Robert Schwartz „Odważne dusze”

 

Każdy z nas zastanawiał się nad znaczeniem swojego obecnego życia. Zadajemy sobie wiele pytań: Czy żyjemy tylko raz? Czemu spotykają nas trudne, traumatyczne doświadczenia? Jak to jest, że życie innych ludzi wydaje się bezproblemowe, a nasze jawi się jako pasmo przeszkód i trosk? Czyżby los był tak ślepy, a Stwórca niesprawiedliwy?

Zwolennicy teorii o transmigracji dusz, dopatrują się znaków i powiązań między poprzednim, a obecnym wcieleniem. Jeśli udaje im się dotrzeć w głąb siebie, odebrać metafizyczny komunikat dotyczący przeszłości, są zdumieni, że zaplanowali swoją drogę i podjęli się tak poważnych wyzwań. Bez wątpienia ludzki umysł, osadzony w świecie fizycznych doświadczeń i ocen moralnych powiązanych z wartościami tego świata, nie jest w stanie przyjąć tak trudnej wiedzy. To zrozumienie można osiągnąć tylko z poziomu serca.

Robert Schwartz, podjął temat planowania przedurodzeniowego i zaprosił do współpracy osoby, wyrażające chęć poznania przyczyn swoich obecnych problemów, poprzez kontakt z opiekunami duchowymi. Aby umożliwić odebranie tych informacji, autor poprosił o pomoc media channelingowe, za pośrednictwem których informacje mogły płynąć zarówno z pola Akaszy, jak i od istot duchowych.

Mamy tu do czynienia z głębokim spojrzeniem na proces planowania przedurodzeniowego. W książce znajdziemy historie dziesięciu osób, zmagających się z chorobami ciała, wychowaniem dziecka z niepełnosprawnością, alkoholizmem, narkomanią, śmiercią ukochanej osoby. Robert Schwartz w sposób celowy wybrał te tematy, gdyż dotykają one najboleśniejszych i częstych doświadczeń wielu ludzi na całej kuli ziemskiej.

„Odważne dusze” to szczególna lektura i zapewne nie każdy czytelnik będzie rezonował z tezami w niej zawartymi. Powiem więcej, to książka kontrowersyjna i niełatwa w odbiorze. Tak się jednak składa, że treści lekkie i przyjemne mają niski ciężar gatunkowy i nie poprowadzą nas w miejsca i tematy warte zbadania.

Jeśli mieliście Państwo, okazję zapoznać się z pracami dr Michaela Newtona i współgrały one z Waszym sercem, Robert Schwartz i jego „Odważne dusze” również staną się Wam bliskie.

Do mnie w sposób szczególny przemówił ten oto fragment:

„Każdy z nas jest ziarnem zasianym w wibracji naszego obecnego świata. Kiedy podniesiemy swa własną częstotliwość, rozwijając się dzięki stawianym w życiu wyzwaniom, podniesiemy także częstotliwość świata. Niczym pojedyncza kropla barwnika w szklance wody, każda osoba zmienia cały odcień świata. Gdy tworzymy uczucia radości, nawet jeśli żyjemy samotnie na szczycie góry, emitujemy częstotliwość, która ułatwia innym bycie radosnym. Gdy kreujemy poczucie pokoju, rezonujemy energią, która może położyć kres wojnom. Kochając, pomagamy kochać innym, zarówno tym, których spotkamy, jak i tym, którzy nas nigdy nie poznają. To, kim jesteśmy, jest zatem o wiele bardziej znaczące niż cokolwiek, co kiedykolwiek moglibyśmy zrobić.”

Wydawnictwu Samsara, dziękuję za udostępnienie tej pozycji!

 

Życie nie jest nowelą – to pasjonująca saga !

Temat reinkarnacji bardzo Państwa zainteresował, czego wyrazem jest obfita i ciekawa korespondencja. W listach odnosicie się Państwo do swoich przeczuć, snów, zadziwiających sytuacji, które wydają się być czymś więcej, niż imaginacją umysłu lub zwykłym przypadkiem.

Człowiek uważny dostrzega znacznie więcej i dla tego jego świat jest bogatszy i pełniejszy. Osoby podchodzące do życia z preferencją strony materialnej, postrzegają otoczenie powierzchownie, jedynie pod kątem poszukiwania kolejnych okazji i sposobów gromadzenia dóbr. Wiele im umyka, ale to temat na odrębne rozważania.

Przedstawiam fragment listu, jaki otrzymałam od Andrzeja:

„Przeczytałem z dużym zainteresowaniem tekst o regresji i choć sam nie poddałem się tej procedurze, to mam głębokie przekonanie, co do jej działania i sensu stosowania. Myślę, że w jakiś niewytłumaczalny sposób echa poprzednich wcieleń przebijają się do naszej świadomości. Sam tego doświadczyłem.

Zawsze interesowałem się muzyką. Amatorsko gram na gitarze i podobno nieźle mi to wychodzi. Kiedy miałem może ze czternaście lat pojawił się pewien dziwny sen. Śniło mi się, że gram na trąbce i to w dodatku jazz. Grałem z pasją, jak szalony, ale kiedy odkładałem instrument i rozglądałem się po sali, otaczające mnie postaci rozmazywały się. Zupełnie jakbym widział widma, a nie żywych ludzi. Słyszałem rozmowy w języku angielskim, śmiech, brzęk szkła, nawet charakterystyczny odgłos odkładanych na talerz sztućców. Bez wątpienia grałem w restauracji lub klubie.

