Bardzo poważna sprawa

Bardzo długo zastanawiałam się czy powinnam opisać ten konkretny przekaz duchowy. Nie angażuję się politycznie i nawet jeśli zdarzają mi się widzenia o przebiegu zdarzeń przyszłych lub byłych związane z tą sfera życia, pomijam je milczeniem. W tym wypadku postanowiłam uczynić wyjątek. Nie tylko ze względu na temat, ale i na osobę.

We śnie odwiedziła mnie Baba Vanga (Bułgarska prorokini i uzdrowicielka, żyła w latach 1911-1996).

Sen zaczął się przepięknie. Stałam na olbrzymiej łące. Po prawej stronie widać było wzgórza, po lewej rozciągał się gęsty las. Na skraju łąki leżał zwalony pień drzewa, przysiadła na nim staruszka. Przedstawiła się jako Baba Vanga i tak wywiązała się między nami dłuższa rozmowa. W pewnej chwili Vanga powiedziała: pokażę ci gdzie żyłam. Łąka zmieniła się w obrotową scenę na której rozgrywały się obrazy z kolejnych wcieleń Vangi. Była wieszczką Wikingów. Trwogę budził widok drobnej dziewczyny otoczonej postaciami tych groźnych wojowników. Stali spokojnie do momentu kiedy zaczęła mówić. Po kilku wypowiedzianych przez nią zdaniach rozgorzała zażarta kłótnia. Mężczyźni ucichli dopiero na widok starca, który skarcił ich i zabrał dziewczynę ze sobą. Przepowiadała przyszłość ludom zamieszkującym okolice Ślęży. Nie mam wątpliwości, że gościła na Śląskim Olimpie, ponieważ trudno pomylić Ślężę i Radunię z innymi górami. Przychodziły do niej tłumy po leczenie i wskazówki życiowe. Kochali ją i traktowali jak matkę. Zdumiewała Greków jako kapłanka Apolla w Delfach. Rusinów w czasach Piotra I-go. Wreszcie przypomniała swój ostatni żywot w Bułgarii. Wszystkie jej żywoty łączył jeden motyw. Vanga zawsze była osobą ociemniałą. Zapytałam ją czy kiedykolwiek widziała? Odpowiedziała, że za każdym razem traciła wzrok między dziesiątym a dwunastym rokiem życia. „Najpierw widziałam aby napatrzeć się na świat zastany. Później traciłam jedno widzenie aby otrzymać to drugie. Tak już jest. Trzeba przestać widzieć, to co błahe, żeby patrzeć dalej poza pojmowanie” Zapytałam skąd czerpała natchnienie? „Jeśli czegoś nie rozumiałam przychodzili ludzie z gwiazd. Oni wiedza wszystko. Czuwają nad nami i wysyłają mnie na ten świat jeśli jest taka potrzeba” Naturalnym było pytanie – kiedy narodzisz się ponownie? „Tym razem wrócę szybko. Jeszcze w tym roku 31.października.”

Vanga poprosiła mnie o skupienie „Patrz i wyciągaj wnioski. Milczenie nie zawsze jest złotem”. Piękna łąka zamieniła się w olbrzymich rozmiarów flagę ISIS . Jak Państwo wiecie flaga tej organizacji terrorystycznej jest czarna, u góry widnieje napis „Nie ma Boga nad Allaha, a Mahomet jest jego prorokiem.”, a po środku znajduje się tak zwana pieczęć Mahometa – białe koło z czarnym tekstem. Właśnie tą pieczęć wypaliło jasne światło, które popłynęło wprost z dłoni Vangi. Moim oczom ukazał się hologram (to chyba najbardziej obrazowe porównanie) przedstawiający przerażające zdarzenia. Kiedy zobaczyłam mężczyznę z zasłoniętą twarzą, który śmieje się jednocześnie obsługując gilotynę, moja percepcja zaczęła się buntować. Nie opiszę tutaj wszystkich okrucieństw, które widziałam. Dodam tylko, że na zakończenie kopuła bazyliki św. Piotra eksplodowała. Kiedy obrazy zniknęły, flaga wróciła do pierwotnego stanu. Nagle z lasu wyłoniło się kilka zwierząt, między innymi lew, niedźwiedź, wilk i jeleń. Od strony gór nadleciały orły – biały i czarny. Zdumiewające zestawienie. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że zwierzęta te prawdopodobnie symbolizują konkretne narody. Tak czy inaczej zwierzaki przy pomocy szponów, pazurów, kłów i kopyt rozprawiły się z flagą dosyć jednoznacznie.

