oddać strukturę materiału. Każda fałdka wydawała się miękko okrywać leżące ludzkie ciała.

Po tak wielu latach, w mojej wizji, znalazłam się ponownie w tym miejscu i patrzyłam na umęczone ludzkie szkielety, byłam wzruszona. Miałam ochotę pochylić się i pogładzić głowę jednego z nich.

Nagle poczułam silny ruch powietrza i znalazłam się w olbrzymiej świątyni. Wielkie katedry, jawiły mi się wobec tego ogromu niczym wiejskie kapliczki. Proste strzeliste łuki wydawały się sięgać sklepienia nieba. Nie było tam żadnych ozdób, ani złotych ani jakichkolwiek innych. Na środku stał prosty drewniany ołtarz, a zanim wisiał obraz Jezusa, który namalowano na podstawie objawienia siostry Faustyny. Jego kopia stanowi miniaturę w niniejszym wpisie. Obraz był również olbrzymi. W świątyni stało wiele rzędów prostych ławek pachnących jeszcze żywicą sosnową. Nie mogłam ustalić źródła światła, wydawało mi się, że to sama świątynia emanuje taką jasnością, która rozświetla najdalsze zakamarki. Cisza, spokój, harmonia i pewność, przebywania we właściwym miejscu. Przed stopniami ołtarza spoczywała rzeźba, o której wcześniej wspomniałam. Nagle rozległa się cicha muzyka, bardzo delikatna i kojąca.

Ku mojemu zdumieniu sylwetki więźniów ożyły i odchyliły ten swoisty całun, który je spowijał. Ludzie powoli podnosili się i zajmowali miejsca w ławkach. Było ich tak wielu.

Przez cały ten czas w głębi siebie słyszałam wiersz, który otrzymałam dużo wcześniej, jako oddzielny przekaz:

Mario

Niema w tobie nic boskiego

Kiedy trzymasz w objęciach

Bezwładne ciało

Może tylko ból, który sięgnął nieba

Cała jesteś smutkiem

A rozpacz

Gaśnie wraz z tobą

Wierzę

Że wniebowstąpiłaś

Przez piekło

W cieniu krzyża

 

Jezu

W twoim umęczonym ciele

Nie ma nic boskiego

Może tylko miłość

Która nie była z tego świata

Kiedy błogosławiłeś ludzi nadzieją

Objąłeś ramionami krzyża

 

Wierze

W twoje królestwo

Przez wieczną światłość

Przez twoją śmierć

i obietnice

 

Pojęcia nie mam, dlaczego akurat w tym momencie odezwało się wspomnienie tego utworu.

Kiedy prawie wszystkie ławki zostały zajęte. Muzyka ustała, a obraz zaczął świecić przedziwnym ciepłym światłem. Wreszcie z serca Jezusa zaczęły wydobywać się promienie we wszystkich kolorach tęczy. Było to przepiękne widowisko. Promienie rozchodziły się po całej świątyni i powodowały, że ludzie siedzący w ławkach jakby rozpływali się w nich.

Kiedy tęcza zabrała wszystkich, światło zgasło, a ja podeszłam do pomnika przy ołtarzu.

Popatrzyłam na wielką białą płachtę, która z kamiennej przemieniła się w zwykłe płótno.

Usłyszałam:, czemu jesteś smutna czy nie widzisz, że grób jest pusty?

 

Po tych słowach obudziłam się we własnym świecie. Wyjątkowo nie skomentuję tego przekazu, pozostawiam to czytelnikom.

Mam tylko prośbę, jeśli ktoś kojarzy miejsce i tą specyficzną rzeźbę proszę o podanie lokalizacji: edel @op.pl

Dzięki uprzejmości jednej z Pań czytających bloga miejsce i rzeźba zostały zlokalizowane. Jeszcze raz dziękuję !

https://plus.google.com/photos/114857480009426475381/albums/5402824341294920273/5402833303720489666?banner=pwa&pid=5402833303720489666&oid=114857480009426475381