Ten sen mnie zastanawiał. Nie interesowałem się jazzem tylko muzyką rockową. Poza tym denerwowało mnie, że nie widzę postaci, nie wiem kim jest kobieta, której śpiew słyszę, nie mam pojęcia, gdzie jestem. Rozwiązanie przyszło praktycznie samo, tyle że kilka lat później. Ukończyłem pierwszy rok studiów i dumny ze swoich ocen pojechałem pochwalić się dziadkom. Tak się złożyło, że dziadek akurat naprawiał dach. Chciałem mu pomóc i dosyć nieszczęśliwie spadłem z drabiny. Prawa noga wymagała założenia szyny, a ja tym samym zostałem unieruchomiony na cały miesiąc. Dziadek skwitował ten wypadek dość okrutnie – tak to jest jak się inteligent za prawdziwą robotę zabiera.

Znajomi próbowali umilić mi czas rekonwalescencji i przynosili różne filmy. Wtedy, po raz pierwszy w życiu obejrzałem „Cotton Club”, film nakręcony nota bene w 1984 roku, kiedy się urodziłem. Emocji, jakie towarzyszyły mi podczas oglądania całego filmu, nie da się opisać. To było niesamowite, byłem jak w transie! Reżyser Francis Ford Coppola zabrał mnie, na powrót do mojego świata. I pomyśleć, że zastanawiałem się czy ten film oglądać, bo opisany był jako gangsterski, a takie kino specjalnie mnie nie interesuje. Od czasu Cotton Club, mój sen nabrał kolorów i ostrości. Odszukałem wiele materiałów dotyczących tego legendarnego klubu i nie mam cienia wątpliwości, że miałem przyjemność tam występować. Nie byłem prawdopodobnie muzykiem pierwszoplanowym, ale to nie ma przecież żadnego znaczenia.

Ja nie potrzebuję więcej „dowodów” – niech żyje jazz! „

Wspaniałe doświadczenie. Zapewne kształtujące człowieka na całe życie, a tym samym na kolejne wcielenia. Pojawia się pytanie, czy owe przebłyski dawnych żywotów są przypadkowe, czy też celowo wpisane w obecne życie?

Moim skromnym zdaniem, wszystko zależy od skali wpływów poprzednich żywotów, na ten obecny. Można założyć, że w przypadku takich ludzi jak Mozart, dorobek, mądrość i artyzm nabyty przez wiele wcieleń, objawiły się już we wczesnym dzieciństwie, aby przyspieszyć powstanie wiekopomnych dzieł kompozytora. Dzieł, stanowiących niewyczerpane źródło inspiracji dla kolejnych pokoleń muzyków, a także ucztę duchową dla wielu melomanów, szukających wytchnienia w gonitwie życia. Mało tego, w latach 50- tych XX wieku, profesor Alfreda Tomatis odkrył szczególne właściwości muzyki Mozarta, a jego koncepcje znane są powszechnie pod nazwą Efektu Mozarta. Profesor Tomatis wykazał, ponad wszelką wątpliwość, że utwory kompozytora wpływają na poprawę koncentracji, harmonizują napięcie mięśniowe, poprawia koordynację ruchową i ułatwiają zapamiętywanie i relaksację. Obecnie muzyka Mozarta wykorzystywana jest w terapii epilepsji, autyzmu, dysleksji, zaburzeń emocjonalnych, czy nadpobudliwości psychoruchowej.

Jestem przekonana, że zjawisko określane mianem geniuszu, to nie nadnaturalny talent, wynikający z uwarunkowań genetycznych, tylko otwarty dostęp do wcześniejszych osiągnięć, popartych ciężką pracą. Takie stare dusze, wracają, aby przyśpieszyć rozwój świadomości pozostałych dusz, zmienić bieg historii, skierować naukę lub duchowość na nowe tory. Mozart nie jest jedynym „cudownym dzieckiem” w dziejach ludzkości. Było ich wiele, lecz nie zawsze wiemy o ich istnieniu. Rodzą się na innych kontynentach lub zajmują się dziedzinami, o których przeciętny człowiek nie ma pojęcia. Żebym nie była gołosłowna podam dwa przykłady:

Akrit Jaswal urodzony w 1993 roku w Indiach. Zasłynął jako geniusz w dziedzinie medycyny. Mając zaledwie 7 lat, pomyślnie przeprowadził swoją pierwszą operację na dziewczynce, której rodziców nie było stać na profesjonalną opiekę medyczną. Akrit, nie spoczął na laurach i dalej kształci się w kierunku medycyny. Marzy o studiach na Harvardzie i o wynalezieniu leku na raka.

Terence Tao, chłopak nauczył się czytać i liczyć już w wieku 2 lat. Jako 7-latek uczęszczał do szkoły średniej. W wieku lat dziewięciu, rozpoczął studia, które ukończył jako 24-latek z tytułem profesora matematyki. W trakcie studiów, dokonał wielu znaczących odkryć w dziedzinie matematyki.

Celowo wybrałam osoby urodzone w czasach współczesnych, żeby nie było wątpliwości, co do prawdy historycznej i potencjalnego wyolbrzymiania ich osiągnięć.

Jaka siła ma wpływ na to, że konkretna dusza może zachować swoją intelektualną ciągłość mimo zmiany ciała? Cóż, zapewne jest to siła życzliwa ludzkości, zainteresowana naszym wzrostem i rozwojem. Nazwy, które tej sile nadajemy są drugorzędne. Najczęściej wymienia się Władców Karmy, Duchowych Rodziców lub Boską Mądrość.