Vanga obiecała, że jeszcze się odezwie, a ja mam nadzieję, że słowa dotrzyma.

 

Jak wspomniałam na wstępie wahałam się czy opublikować treść tej wizji. Nie gwarantuje bowiem bezstronności i neutralności wobec kluczowego zagadnienia.

Nie jest tajemnicą, że jestem przeciwna postępującej islamizacji Europy. Przeraża mnie bierność tak zwanych elit politycznych wobec tematu, która napiętrza się już nie z roku na rok, ale z dnia na dzień. Przeraża mnie również fakt, że głosem zwykłych obywateli (zmęczonych, rozgoryczonych i coraz bardziej przerażonych ekspansją islamu) stają się trybuni z ugrupowań o skrajnie narodowej lub wręcz faszystowskiej proweniencji. Gdzie podział się  zdrowy rozsądek? Czy w imię poprawności politycznej pozwolimy zdeptać dorobek demokratycznej Europy? Tu nie trzeba przelewać krwi, wystarczy zdrowa ekonomia i brak zgody na radykalne, aspołeczne zachowania.

Nie mam pewności czy Vanga pojawiła się dlatego, że moje myśli są zgodne z jej ostrzeżeniem, czy dlatego, że ktoś musi zacząć mówić nazywając rzeczy po imieniu. Tak czy inaczej nie mogłam zachować tego przekazu tylko dla siebie. Nie tym razem.

 

Światopogląd materialistyczny

Chciałabym dzisiaj przedstawić rozmowę sprzed kilku dni. Utkwiła mi ona w pamięci, ponieważ w obrazowy sposób pokazuje jak bardzo się od siebie różnimy i jak dalece te różnice kształtują nasze widzenie świata.

Moja rozmówczyni to kobieta około sześćdziesiątki, bardzo drobnej postury, niezwykle energiczna o ekspresyjnym sposobie bycia. Przy tym szalenie elegancka i zadbana. Zawodowo związana z projektowaniem budynków. Wykształcenie wyższe, studia inżynierskie. Rozmawiałyśmy wcześniej kilka razy. Zastanowiło mnie skąd u tak delikatnej fizycznie istoty tyle pragmatyzmu i surowej logiki myślenia. Staram się nie ulegać stereotypom, ale chyba każdy patrząc na ten klasyczny przykład „filigranowej urody”, zakłada, że raczej leży i pachnie, a jej myśli krążą wokół poezji, nie wyceny żelbetonu.

Ponieważ była ubrana na czarno, niemal odruchowo zapytałam, co się stało. Okazało się, że zmarł jej teść, z którym była silnie związana uczuciowo. Cała rodzina odczuwa tę stratę. Jej teść został umieszczony w szpitalu specjalizującym się w problemach neurologicznych. Znam ten szpital.

