Wszystko dzieje się po coś, wszystko dzieje się dla nas

„Przeznaczenie znajdzie sobie drogę” Wergiliusz

 

Minął kolejny rok, a co za tym idzie nadchodzi czas podsumowań. Gdybym miała stworzyć ranking najczęściej zadawanych przez Państwa pytań z pewnością w czołówce znalazłoby się jedno: „Czy wszystko dzieje się po coś?”. Moim skromnym zdaniem nie istnieją doświadczenia bezcelowe, nie ma przypadków i zbiegów okoliczności. Owszem w codziennym życiu i w mowie potocznej również ja używam takich sformułowań jak „dziwnym zbiegiem okoliczności” itp., ale robię to nawykowo, a nie z przekonania.

Los ludzki jest w znacznym stopniu zdeterminowany. Rodzimy się w określonym czasie i miejscu, wyznajemy konkretną religię, jesteśmy biedni lub bogaci. Zawsze jednak mamy możliwość wyboru i kiedy przed takowym stajemy tylko od naszej postawy zależy, jak potoczy się  życie. Każdy z nas bodaj raz staje przed wyjątkowo cienką kładeczką, pod którą rozciąga się głęboka przepaść. Jedni podejmą ryzyko i spróbują pokonać to wyzwanie, inni zostaną u progu nowego rozważając za i przeciw. Bez względu na podjętą decyzję, pamiętajmy, że istnieje tylko tu i teraz. Na przeszłość nie mamy najmniejszego wpływu, przyszłość jest niepewna, liczy się tylko teraz. Nie ma sensu rozpamiętywać, co byłoby gdybym wybrał inny kierunek studiów, gdybym wyszła za Adama, gdybym wybaczyła, gdybym odszedł, gdybym jednak urodziła to dziecko ….

Takie jest nasze „teraz”, ponieważ dokonaliśmy pewnych wyborów w przeszłości. Wierzę, że prowadzi nas Moc będąca najlepszym doradcą. Nieprzerwanie podążamy w miejsce i czas, którego najbardziej potrzebujemy. Nasz racjonalny umysł nie zawsze jest w stanie zrozumieć intencje sił wyższych i dla tego cierpienie się wzmaga. Z perspektywy własnego życia mogę to potwierdzić. Potrzebowałam swoich traum i fizycznego bólu, aby zbudować siebie. Nie sądzę, aby „życie w puchu” przyniosło mi inspirację i dało impuls do otwarcia serca oraz umysłu dla nowych idei i możliwości. Bywa, że ciężkie doświadczenia dopiero z perspektywy czasu przynoszą refleksję i wtedy dostrzegamy, że przyszły do nas w samą porę.

Przykład – jak zwykle z życia wzięty.

Pan Zbyszek pierwszą firmę założył jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. W interesach szło mu znakomicie i właściwie niczym mityczny król Midas, to czego dotknął przemieniał w złoto. Niezwykle obowiązkowy i pracowity systematycznie pomnażał swój majątek. Niestety życie rodzinne bardzo na tym cierpiało. W pewien listopadowy dzień wracał wieczorem do domu. Trasę znał dobrze, ale ze względu na fatalne warunki atmosferyczne jechał (jak sam przyznał) wyjątkowo zgodnie z przepisami. Przed nim było ponad dwieście pięćdziesiąt kilometrów. Myślał o ostatniej rozmowie z żoną Magdą, która pokazała mu dokumenty od adwokata i zażądała rozwodu. Nie mógł zrozumieć jej podejścia do sprawy, owszem jest gościem w domu, ale przecież wszystko, co robi, robi dla niej i dla dzieci. Zbyszek bardzo kochał żonę i zastanawiał się jak ratować swoje małżeństwo. W trakcie jazdy zauważył, że przybyło baraków i maszyn drogowych. Remont drogi i pobocza wchodził w kolejną fazę. Nagle, nieomal przed maską samochodu pojawił się człowiek. Zbyszek hamował, jednak nie miał najmniejszych szans na uniknięcie zderzenia. Potrącił pieszego.