W przypadku opisanym przez Andrzeja, nie mamy do czynienia z ciągłością wspomnień determinującą obecne wcielenie. Owszem, Andrzej amatorsko muzykuje i na pewno jest to istotny aspekt jego życia, jednak zawodowo zajmuje się czymś innym. Przykład ten obrazuje możliwości poznawcze każdego człowieka, rozumianego jako dusza, stanowiąca sumę wszystkich doświadczeń i umiejętności.

Warto bacznie przyglądać się sobie i swoim bliskimi. Nie zaszkodzi, przynajmniej założyć, że istnieje możliwość odebrania przekazu, który zapobiegliwie przygotowaliśmy na bieżące wcielenie.

Dobre życie po złym życiu

Otrzymałam poruszający list od Izabeli, która niedawno poddała się regresji w hipnozie. Ciekawa sesja, prowadząca bohaterkę w strefę wewnętrznego Cienia. Niechętnie przyznajemy się do jej istnienia, błędnie interpretując własne odczucia lub emocje, które skrywa. Nie da się jednak zaprzeczyć, że Cień to część naszej osobowości.

Zanim oddam głos Izabeli, dodam tylko, że podjęcie przez nią próby dotarcia do wcześniejszych reinkarnacji, nie było podyktowane pustą ciekawością. Izabelę, od najmłodszych lat dręczyły dziwne i przerażające sny, od których nie potrafiła się uwolnić. W końcu postanowiła skorzystać z tego rodzaju terapii.

„Szukając odpowiedzi na pewne dręczące mnie pytanie trafiłam na Twojego bloga. Coś mi mówi, że pomożesz mi lub przynajmniej nakierujesz na właściwe rozwiązanie. Od dzieciństwa dręczyły mnie koszmarne sny. Mówi się, że koszmary są odzwierciedleniem lęków, ciężkiej sytuacji życiowej itp. Tymczasem moje życie było od początku bardzo spokojne, pełne rodzicielskiej opieki i zabezpieczone ekonomicznie. Nigdy niczego mi nie brakowało. Rodzice dla mnie i brata byli gotowi zrobić chyba wszystko. Skończyłam studia medyczne, poznałam mego męża i właściwie oprócz drobnych problemów, jakie ma każdy nie spotkało mnie nic złego. Mam cudowne córeczki, mąż pracuje w stałych godzinach więc nie ma problemu z moimi dyżurami. Pracuję dużo, poza tym pomagam wolontarystycznie w hospicjum. Mąż to rozumie i bardzo mnie wspiera. Czasami bywam przemęczona, ale szczerze kocham swoją pracę i nie wyobrażam sobie abym mogła robić w życiu coś innego. Nic nie tłumaczyło tych okropnych snów ani w dzieciństwie, ani teraz.

Radziłam się przyjaciółki i to ona podsunęła mi pomysł z regresją hipnotyczną. Nie jestem osobą religijną, ale wierzę głęboko w istnienie siły kierującej tym światem. Reinkarnacja wydaję się całkiem sensownym i sprawiedliwym mechanizmem w procesie samodoskonalenia.

Pierwsza sesja zakończyła się fiaskiem. Nie potrafiłam się skupić, co rozdrażniło mnie i rozbiło całkowicie. Podczas drugiej poszło dużo lepiej. Widziałam siebie jako dziewczynkę żyjącą w osiemnastowiecznej Rosji. Nie będę podawać szczegółów, ponieważ tamto życie zakończyło się szybko i jak przypuszczam, nie miało nic wspólnego z moimi koszmarami. Na kolejną sesję szłam pełna nadziei z jakimś dojmującym przekonaniem o rozstrzygającej roli tego, co być może zobaczę.

Zobaczyłam siebie jako nastolatkę. Pierwszy obraz to skromnie, ale starannie urządzone mieszkanie, w którym szoruję drewnianą podłogę. Świeci słońce i jestem nieszczęśliwa, że muszę sprzątać, a moje młodsze siostry poszły bawić się na dworze. Z oddali słyszę muzykę. Ktoś śpiewa po niemiecku. Następne obrazy dotyczą życia rodzinnego: ojca, matki, sióstr. Wielkie szczęście, kiedy ojciec przynosi do domu odbiornik radiowy i rozpacz z powodu śmierci najmłodszej siostry. Wieczne szorowanie podług. Później jakieś święto, wielki wiec, gdzie wszyscy wiwatują na cześć Hitlera.

Jestem już kobietą i bardzo chcę być samodzielna, coś znaczyć w życiu. Ojciec ciągle ubolewa, że nie ma syna. Inni mają i mogą chwalić się zdjęciem w pięknym mundurze. Później widzę siebie jako strażniczkę w obozie koncentracyjnym. Tam się dzieją rzeczy straszne, również z moim udziałem.

Największym przeżyciem dla mnie, nie jest sam fakt bycia kobietą okrutną, odczłowieczoną, ale stosunek jaki miałam do tego, co robiłam. Mnie się to podobało. Te piękne skórzane oficerki, władza, strach w oczach więźniarek, zalotne spojrzenia kolegów. Myśmy byli szczęśliwymi władcami pandemonium. Nic nie miało znaczenia, a w więźniach nie widziałam ludzi tylko coś między zwierzęciem a maszyną.

Zginęłam podczas ucieczki przed nadciągającym, wrogim wojskiem. Jeden z esesmanów zorganizował ciężarówkę. Przebrani w cywilne ubrania, chcieliśmy uciec. Na ciężarówce były worki z ziemniakami, cebulą i marchwią. Wśród tych worków kilkoro z nas (w tym ja) się ukryło, w szoferce została strażniczka i jej kochanek. Ten samochód został ostrzelany i spadł ze skarpy. Cały załadowany ciężar zwalił się z impetem na mnie. Żebra przebiły płuca, umierałam dusząc się i dławiąc własną krwią.