– „ To się stało tak nagle zabrali go do szpitala i od razu powiedzieli nam, że to udar mózgu. Mój mąż z tych nerwów dostał jakiegoś strasznego rozstroju żołądka. Pół nocy się męczył, a rano było niewiele lepiej. Postanowiłam, że sama pojadę na miejsce dowiedzieć się o stan zdrowia teścia. Wyjechałam wcześnie żeby zaraz po obchodzie rozmawiać z ordynatorem. Nie ma pani pojęcia, jaką idiotkę z siebie zrobiłam w tym szpitalu, aż mi wstyd się przyznać. Zaparkowałam samochód spory kawałek od wejścia, wszystkie miejsca bliżej były zajęte. Szłam dość wolno, bo wie pani tam wszędzie są te kocie łby i obcasy mi się zapadały w szpary między kamieniami. Nagle zobaczyłam mojego teścia stojącego na schodach przed budynkiem. Miał na sobie piżamę, którą mu wcześniej przywiozłam i machał do mnie ręką. Uśmiechał się i szczerze to wyglądał jakby mu nic nie było. Matko moja, zaczęłam biec. Myślałam, jak można dopuścić, aby człowiek w takim stanie wyszedł na zewnątrz budynku? Widziałam go wyraźnie. W pewnej chwili mało się nie przewróciłam, a obcas zablokował się na dobre. Na chwilę odwróciłam głowę, musiałam jakoś się uwolnić. Kiedy mi się to udało teścia już tam nie było. Wpadłam na oddział jak ostatnia wariatka. Zrobiłam karczemną awanturę pielęgniarkom za to, że nie pilnują pacjentów. Wreszcie jedna z nich powiedziała żebym się uspokoiła i usiadła. Zaczęła tłumaczyć, że coś musiało mi się przywidzieć. Obchód jest opóźniony i wszyscy pacjenci czekają w łóżkach. Nadmieniła, że na całym oddziale jest tylko kilku pacjentów, którzy są w stanie samodzielnie się poruszać. Zapytałam, czemu obchodu jeszcze nie było. Pielęgniarka powiedziała. Że najpierw stan jednego z pacjentów gwałtownie się pogorszył i został przeniesiony na salę intensywnej terapii. Później okazało się, że inny pacjent zmarł i to był właśnie mój teść. Stało się to około pół godziny przed moim „spektakularnym wejściem”. Nie zdążyły nawet zadzwonić. Nogi się pode mną ugięły. Zaczęłam je przepraszać za moje zachowanie. Powiedziały, że się nie gniewają, że to stres, zmęczenie i tak dalej. Nie mogę sobie wybaczyć, że z powodu jakiegoś przywidzenia zbeształam te kobiety. Jeszcze w życiu nie zrobiłam z siebie takiej idiotki.”

Przez myśl mi nie przeszło, żeby przedstawić mój punkt widzenia względem jej „przywidzenia”. Dane jej było piękne pożegnanie ze strony bliskiego człowieka, nie każdy tego  doświadcza. Jednak nie sądzę, aby takie argumenty trafiły do mojej rozmówczyni. Jej świat jest zamknięty w ścisłych ramach określonych paradygmatem nauki. Oczywiście pocieszyłam ją i zapewniłam, że pielęgniarki pracujące na tak ciężkich oddziałach nie raz doświadczają różnych, często bardzo emocjonalnych reakcji ze strony rodzin pacjentów. Jej „wyczyn” na pewno nie jest aż tak wyjątkowy jak się wydaje. Teść był już w podeszłym wieku i odszedł spokojnie, bez cierpienia i męki psychicznej. Ufam, że po tej rozmowie trochę kobiecie ulżyło.

Zastanawiam się jak wiele osób zupełnie obojętnie przechodzi obok cudownych rzeczy, które dzieją się w ich życiu? Zawsze, kiedy o tym myślę dochodzę do wniosku, że jednak wolę swoje „nawiedzenie” ( z wszystkimi tego stanu wadami i zaletami) niż owo przysłowiowe „racjonalne myślenie”, które moim zdaniem ogranicza i zamyka nas, utrzymując umysł w ryzach „szkiełka i oka”.

Rozmowa z Marzeną Gęsiarz ekspertem Feng Shui

Wywiad z Piotrem Grudą wzbudził duże zainteresowanie i spory odzew z Państwa strony. Bardzo mnie to cieszy i stanowi dodatkowy bodziec do zaprezentowania ciekawych, nietuzinkowych i, co najważniejsze posiadających olbrzymia wiedzę osób z kręgu wykładowców Instytutu Psychologii Stosowanej.