Oczywiście zachował się należycie. Wezwał Policję, pogotowie, usiłował reanimować tego mężczyznę, ale niestety bez rezultatu. Dla osoby pokroju Zbyszka był to straszny cios. Pozbawił życia drugiego człowieka. Uważał, że teraz to już na pewno żona go opuści. Tak się jednak nie stało. Żona dzielnie go wspierała. Sekcja zwłok wykazała, że denat miał trzy i pół promila we krwi oraz zaawansowaną marskość wątroby. Jego dni były policzone. Ślady zebrane przez Policję jasno wskazywały, że zamroczony alkoholem człowiek wyszedł zza baraku wprost pod nadjeżdżający pojazd i w tej sytuacji trudno winić Zbyszka za tę tragedię. Mimo wszystko Zbyszek miał potworne wyrzuty sumienia. Żona zapewniła go, że będzie przy nim i wycofa pozew. Ucieszył się, ale nie potrafił oddalić myśli, że zabił i zniszczył czyjeś życie. Magda dowiedziała się, że zmarły miał trójkę dzieci. Niewiele myśląc zrobiła olbrzymie zakupy, popakowała prezenty i świąteczne wiktuały, a na koniec przekonała Zbyszka, że trzeba tam pojechać. Zbyszek przyznał później, że całą drogę płakał, a kiedy stanął na progu domu zmarłego (a właściwie na progu rozlatującej się chatynki) nogi mu się trzęsły ze strachu i przejęcia. Drzwi otworzyła kobieta w średnim wieku. Zbyszek resztką sił przedstawił się i powiedział: to ja zabiłem pani męża. Niewiele brakowało mu do utraty przytomności. Spodziewał się bardzo nieprzyjemnej reakcji, a tym czasem kobieta rzuciła się mu na szyję z okrzykiem – Zbawco, ty nasz zbawco!

Okazało się, że zmarły był katem dla swojej rodziny. Choć może to zabrzmi kontrowersyjnie Zbyszek „skrócił ich cierpienia” biorąc cały ciężar na swoje sumienie.

To dramatyczne zajście stało się przyczynkiem do naprawy stosunków małżeńskich Zbyszka i spowodowało, że zrozumiał jak wiele bólu przysporzył swoim bliskim. Dzieci myślały, że tata ich nie kocha i dla tego jest poza domem, żona żyła w przekonaniu, że Zbyszek ją zdradza. Zbyszek nauczył się też jak dobrze jest dzielić się z innymi. Do dziś pomaga wdowie i dzieciom, a to w remoncie domu, a to w innych potrzebach. Został ich opiekunem. Nie traktuje tego, jako balastu. Jak sam powiedział, tak miało być.

Pytanie na dzisiaj: ile razy w naszym życiu tak właśnie miało być?

 

Na Nowy Rok 2016 składam Państwu najserdeczniejsze życzenia: zdrowia, zadowolenia z życia, radości i bliskości. Bądźmy uważni w naszym tu i teraz, a marzenia spełniajmy bez szkody dla kogokolwiek i czegokolwiek. Do Siego Roku !

Czy można uciec przeznaczeniu ?

Niedawno w jednym z programów poświęconych „modzie i urodzie” wspomniano osobę Pani Agnieszki Kotlarskiej. Wygrała ona konkurs piękności, co otworzyło jej drogę do kariery w prestiżowych agencjach modelek. Jej twarz zdobiła okładki kluczowych dla tej branży magazynów, zatrudniali ją najlepsi projektanci. W roku 1996 miała zarezerwowany lot do Paryża. Tuż przed planowanym wylotem termin pokazu przełożono. Pani Agnieszka zmieniła swoją rezerwację. Samolot, którym pierwotnie miała lecieć eksplodował, a katastrofy nie przeżył nikt. Pisano o tym szeroko w prasie krajowej. Pamiętam nawet wywiad w kolorowym czasopiśmie gdzie Pani Agnieszka mówiła, że czuje się jakby podarowano jej drugie życie, że przewartościowała wszystko i dopiero teraz naprawdę docenia to, co ma. Sześć tygodni później została zamordowana pod własnym domem przez niezrównoważonego psychicznie wielbiciela.