Obraz z tej sesji miejscami pokrywał się z treścią dręczących mnie snów. Na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć, że przestałam śnić koszmary. W tym sensie terapia okazała się skuteczna.

Jeśli, to co widziałam było faktycznie moim poprzednim życiem, dlaczego dobrze mi się wiedzie? Za ból, cierpienie, poniżenie tamtych ludzi powinnam przecież pokutować, doświadczać tego, co sama robiłam. Czuje się zagubiona, zdezorientowana.”

Nie wiem na jakiej podstawie Izabela przyjęła, że karma działa zgodnie ze starotestamentową zasadą „oko za oko ząb za ząb”. Czy naprawdę jedynym sposobem zniwelowania zła wyrządzonego w poprzednim życiu, ma być doznanie identycznego zła w obecnym? Czy dla wyrównania rachunku krzywd, dawna ofiara powinna zakatować sadystyczną strażniczkę jej własnym pejczem ? Z mojego punktu widzenia brzmi to absurdalnie. Istnieje znacząca różnica między zemstą, a zadośćuczynieniem.

Czyniąc dobro wzmacniamy ten rodzaj energii, tak samo jest ze złem. Karma (prawo przyczyny i skutku) służy również wyrównywaniu tych energii. W obecnym życiu Izabela jest lekarzem. Ze względu na swoją specjalizację ma do czynienia z osobami ciężko chorymi i cierpiącymi. Moim zdaniem pracując tak zawodowo jak i wolontarystycznie, przyczynia się do polepszenia sytuacji pacjentów i zmniejszenia bólu, który znoszą. Niwelując ból, niosąc otuchę i spokój, wyrównuje rachunek krzywd. Dobrem neutralizuje zło.

W kontekście reinkarnacji mówi się często „Co posiejesz to zbierzesz” i to jest oczywiście prawda, tyle tylko, że dusza przechodząc z jednego ciała fizycznego do drugiego, niesie cały bagaż wszystkich swoich doświadczeń i uczynków, nie tylko z poprzedniego wcielenia. Jeśli myślimy o sobie jako o duszy mającej ciało, nieśmiertelnej i wiecznej, to oczywistym wydaje się, że jesteśmy sumą wszystkich dobrych i złych uczynków, a nasze wcielenia to poniekąd średnia arytmetyczna jednych i drugich.

Cokolwiek robimy, zmieniamy się, a za mikrokosmosem naszego serca podąża cały wszechświat. Moim skromnym zdaniem na tym należy się skupić i działać nie oczekując rezultatu natychmiast, tu i teraz. Z dobrego ziarna wyrasta dobry plon. Prędzej czy później zbierzemy go i pomnożymy.

Wspomnienia z poprzedniego życia

 

 

 

Zdecydowanie wierzę w reinkarnację i jej głęboki sens dla człowieka podążającego drogą osobistego doskonalenia. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to widzenie świata powszechne w naszej kulturze, ale nie zamierzam żyć i myśleć wbrew sobie. Poza tym jak się okazuje nie jestem w moich poglądach aż tak odosobniona.

 

Otrzymałam sporo ciekawych listów od Czytelników, odbyłam też wiele rozmów z ludźmi, którzy albo sami przejawiają pamięć poprzedniego życia, albo usłyszeli zdumiewające relacje swoich dzieci czy wnuków. Proponuję przyjrzeć się bliżej kliku takim relacjom.

Na wstępie odniosę się do fenomenu „deja vu”, który jest często przywoływany, jako dowód na istnienie pamięci reinkarnacyjnej. Moim zdaniem deja vu może być poszlaką, ale nie dowodem kluczowym dla sprawy. Z definicji tego zjawiska wynika, że jest to stan nagły, trwający ledwie kilka sekund i choć może dotyczyć nie tylko osób czy miejsc, ale konkretnych sytuacji to jednak nie są to wspomnienia szczegółowe lub wielowątkowe. Na podstawie przebłysku nie jesteśmy w stanie przypomnieć sobie złożonych relacji z miejscem lub osobą. Czym zatem jest deja vu? Powiązanie tego zjawiska z napadami migrenowymi, padaczką skroniową lub innymi anomaliami w przekazie informacji między prawą a lewą półkulą mózgu, nie wyjaśnia tak naprawdę niczego, ponieważ deja vu występuje w miażdżącej większości u ludzi zdrowych. Zatem podłoże tego zjawiska nie wiąże się wprost z patologią. Być może w przyszłości uda się znaleźć jednoznaczną odpowiedź, jednak na dzień dzisiejszy mamy tylko mniej lub bardziej sensowne hipotezy.

Przejdźmy zatem do korespondencji:

„Jestem matką jedynaka, który obecnie zdaje maturę i mam nadzieję dostanie się na swoje wymarzone studia, czyli architekturę. Chciałabym napisać o wydarzeniach z dzieciństwa mojego syna, które nie dość, że były niezwykłe to śmiało można powiedzieć, że wywarły wpływ na światopogląd mój i mego męża. Zawsze interesowały nas inne kultury, tradycje i wierzenia, ale dopiero opowieści syna uruchomiły w nas potrzebę zgłębiania istoty naszej obecności na tej pięknej planecie.