Za ilustrację dzisiejszej publikacji posłużyła mi okładka książki Pani Marzeny Gęsiarz „Feng Shui –sekret szczęścia, miłości i bogactwa” i właśnie autorka tejże znakomitej pozycji jest moją rozmówczynią.

Marzena Gęsiarz ukończyła Akademię Feng Shui we Wrocławiu. Na dzień dzisiejszy jest jej członkiem. W dowód uznania za wysoką, jakość i skuteczność wykonywanych ekspertyz otrzymała prestiżowy tytuł konsultanta roku 2005. Prowadzi szkolenia i wykłady związane ze sztuką Feng Shui nie tylko w IPS, ale na terenie całego kraju. Poza tym zajmuje się numerologią wg. Gladys Lobos, jest Mistrzynią Rejki, a także organizuje fantastyczne warsztaty malowania mandali.

Zajęcia z Marzenką wymagały wielkiego skupienia i wycisnęły z nas przysłowiowe” ostatnie poty”, ale atmosfera i wiedza przekazywana szczodrą ręką wynagradzały włożony wysiłek. Jest prawdą, że osobowość mistrza tworzy szkołę. Marzenka posiada taką właśnie silną i jednocześnie ciepłą osobowość.

Biuro Duchów: Marzenko, wiele znanych mi osób postrzega Feng Shui jedynie przez pryzmat artykułów, jakie od czasu do czasu ukazują się w prasie kobiecej. Co sądzisz na temat poziomu tej wiedzy?

Marzena Gęsiarz: Cena prasy kobiecej waha się w granicach 1,50- 3,00 złote i tyle mniej więcej jest warta wiedza na temat Feng Shui zawarta w tych artykułach. Temat ujmowany jest płytko i powierzchownie. W sposób urągający wielu podstawowym, fundamentalnym wręcz zasadom, którymi kieruje się ta sztuka. Dodajmy sztuka o tradycji sięgającej 3500 lat wstecz i to przy bardzo ostrożnych szacunkach.

BD: To, że przestrzeń oddziałuje na człowieka, jego zdrowie i samopoczucie jest dla mnie rzeczą oczywistą. Dowodzi tego również radiestezja oraz szeroko pojęte nauki przyrodnicze. Czy rzeczywiście wystrój wnętrza, aranżacja przestrzeni oraz przedmioty, które ustawiamy w różnych miejscach mają na nas tak ogromny wpływ?

MG: Kolosalny. Nasze mieszkanie, dom tudzież otoczenie, w jakim pracujemy, wywiera na nas wpływ od najmniejszej ozdóbki po ogólny projekt. Przypomnij sobie, co mówiłam na zajęciach: Rozejrzyj się wokół siebie i uświadom sobie, że to, co widzisz jest odbiciem twojego wnętrza. Jeśli, na co dzień otacza nas bałagan, szafy i piwnice są nabite po brzegi starymi, niepotrzebnymi przedmiotami czy wreszcie wazony pełne zasuszonych, martwych roślin to jak w takim otoczeniu dynamiczna część naszej natury ma się uaktywnić? Psychika odbiera przekaz o chaosie i destrukcji, gdzie tu miejsce na nowe i lepsze w naszym życiu?

BD: To prawda po zajęciach z Tobą zrobiłam kapitalne porządki w szafach i ulżyło mi. Być może są osoby posiadający tak ogromny potencjał, że nawet nieustanny nieład ich nie zatrzyma. Jednak dla większości ludzi uporządkowanie przestrzeni może być impulsem do porządkowania własnego życia.

MG: Dokładnie o to chodzi.  Wiele praktycznych porad znalazło się w mojej książce. Sporo możemy zrobić sami, jeśli uświadomimy sobie, że każda wartościowa zmiana, która przynosi długofalowe skutki zaczyna się od pracy u podstaw. Są elementy tej układanki, których nie przeskoczymy( na przykład bryła mieszkania).Możemy jednak z powodzeniem niwelować negatywne oddziaływania i wprowadzać zupełnie nową, jakość w nasze życie.