Zapewne przypomina się Państwu w tym momencie seria filmów po tytułem „Oszukać przeznaczenie”. Ja miałam takie skojarzenie natychmiast. W ezoteryce mówi się o zjawisku odroczenia w czasie, o karmicznym powinowactwie zdarzeń. Ja osobiście jestem przekonana, że przeznaczenia oszukać nie sposób, a jeśli w „cudowny” sposób unikamy śmierci to znaczy, że po prostu nie była nam ona pisana, jedynie potrzebowaliśmy silnego bodźca, aby zmienić coś w swoim życiu, naprawić relacje partnerskie czy po prostu zrozumieć, że życie jest cenne i nie trwa wiecznie.

W mediach pojawiają się wzmianki o ludziach znanych, popularnych i interesujących dla wielu. Pozwolę sobie przytoczyć podobne wydarzenia dotyczące zwykłych ludzi.

Niedaleko miasta, w którym mieszkałam przez wiele lat znajdują się dwa ośrodki wypoczynkowe. Na drodze, dojazdowej wypadki zdarzają się dość często. Pracowałam z panią, której siostra wraz z mężem i dójką przyjaciół zginęła wracając z tak zwanego plażowania. Zaznaczam, że i kierowca i pasażerowie byli trzeźwi. Tak samo jak kierowca tira, który wymusił wtedy pierwszeństwo. Wielka tragedia dla całej rodziny.

Kilka lat po tej kraksie czwórka młodych ludzi również wracała feralną droga. Tak jak poprzednio doszło do nieszczęśliwego wypadku z tym, że dwoje z nich przeżyło, konkretnie rodzeństwo brat i siostra. Dokładnie sześć lat później chłopak ten wyjechał w delegację i zginął staranowany przez inny samochód. Zgadzała się data i pora dnia. Jego siostra przeżyła jeszcze kilka lat niestety zachorowała i zmarła na raka również dokładnie w rocznicę wypadku.

Nie musze sięgać do historii osób, które są dla mnie obce, mam przeżycia o podobnym charakterze z własnego podwórka. Byłam wtedy uczennicą szkoły podstawowej, stałam na przejściu dla pieszych czekając na zielone światło. Dokładnie w tym miejscu zakręcał samochód ciężarowy załadowany płytami paździerzowymi. Były źle zabezpieczone i podczas wykonywania skrętu wypadły oczywiście prosto na mnie. Nie posiadam dokumentacji medycznej z tego okresu, ale wiem na pewno, że wypadek zdarzył się w maju. Dokładnie piętnaście lat później w sobotę szłam do pracy, aby skończyć coś pilnego. W biały dzień na pasach  potrącił mnie samochód. Kierowca był trzeźwy i ja oczywiście też. Pamiętam do dziś komentarz ordynatora szpitala, w którym znalazłam się po wypadku. Jest dosadny, ale i humorystyczny, więc przytoczę go „ Pani anioł stróż to ma skrzydła dupne jak Boeing, normalnie człowiek by tego nie przeżył”

Wtedy jeszcze nie skojarzyłam tych dwóch dat. Dopiero za trzecim razem powiązałam sprawy. Trzecie zajście to również wypadek samochodowy, lecz tym razem na szczęście byłam pasażerką. Minęło kolejnych piętnaście lat wypadek wydarzył się dokładnie czwartego maja.

Jestem przekonana, że gdyby większość ludzi zrobiła swoisty rachunek sumienia to okazałoby się, że pewne ważne wydarzenia pojawiały się w cyklach i stanowiły albo początek albo koniec jakiegoś znaczącego okresu. Może gdybyśmy potrafili wyciągać więcej niż tylko powierzchowne wnioski z tego, co nas dotyka powtórki nie byłyby konieczne?