Mój syn zaczął dosyć wcześnie mówić. Bardzo interesowało go otoczenie, dosłownie każdy kwiatek i kamyk. Kiedy dostał pierwsze kredki i blok szybko zrozumieliśmy, że otworzył się dla niego nowy kanał komunikacji ze światem. Pierwszy raz zaskoczył mnie swoją wypowiedzią w wieku około 4 lat. Ponieważ miałam świadomość, że nie urodzę więcej dzieci, a mój syn zostanie jedynakiem robiłam wszystko, aby nie był to jedynak w złym tego słowa znaczeniu. Kiedy po raz kolejny rzucił swoją kurteczkę na podłogę i zostawił, zawołałam go i przypomniałam o wieszaniu odzieży. Powiedziałam: w tym domu nie ma służących i każdy sprząta swoje rzeczy, syn zezłościł się i bez namysłu odpalił: no właśnie, gdzie są czarni ludzie? Zapytałam jakich ludzi ma na myśli? Czarnych do sprzątania kurtek i wszystkiego!

Powiem szczerze, że zdębiałam. Wieczorem opowiedziałam o tym mężowi, a on wprost zapytał syna, jakich ludzi miała na myśli?

-Czarnych, których się ma.

-Nie można mieć człowieka. Zaprzeczył mąż

-Można, tak samo jak my mamy kota. I wtedy się nie sprząta.

Po namyśle postanowiliśmy nie drążyć tematu tylko spokojnie czekać na rozwój wypadków. Kila dni później śpiewałam mu kołysankę. W pewnej chwili syn przerwał mi słowami: już dosyć, Mama Lu lepiej śpiewała. Zapytałam kto to? Czarny człowiek, którego się ma. Ona była moja.

Od tego czasu wielokrotnie padały słowa świadczące o tym, że mój syn był wcześniej dzieckiem jakiegoś plantatora bawełny, posiadającego niewolników. Kiedyś w sklepie nie chciałam mu kupić bluzeczki z jakimś bohaterem dziecięcego serialu, ponieważ nie była uszyta z bawełny. Tłumaczyłam synowi, że się będzie w tym ubraniu źle czuł. On zaś powiedział: wiem skąd się bierze bawełna. To taka wata zbierana na polu przez czarnych. Jest miła w dotyku i skakałem po workach z bawełną.

Takich sytuacji było mnóstwo. Potem pojawiły się rysunki, które pieczołowicie przechowujemy. Widać na nich piękny dom, ogród, pola bawełny, konie i dzikie zwierzęta. Również zdarzały się budynki, które udało nam się z czasem zidentyfikować. Mąż wyjechał do Stanów służbowo i zrobił wiele zdjęć. Przebywał głównie w stanie Georgia i sporo tam zwiedził, a że jest zapalonym fotografem uwieczniał wszystko bez wyjątku. Wiele wskazuje, że nasz syn spędził w tych okolicach kawał swego poprzedniego życia. W tamtym życiu również malował obrazy.

Na szczęście nie jest rasistą. Pozostała pasja do rysunku i architektury. Myślę, że gdyby wszyscy rodzice wsłuchiwali się w opowieści dzieci, takich zdarzeń jak w mojej rodzinie odnotowano by mnóstwo.”

Trudno sobie wyobrazić małego chłopca wychowanego w sercu Europy, który spontanicznie wpadnie na pomysł, że czarnego człowieka można mieć na tych samych zasadach, co kota. To jest po prostu nie do pomyślenia.

Jeszcze jedna relacja:

„Od lat interesuję się szeroko pojęta ezoteryką i o ludziach z pamięcią poprzednich wcieleń czytałam na długo prze narodzinami mojej córki. Mimo świadomości, że dziecko może pamiętać poprzednie życie z zaskoczeniem przyjęłam opowieść kilkuletniej pociechy.

Moje dziecko było raczej małomównym maluchem do czasu pójścia do przedszkola. Nowa sytuacja zmusiła ją do rozwijania zdolności komunikacyjnych. Wtedy też opowiedziała mi o „innym domu”

Po prostu, jak gdyby nigdy nic oświadczyła, że mieszkała kiedyś w innym domu niż nasz. Dom ten położony był nad rzeką, a w jego wnętrzu pełno było obrazów przedstawiających konie. Nie wypytywałam córki o szczegóły, czekałam na to co sama zechce powiedzieć. Z ciekawości zabrałam ją do stadniny, żeby zobaczyła konie z bliska. Nie chciała wsiąść na koński grzbiet i ten lęk przed końmi pozostał do dzisiaj, chociaż to już dorosła kobieta.

Opowieści o domu nad rzeką były spójne i jeśli je powtarzała to zgadzały się wszystkie szczegóły. Po prostu trudno było oprzeć się wrażeniu, że ona była tam naprawdę.

Dzisiaj moja córka jest mężatką i w jakiś sposób konie do niej wróciły. Już po ślubie, zięć nagle zainteresował się końmi i jeździectwem. Dziś nie wyobraża sobie życia bez tych zwierząt. Bierze udział w rajdach, intensywnie trenuje i opiekuje się swoim koniem. Córka nie ma nic przeciwko temu choć sama się nie angażuje.

A ja po prostu zastanawiam się czy moje dziecko wspominało swoją przeszłość, czy też w niezwykły sposób zobaczyło przyszłość, która w tej chwili zaczyna się materializować.”