BD: Ze względu na charakter i tematykę poruszaną na blogu, nie obejdzie się bez pytania o stosunek Chińczyków do duszy, śmierci i rytuałów pogrzebowych. Czy występują jakieś specyficzne zachowania?

MG: Pierwsza różnica, jaka przychodzi mi do głowy to kolor symbolizujący żałobę. W tym kręgu kulturowym żałobnicy ubierają się na biało. Ewentualnie owijają głowy materiałem w tym kolorze. Zdarza się, że również drzwi domu, w którym panuje żałoba oznacza się białym kartonem. Nie składa się również kondolencji rodzinie zmarłego. Szacunek okazywany jest przez trzykrotny ukłon przed trumną lub zdjęciem zmarłej osoby. Rodzinie ofiarowuje się pieniądze. Wiadomo, że w dużych metropoliach pewne zwyczaje zanikły lub mają miejsce, ale w skromniejszym wydaniu.

BD: Kremacja powoli staje się koniecznością. Pochówek w ziemi jest coraz droższy i zwyczajnie brakuje miejsca. Zawsze tak jest, że popyt na towar luksusowy ( w tym wypadku miejsce na cmentarzu) powoduje wzrost ceny . Znajoma, która często jeździ do Chin mówiła, że za ceremonię na cmentarzu z trumną i miejscem spoczynku ludzie płacą astronomiczne kwoty. Dlatego pochówek do ziemi odbywa się tylko na wsi lub terenach mniej zaludnionych.

MG: Przykre to, ale prawdziwe. Wszystko zostało skomercjalizowane.

BD: Z tego, co wiem Chińczycy wierzą, że śmierć oznacza początek wędrówki przez dziesięć trybunałów piekła. Tylko dusza osoby wybitnie zasłużonej wędrowała złotym mostem bezpośrednio do dziesiątego trybunału, gdzie inkarnowała, lub szła po kolejnym, srebrnym moście do raju. Czytałam też opowieść, która tłumaczyła zwyczaj rozbijania miski, przed rozpoczęciem ceremonii pogrzebowej. Według legendy u wejścia do krainy śmierci stała stara kobieta, która oferowała duszom zupę, czy jakiś napój. Kto się skusił odbierał sobie możliwość następnego wcielenia? Ta stłuczona miska miała symbolicznie zabezpieczyć duszę przed taką pokusą. W Chinach (mimo rewolucji kulturowej i rządów komunistów) obchodzi się święto zbliżone do Zaduszek, jest to Dzień Czystej Jasności (Pure Brghtness Day) . Wypada wiosną i wiąże się z odwiedzaniem cmentarzy, na których urządza się coś na kształt pikniku z jedzeniem, a czasem i innymi używkami. No i tu rodzi się pytanie: skoro Chińczycy wierzą w życie pozagrobowe to czy obawiają się niepożądanych gości, nawiedzeń?

MG: Oczywiście. Potwierdza to chociażby zwyczaj puszczania fajerwerków, miały one za zadanie odstraszać złe duchy. W domach zabudowuje się wysokie progi z intencją zatrzymania duchów. Swoje zastosowanie znajdują też mury okalające dom i parawany osłaniające wejście. Tutaj stosuje się odpowiednią kolorystykę i symbolikę. Osobiście uważam, że to strach i gniew, które są przecież zewnętrznym przejawem braku harmonii, otwierają nas na złe energie i nieżyczliwe byty. Z tego powodu można powiedzieć, że Feng Shui przewiduje taką ochronę we wszystkich aspektach życia.

BD: Serdecznie dziękuję za poświęcony czas i rozmowę.