 

 

 

 

„Chcesz wiedzieć kim będziesz – zważaj na to co robisz” Budda

 

Zdjęcie autorstwa Izabeli Ptak

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Reinkarnacja – chrześcijańskie tabu

Reinkarnacja – chrześcijańskie tabu

 

W korespondencji od Państwa temat reinkarnacji wraca niczym przysłowiowy bumerang. Jedna z Pań napisała: „Wszystko we mnie krzyczy, że reinkarnacja to zjawisko prawdziwe, ale jestem katoliczką i nauka Kościoła ma dla mnie znaczenie”. Wiele osób przeżywa takie rozterki. Być może warto postawić sobie proste pytanie, co decyduje o naszej wierze: zhierarchizowana instytucja czy serce, które poprzez miłość łączy nas z absolutem? Ja zadałam sobie to pytanie dawno temu.  Odpowiedź była rozstrzygająca.

Z przyjęciem reinkarnacji, jako zjawiska oczywistego nie maja kłopotu ludzie Dalekiego Wschodu. Taka jest ich wiara i taka logika myślenia. Ciało traktowane jest, jako tymczasowe mieszkanie dla duszy, w której zawiera się kwintesencja naszej osobowości i de facto naszego człowieczeństwa.

Mentalność europejska, budowana i kształtowana przez wieki w oparciu o chrześcijaństwo siłą rzeczy jest inna. Zgodnie z doktryną kościelną reinkarnacja jest wykluczona, ze względu na „osobową niepowtarzalność człowieka”. Krótko mówiąc, człowiek rozliczany jest i osądzany w ramach jednego żywota. W dodatku przy założeniu, że jego zmartwychwstanie nastąpi „w ciele”, czyli innymi słowy zostanie odtworzony z prochów. Koniec kropka. Wszystko, co nie zgadza się z doktryną jest uznawane za niebezpieczne i po dziś dzień zaciekle zwalczane.

Wiadomo, że pierwsi chrześcijanie, przez, co najmniej trzy stulecia wierzyli w reinkarnację lub przynajmniej oficjalnie rozpatrywali taką możliwość. Jeśli chodzi o ruchy gnostyckie, wiara w wędrówkę dusz przetrwała dużo dłużej, nawet do czasów współczesnych. W Starym i Nowym testamencie padają słowa, które dość jednoznacznie przemawiają na korzyść tej tezy. Duchowni dogmatycy, z uporem utrzymują, że taka interpretacja jest nieprawidłowa, ponieważ nie zgadza się z nauką kościoła. Jednym słowem tekst jest niepodważalny pod warunkiem, że pasuje do wcześniej stworzonego, wygodnego kontekstu.

Cóż, wiele kościelnych zakazów i nakazów, nie ma nic wspólnego z Biblią, o nauce Chrystusa nie wspominając. Mieści się za to znakomicie w takich pojęciach jak zniewolenie człowieka, prześladowanie kobiet i autorytaryzm grubo podszyty strachem.

Jeśli dołożymy do tego dogmat o nauczaniu „ex cathedra” i papieskiej nieomylność, zakaz czytania i tłumaczenia Biblii na języki narodowe[1] to koło zaprzeczeń zamyka się, tworząc szczelną barierę dla myśli i wolnego ducha.

Tak na marginesie, spójrzmy chociażby na kwestię piekła, niezwykle mocno akcentowaną przez duchownych. Wieki całe straszono ludzi niewyobrażalnymi mękami, których doświadczą, jeśli nie będą przestrzegać pewnych zasad. Pół biedy gdyby chodziło o dekalog, niosący  przekaz uniwersalny i ponadczasowy. Nie, z taką sama zaciętością karane miały być również wykroczenia przeciwko samemu kościołowi. Strach to podstawowy element manipulacji. Tak było, jest i niestety będzie. Duchowi przywódcy korzystali z tego narzędzia przez wieki i bez skrupułów, przesłanie miłości odsuwając na plan dalszy. Dopiero koszmar II Wojny Światowej, przewyższający najbardziej fantazyjne i sadystyczne obrazy piekła znane do tej pory, spowodował zmianę w kościele. Już nikt nie straszył z ambony, nie miałby, bowiem czym straszyć. Pojawiły się nowe interpretacje, według których piekło to stan potępienia duszy, a nie konkretne miejsce. Wcześniejsze wypowiedzi i działania tłumaczono np. błędami w przekładach Biblii oraz histerycznym podejściem do tematu rozlicznych nadpobudliwych artystów. Te argumenty byłyby nawet zabawne, gdyby nie cierpienie milionów ludzi, zniewolonych strachem i wykorzystywanych bez oporów.

Inny przykład: jakże piękna i wzniosła postać Marii Magdaleny. W roku 591 papież Grzegorz Wielki ogłasza, że Magdalena była nierządnicą, a siedem demonów, które wygnał z niej Jezus to siedem grzechów głównych. Ważnym było dla hierarchów, zdeprecjonować rolę kobiety-apostoła, która w przeciwieństwie do pozostałych uczniów, pozostała wierna swemu Mistrzowi do końca. Kardynał Richelieu powiedział „Nie ma ludzi niewinnych. Jeżeli dasz mi sześć linijek napisanych przez najbardziej uczciwego człowieka, to i tak znajdę w nich przyczynę do powieszenia go.” Wiedział, co mówi, jako godny spadkobierca swych poprzedników.

Dopiero w roku 1969 pod presją środowisk intelektualnych, doszło do oficjalnego sprostowania tej „niezamierzonej teologicznej pomyłki”. Magdalenę zrehabilitowano, ale w świadomości społecznej zakodował się już jej negatywny obraz. Umniejszenie Magdaleny usprawiedliwiało służebną rolę kobiety w strukturach kościelnych.

Przytoczyłam te przykłady, żeby zobrazować trudnego i fanatycznego interlokutora. Przeciwnika w dyskusji o reinkarnacji, której przebieg będzie zawsze ten sam, a konkluzja pozostanie niezmienna. Liczy się tylko dogmat, czyli „w teologii chrześcijańskiej: prawda uznana przez Kościół za objawioną przez Boga”[2]Z listów od Państwa wynika, że większość księży reaguje niezwykle nerwowo na słowo reinkarnacja. W pewnym sensie jest to temat tabu, a sama myśl dopuszczająca taką możliwość pachnie potępieniem.

Wszyscy mamy swój rozum i serce wrażliwe na prawdę. To niezawodny zestaw w drodze przez życie, a może i przez śmierć. Warto z tych atrybutów korzystać.

 

 


[1] Kościół Katolicki oficjalnie pozwolił na tłumaczenie Biblii na języki narodowe z języków oryginalnych dopiero podczas II Soboru Watykańskiego (1962-1965).

[2] Słownik języka polskiego PWN

Zdrój Dusz

 

Państwa pytania są zawsze bardzo ciekawe. W wielu dziedzinach nie czuję się ekspertem, ale staram się udzielać odpowiedzi na miarę swojej wiedzy oraz świadomości. Istnieją dziedziny, gdzie ekspertów po prostu nie ma, a ja mogę dzielić się z Państwem jedynie refleksami, do jakich prowadzi mnie głos serca.

„Jeśli dusze wędrują z nieba na ziemię i na odwrót to jest to pewnego rodzaju rotacja, ale czy ta cała grupa dusz podróżujących to jest jakaś stała liczba? Czy w niebie lub gdziekolwiek indziej rodzą się zupełnie nowe, młode dusze, które zwiększają liczbę społeczności niebiańskiej?” Takie pytanie zadał Pan Rafał.

Reinkarnacja, (metempsychoza, transmigracja) zakłada, że dusza, lub jak kto woli świadomość, po śmierci ciała fizycznego może wcielić się w nowy byt. W ten system wierzy około 900 mln Hinduistów, poza tym Buddyści oraz chociażby gnostycy. Nie ukrywam, że jest to idea bliska również mojemu sercu. „Jestem zaprawdę jeno wędrowcem, pielgrzymem na tej ziemi! Czyż wy jesteście czymś więcej? Pisał J. W. Goethe w „Cierpieniach młodego Wertera” Faktem jest, że przybywamy na ten świat nadzy i odchodzimy z niego, pozostawiając cały swój dorobek. Zatem jedyną cenną rzeczą, jaką możemy zabrać jest tylko doświadczenie. Niczego więcej, po tamtej stronie nam nie trzeba.

Wielu ezoteryków i mistyków dzieli dusze na stare i młode. Te pierwsze przeszły już wiele wcieleń i maja olbrzymi bagaż doświadczeń, te drugie niedawno opuściły źródło życia. Bóg jest bytem trudnym do ogarnięcia dla ludzkiego umysłu. Różne religie przypisują Istocie Najwyżej cechy, zgodne ze swoją doktryną i tradycją. Generalnie Bóg postrzegany jest, jako dawca życia w jego nieprzeliczonych formach (gatunkowych) i aspektach kosmicznych. Jest On nieskończonym źródłem, od którego oddzielają się cząstki energii –„wieczyste istności” zwane duszami. Może ich być, zatem bardzo wiele, a konkretna liczba zależy od woli Stwórcy. Oczywiście mistycy lub teolodzy przedstawiają ten proces bardzo różnie. Bez względu na użyte słowa sens pozostaje ten sam.

Mnie urzekła opowieść hebrajska o niebiańskim miejscu zwanym Zdrojem Dusz. Według słów proroka Joela, Królestwo Boże ma wiele komnat, a w jednej z nich mieszkają dusze. Kiedy dusza zstępuje z nieba, widzą ją tylko wróble i wtedy radośnie ćwierkają. Zgodnie z tradycją żydowską, Zdrój Dusz to izba, która znajduje się w Siódmym Niebie. Każda ludzka dusza właśnie stamtąd pochodzi. Mistyczne znaczenie Zdroju Dusz polega na podkreśleniu, że każdy człowiek jest unikalny i tak samo ważny w oczach Boga. Kiedy w ludzkich sercach zgaśnie nadzieja i upadnie wiara, zdrój opustoszeje. Bóg odmówi ludziom łaski życia. (Tak, życie to dar, a my bardzo często o tym zapominamy.) Narodzi się wtedy dziecko pozbawione boskiego tchnienia, a tym samym całkowicie niezdolne do życia. Nastąpi koniec świata, jaki znamy.

W wielu legendach, znanych na naszej planecie, dusza ludzką albo spływała na ziemię pod postacią ptaka, albo ptak zabierał ją do nieba. Często „nowym duszom” towarzyszyły skowronki lub jaskółki, a kruk odprowadzał je w zaświaty. Cóż, ptaki szybują w przestworzach, ale gniazda budują na ziemi. Można powiedzieć, że w symboliczny sposób łącza ze sobą to, co na dole z tym, co na górze.

Proszę zwrócić uwagę, że nazwa kolumbarium (budowla cmentarna pełniąca funkcję zbiorowego grobowca), pochodzi od łacińskiego słowa columba, czyli gołębica.

Jest nadzieja, że dopóki na ziemi żyją ludzie szlachetni, pełni wiary i miłości, Zdrój Dusz pozostanie pełny. Dzięki czemu powitamy na świecie nowonarodzonych, a i my będziemy mieli gdzie powrócić.