Kontakt do Pani Marzeny: www.marzenagesiarz.info

 

Dylematy moralne

Rozmawiałam niedawno z pewną panią. Znamy się z widzenia, pani Maria jest osobą niezwykle pogodną, więc kiedy zobaczyłam ją smutną i zadumaną, nie mogłam przejść obojętnie i nie zapytać, co jest tego powodem. Powiedziała, że ma ciężko chorą kuzynkę. Jej krewna zmaga się z jedną z tych dolegliwości, które postępują wolno, ale ich skutki są nieodwracalne. Z upływem czasu kuzynka będzie wymagała coraz szerszego zakresu opieki. Jej jedyna córka wstąpiła do zakonu i kończy okres nowicjatu. Zakon o regule klauzurowej, co oznacza, że po złożeniu ślubów wieczystych nie opuści murów zgromadzenia do końca żywota swego. Nie na darmo w dawnych czasach mniszki klauzurowe po ślubowaniu przykrywane były czarnym całunem, co miało symbolizować ich śmierć dla świata. Pani Maria wraz z jeszcze jedna krewna pojechały do dziewczyny, aby prosić ją o ponowne, dogłębne przemyślenie tej decyzji. Przedstawiły jej diagnozę lekarską, rokowania i przebieg choroby. Mimo, że bardzo obrazowo opisały mało optymistyczny scenariusz życia jej matki, dziewczyna nie zmieniła zdania. Postanowiła pozostać w zgromadzeniu, a matką niech zajmą się dobrzy ludzie, za których ona się pomodli. Pani Maria jest osobą wierzącą i w związku z zaistniałą sytuacją przeżywa głęboki konflikt wewnętrzny. Z jednej strony wierzy w tak zwane powołanie, z drugiej zastanawia się jak decyzja córki ma się do „Czcij ojca swego i matkę swoją „ o miłości bliźniego nie wspominając. Ja także mam spore wątpliwości natury moralnej a propos tej sprawy. Nie osądzam jednak tej dziewczyny, bo nie mam prawa tego robić. Koniec końców każdy z nas ponosi sam konsekwencje każdego uczynku i każdej decyzji.

W związku z zakonnicami i dylematem moralnym opisze pewną historię, której bohaterka również wiodła życie zakonne. Jak się okazało po opuszczeniu ciała pozostała tutaj w niezmienionym stanie umysłu.

Zwiedzałam malowniczy zameczek, w którym zorganizowano wystawę ikon. W pobliżu znajdował się fragment zabytkowego muru i park. Nieopodal muru zauważyłam postać zakonnicy. Na podstawie zachowania osób, które obok niej przeszły nabrałam pewności, że jakby to ująć, nie jest widoczna dla wszystkich. Kiedy i ona zorientowała się, że patrzę bezpośrednio na nią najpierw zniknęła. Pokazała się ponownie w nieco bardziej ustronnym miejscu. Powiedziała żebym wzięła kamyk z parkowej alejki. Wydało mi się to trochę dziwne, niebawem zrozumiałam, że szukała sposobu, aby się skontaktować. Kamyk po prostu wskazywał trop energetyczny.

Mówiąc krótko, była to kolejna ofiara przerażającej i okrutnej II Wojny Światowej. Razem z pozostałymi siostrami zajmowała się ukrywaniem dzieci z getta. Siostry oprócz doraźnej pomocy potrzebującym prowadziły sierociniec. Ta działalność pozwalała na przetrzymanie dziecka do momentu zapewnienia mu stałej, bezpiecznej kryjówki. Siostry wiedziały, czym ryzykują, zauważyły też wzmożone zainteresowanie ze strony pewnego pana, który znany był ze swojej szczerej i interesownej sympatii dla okupanta. Pewnego wieczoru moja rozmówczyni wyszła po zieleninę do ogrodu. Ogród znajdował się na tyłach budynku, a od ulicy odgradzał zgromadzenie wysoki płot. W pewnej chwili zauważyła przemykający cień. Zdecydowanie była to męska sylwetka. Skradała się za owym fantomem najciszej jak umiała. Wreszcie go odkryła. Szpicel klęczał przy okienku piwnicznym i podsłuchiwał rozmowę prowadzoną w tym pomieszczeniu. Niestety jedna z sióstr miała bardzo donośny głos. Był to cenny dar w sferze wokalnej, ale nie w życiu codziennym konspiratorek. Wyobraziła sobie, co czeka dzieci, ją, pozostałe siostry i osoby współpracujące, kiedy mężczyzna zrobi użytek ze świeżo pozyskanych informacji. To, że je zadenuncjuje było pewne i stanowiło jedynie kwestię czasu. W desperacji zdała sobie sprawę, że trzyma w ręku małą łopatę, tak zwana saperkę. Nie namyślając się podeszła jeszcze bliżej. Mężczyzna był tak zaaferowany treścią rozmowy, że nie zauważył kiedy podeszła. Uderzyła raz. Nie wiedziała, że ktoś taki jak ona, czyli drobna kobieta może mieć tyle siły. Była pewna, że ogłuszyła konfidenta. Pobiegła do swojej przełożonej. Opowiedziała, co zaszło i poprosiła o pomoc. Razem udały się do ogrodu. Szpicel leżał bez ruchu. Nie miała odwagi go dotknąć. Przełożona obróciła ciało i oświetliła twarz latarką. Mężczyzna był martwy. Przełożona nie rozpaczała, za jedyny problem uznała kwestię pozbycia się zwłok. Następnego dnia ludzie, z którymi siostry współdziałały wywieźli ciało i zakopali je w lesie.

Przełożona kazała wszystkim siostrom modlić się za duszę zmarłego.

Nie rozumiałam, czemu ta szlachetna, oddana dzieciom osoba nie przeszłą do światła tylko tuła się między wymiarami. Otrzymałam odpowiedzieć, która muszę przyznać, bardzo mnie zaskoczyła.

– Jestem tu, bo nie czuję żalu. Popełniłam grzech ciężki i nie potrafię wzbudzić w sobie skruchy. Jest napisane Nie zabijaj- zabiłam. Jeśli kogoś opłakuję to tylko niewinnych, których nie udało się uratować. Nie potrafię myśleć o tamtym człowieku jak o swoim bliźnim. Szukam odpowiedzi na wiele pytań –

 

W tak wielu kolorach …

Miałam bardzo ciekawego rozmówcę, którego zwyczajowo przywiódł do mnie Tadeusz. Jak już wspominałam swoiste pośrednictwo Tadeusza jest dla mnie sprawą kluczową, ponieważ wiem, że mogę czuć się bezpiecznie, a osoba rozmówcy jest tą, za którą się podaje. Niedawno zadałam Tadeuszowi kilka pytań, a konwersacja z Karolem, bo tak nazywa się mój ostatni gość, potwierdziła jedynie wcześniej uzyskane odpowiedzi.

Znalazłam się przed budynkiem, którego architektura najbardziej kojarzy mi się z klasztorem. Nieopodal mnie pojawił się młody mężczyzna. Ubrany był w mundur przedwojennego policjanta. Średniego wzrostu, sylwetka raczej szczupła, przyjemna twarz, jednym słowem prezencja nienaganna. Powiedział, że ma na imię Karol. Wskazał ręką na budynek i oznajmił: tu wszystko się zaczęło.

Ponieważ kompletnie nie wiedziałam gdzie się znajdujemy, a jedyną podpowiedzią była charakterystyczna architektura budynku zapytałam- czy ciebie zabili Sowieci?

– Tak, zamordowali mnie w Twerze. Służyłem w Policji i pokazuję się tobie w mundurze, bo jestem z tego dumny. Dumny z tego, kim byłem.