(Motyw Zdroju dusz został wykorzystany w filmie „Siódmy znak”. Mimo, że to produkcja hollywoodzka, a co za tym idzie obciążona pewnymi charakterystycznymi cechami, polecam ten film. Jego przesłanie jest bardzo czytelne i wartościowe)

Zapytałam Tadusza…

Należę do grona osób hołdujących teorii reinkarnacji. Wierzę, że w następnym wcieleniu zbiorę plon tego, co zasieję, czyli pozostawię po sobie w tym życiu. Tak rozumiem sprawiedliwość boską, nieomylną i prawdziwie niezawisłą. Przeczytałam kiedyś takie zdanie „ uważaj, co pozostawiasz za sobą – nic lepszego w przyszłości cię nie spotka„. Nie pamiętam, kto to powiedział. Czy był to wielki mędrzec czy osoba nieznana to bez znaczenia, po prostu miał rację.

Przyznam się, że parę razy patrząc na kalekie dzieci myślałam jakiż strasznych czynów musiały dopuścić się w poprzednim życiu, skoro w tym otrzymały tak trudną i bolesna lekcję. Oczywiście nie zmniejszało to mojej empatii, ot taka refleksja na temat zasad rządzących transmigracją.

Ostatnio rozmawiałam na ten temat z Tadeuszem i po raz kolejny przekonałam się jak wielka jest moja niewiedza, jak ciasne są granice mego poznania. Publikuję skrót jak zwykle z nadzieją, że przyda się komuś dla lepszego rozumienia.

-Chcesz o coś zapytać?

-Tak, jak okrutną zbrodnię trzeba popełnić, aby odrodzić się w całkowicie sparaliżowanym, bezwładnym ciele?

-Wiesz, myślałem, że pojęłaś już kwestię następstwa zdarzeń w kole karmicznym. Widzę, że nie do końca. Nie istnieje „kara za grzechy” w rozumieniu ludzkim. Kiedy działasz wbrew uniwersalnym prawom wszechświata, czyli popełniasz „grzech” cofasz swój własny postęp. O wiele bardziej krzywdzisz siebie niż innych. Konsekwencją, a nie karą jest powrót mający na celu poprawienie tego błędu. Jaki sens miałoby narodzenie w ciele bezwładnym, często o mocno ograniczonych możliwościach intelektualnych? Zaznanie bólu, rozpaczy, niemocy, poczucie straconego życia? Jaki błąd na własnej drodze rozwoju może naprawić osoba, która nie jest w stanie samodzielnie podnieść łyżki? Zastanów się, co czujesz patrząc na kalekie dziecko i na jego rodziców? Wobec dziecka odczuwasz litość, a rodzicom współczujesz?

-Masz rację tak właśnie jest.

-W moim pojęciu litość i współczucie to jednak nie to samo. Prawda jest taka, że wiele osób widząc upośledzone dziecko i jego często fizycznie i psychicznie wykończonych rodziców myśli – lepiej by było gdyby umarło i tak nic nie rozumie, nic z niego nie będzie. Współczują rodzicom, którzy muszą w szarej codzienności zmagać się z tym wyzwaniem. Ludzie widzą poświęcenie i miłość rodzica nie mając zielonego pojęcia, kto tak naprawdę jest tu kochającym bezwarunkowo. Dusze, które zdecydowały się narodzić w takim ciele podejmując tą heroiczną decyzję, stają w blasku miłości czystej, wręcz niepojętej. Zostają namaszczone, jako wyjątkowi mistrzowie duchowi. Przechodzą do tego wymiaru nie „za karę” tylko w darze. One swoją formą stwarzają możliwość odkupienia dla tych, którzy mają się nimi opiekować. Gotowi przyjąć ból fizyczny, cierpienia duchowe i wszystko to, co wiążę się z egzystencją pełną ograniczeń. Nie oszukujmy się życie w ciele fizycznym ma wiele zalet. Jest na swój sposób atrakcyjne. Pomyśl jak wielu wspaniałych chwil doświadczyłaś mając sprawne ciało fizyczne? Oni świadomie rezygnują z tego dla osób, które potrzebują podniesienia.

-Jestem wstrząśnięta. Nigdy o tym w ten sposób nie myślałam. Nie powiem w tej chwili, że do końca zrozumiałam twoje słowa. Na dzień dzisiejszy przekracza to moje wyobrażenie, moje pojmowanie.

-Rozumiem to nie jest łatwa prawda. Jednak zadałaś pytanie i otrzymałaś odpowiedź.

Leon Denis „Po co żyjemy ?”

Z wielka przyjemnością przeczytałam broszurkę,   „ Po co żyjemy” autorstwa Leona Denisa. Maleńka książeczka, która bez problemu zmieści się w damskiej torebce, jednocześnie zawierająca tak bogatą treść. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że Leon Denis jest mi bardzo bliski duchowo. Podzielam sposób, w jaki patrzy on na sens oraz istotę naszego życia i śmierci. Zwłaszcza idea wędrówki dusz jest mi szczególnie bliska.

 

„ Nieśmiertelność podobna do łańcucha bez granic, roztacza się przed każdym z nas w bezmiarze czasów. (..) Teraźniejszość jest wynikiem przeszłości i przygotowaniem przyszłości. Stopień po stopniu wchodzi człowiek i rośnie. Twórca swych własnych losów, dusza ludzka wolna i odpowiedzialna obiera sobie drogę.”

Serdecznie polecam Państwa uwadze.

Dziękuję kolegom z Oficyny Wydawniczej Rivail za możliwość zapoznania się z tą pozycją.