Przywieźli nas do tego klasztoru i nie mogę powiedzieć warunki były trudne, ale nie tragiczne. Po pewnym czasie zaczął mi doskwierać głód. Zawsze sporo jadłem, miałem taką dziwną przemianę materii, że ile bym nie zjadł to nie tyłem. Na dzień przed moją wywózką, razem z kolegą zwędziliśmy z zapasów żołdaków, którzy nas pilnowali tuszonkę i chleb. To była uczta! Kolega był trochę wystraszony, a ja powiedziałem wtedy coś bardzo głupiego -wolę umrzeć syty niż siedzieć tu wiecznie głodny. Chyba moje słowa padły w złą godzinę. W tym czasie wywieziono już wiele osób. Rosjanie mówili, że przenoszą ich do miejsca gdzie będą mieli zapewnione lepsze warunki. Nam już nic takiego nie obiecywali. Kazali zabrać rzeczy osobiste i wsiadać do ciężarówek. Trafiliśmy na stację kolejową, a potem znowu do ciężarówek. Bardzo się bałem. Na miejscu sprowadzili nas do piwnic. Straciłem nadzieję. Był tam taki mały pokój, a potem nic nie pamiętam.

Nagle zobaczyłem, że stoję nad wielkim dołem i z przerażeniem stwierdziłem, że jednocześnie leżę w tym dole. Nie miałem pojęcia, co się ze mną dzieje. Myślałem, że to szok, że tam w dole to nie moje ciało. Obok mnie przeszedł jeden taki z NKWD. Zdałem sobie sprawę, że mnie nie widzi. Dookoła krążyły różne niepokojące, ciemne kształty. Instynkt podpowiedział mi, że one są złe. W pewnym momencie stała się rzecz dziwna. Z tego dołu zaczęły unosić się kolorowe obłoki, albo raczej smugi światła. Z minuty na minutę było ich coraz więcej. Splatały się i unosiły w górę. Wyglądało to jak kolorowy dziecięcy lizak. Wiem, że to trochę głupio brzmi, ale takie było moje pierwsze skojarzenie. Czułem, że mogę do nich dołączyć, ale byłem zbyt zdumiony i zajęty obserwacją tego zjawiska, aby podjąć jakąś decyzję. Wreszcie kolorowe światła znikły. Zostałem sam. Docierało do mnie, w jakim położeniu jestem. Widziałem kolejne transporty. Nie mogłem nic zrobić. Ta bezsilność bolała. Po jakimś czasie, jeśli można to tak ująć, dołączył do mnie kolega. On też nie rozumiał, że jesteśmy jedynie duchami. We dwóch było jakoś lepiej. Mój kolega miał na imię Stanisław. Jednego dnia powiedział, że najbardziej na świecie chciałby zobaczyć swojego synka. Wtedy tak jakby coś nami szarpnęło i znaleźliśmy się w jego mieszkaniu. To dało nam do myślenia. Po pewnym czasie przenieśliśmy się do tego klasztoru, gdzie nas przetrzymywali. Niestety nikogo tam już nie było, to znaczy nikogo z naszych kolegów. Spotkaliśmy zakonnika, widział nas, więc też już do świata żywych nie należał. Modlił się pod ścianą, na której pozostał ślad po wielkim krzyżu. Zapytaliśmy go, za kogo tak się modli? Odpowiedział, że za swoich rodaków, którzy dopuścili się strasznych zbrodni. Zauważyliśmy, że te ciemnie postaci przed nim uciekają. Zapytany wyjaśnił, że to duchowa moc je odgania i niszczy. Nauczył nas, abyśmy broniąc się przed nimi, kierowali myśli do Boga lub przywoływali pamięć o kimś, kogo kochamy, albo wspomnienia pięknych chwil. Prosił nas o wybaczenie dla oprawców. Powiedziałem, że wybaczać mogę tylko w imieniu własnym. Staszek tak samo przebaczył im swoją krzywdę. Kiedy odpuściliśmy im, poczułem ulgę. Takiego stanu uniesienia nie pojmowałem.

Zapytałam gdzie jest teraz Stanisław?

Odpowiedział, że już odszedł. Był zmęczony walką z ciemnymi postaciami, którym obaj wytoczyli duchową wojnę. Karol też chce odejść, tylko czeka na brata. Nie zostawi go, teraz ciężko chorego właściwie w stanie terminalnym. We dwóch zawsze raźniej.

Karol bardzo mnie wzruszył. Obiecał, że przyjdzie się pożegnać. Mam nadzieję, że słowa dotrzyma.