Rozmyślania przed Świętem Zmarłych

 

 

 

Cytowany poniżej list porusza wiele problemów naszych czasów i być może zainspiruje kogoś do przewartościowania pewnych aspektów życia.

„Pani bloga podczytuję od kilku miesięcy. Bardzo poruszył mnie ten ostatni wpis o samobójcach i dlatego, mimo wielu zajęć, postanowiłem opisać swoją historię.

Urodziłem się i mieszkałem w Warszawie. Jesteśmy jak to się teraz mówi „słoikami”- moi rodzice pochodzili z małych miejscowości i po prostu przyjechali tam na studia. Zawsze byłem bystry, bez problemu skończyłem dwa kierunki i w dobie transformacji ustrojowej rozpocząłem pracę w korporacji. Szybko pojąłem zasady gry i stopnie awansu zaliczałem w biegu. Ożeniłem się i kupiłem eleganckie mieszkanie. Było mnie stać na wszystko. Minęło kilka kolejnych lat i to ja rozdawałem awanse. Władza to jednak silny narkotyk. Pierwsze opamiętanie przyszło kiedy zostawiła mnie żona. Byłem wściekły, bo odeszła ze swoim licealnym kolegą, nauczycielem angielskiego. Wtedy uważałem, że zostawiła mnie dla frajera, który zarabia grosze. Wszystko mierzyłem w pieniądzach.

Pocieszałem się w ramionach wielu kobiet. W korporacji łatwo o seks zwłaszcza jak jest się szefem. W wyniku różnych zawirowań i zmian w polityce firmy, dowiedziałem się, że nie przedłużą ze mną kontraktu. Świat mi się zawalił. Próbowałem walczyć i szukać pracy gdzie indziej, ale proponowane oferty wydawały się poniżej mojej godności. Wylądowałem u psychiatry. Nie będę się rozpisywał dość, że dotarło do mnie, że zmarnowałem małżeństwo, zdeptałem wiele osób w drodze na szczyt i de facto to ja jestem frajerem. Postanowiłem się zabić. Miałem mnóstwo prochów więc wydawało się to bardzo proste. Zaplanowałem  to tak, że najpierw obejrzę film, który bardzo lubiłem oglądać z żoną, a po seansie odejdę do lepszego świata.

Wie Pani długo się zastanawiałem, rozważałem za i przeciw, ale dochodzę do wniosku, że jednak jest jakaś siła, która nad nami czuwa. Proszę sobie wyobrazić, że ja w trakcie oglądania filmu zasnąłem. Po prostu nagle zrobiłem się strasznie słaby. Śnił mi się mój pradziadek, który był stolarzem. Znałem go tylko z opowieści i raz w życiu widziałem jego warsztat (zanim moi rodzice sprzedali jego dom). Byłem z nim w tym warsztacie i on powiedział do mnie „Twoja praca była nic nie warta, obracałeś nieistniejącymi pieniędzmi i dla tego twoje życie jest jakie jest. Weź się za konkretną robotę to wszystko się zmieni. Zobacz ten stół przetrwa pokolenia. To jest coś konkretnego.”

Następnego dnia kolejny szczególny „przypadek”: wyszedłem wieczorem po papierosy i spotkałem córkę sąsiadów, chodziła z pieskiem i płakała. Zapytałem ją, co się stało. Powiedziała, że rodziców nie ma, a jej opiekunka nie potrafi zrobić modelu studni i ona znowu jako jedyna w klasie nie będzie miała zadanej pracy. Pod wpływem impulsu obiecałem, że jej ten model zrobię. Pojechałem do sklepu, kupiłem parę rzeczy i studzienka wyszła jak ta lala. Kiedy to dziecko z radości zarzuciło mi ręce na szyje, dosłownie kolana mi zmiękły. Złapałem za telefon i zadzwoniłem do mojej mamy. Była zaskoczona bo do tej pory pamiętałem o niej tylko od święta. Powiedziałem: Mamo pojedź ze mną w swoje rodzinne strony, nie pytaj o nic tylko jedź. Mama na to – jedziemy! Pojechaliśmy dwa dni później. Oczywiście miał miejsce kolejny ”przypadek”. Mój nowy samochód odmówił posłuszeństwa. Rogatki miasteczka, a tu taka sprawa. „Przypadkiem” przejeżdżał tamtędy właściciel warsztatu samochodowego (obecnie mój szwagier), który odholował nas do siebie. Kiedy on oglądał samochód moja mama poszła na spacer. Po kilkunastu minutach wpadła zdyszana do warsztatu – synu nie uwierzysz tam na sklepie wisi ogłoszenie, dom po dziadkach jest na sprzedaż. Scena z mojego snu oraz całe moje życie stanęły mi przed oczami. Samochód odpalił. Mechanik nie chciał pieniędzy, bo jak powiedział, auto po prostu ruszyło. Dalej historia potoczyła się jak w telenoweli. Kupiłem ten dom wraz z przyległościami, poznałem moją żonę i dziś jestem właścicielem firmy, którą mam nadzieją przejmą moje dzieci, a mam ich troje, syna plus bliźniaczki. Czasami myślę, co by było gdybym wtedy nie zasnął. Odganiam te myśli bo nie są miłe”.

Nie każda historia kończy się tak dobrze jak wyżej opisana. Ludzie popełniają samobójstwa z przyczyn ekonomicznych i to jest bodaj największa tragedia wśród wszystkich samounicestwień. Presja ekonomiczna dotyczy zwłaszcza mężczyzn, na których zwyczajowo spoczywa utrzymanie rodziny. Zmiana statusu finansowego, degradacja zawodowa i brak perspektyw to ekstremalne wyzwanie dla każdej osoby, bez względu na wiek. Wiele istnień gaśnie z powodu decyzji wszechwładnych urzędników i sędziów, którzy wydając kuriozalne wyroki pozostają bezkarni. Wszechobecna obojętność i egoizm dopełniają czarę goryczy.

Mam nadzieję, że to się zmieni i ludzie zyskają nową, wrażliwszą świadomość. Żyjemy wszak w dobie wielkich zmian tak globalnych jak i społecznych. Na naszych oczach dzieją się rzeczy, które jeszcze dziesięć lat temu uznalibyśmy za niemożliwe.

Tymczasem przy okazji zbliżającego się Święta Zmarłych może warto pokusić się o refleksje i zastanowić nad losami przodków. Przecież to nie byli mitologiczni tytani, tylko ludzie tacy jak my. Jakim więc cudem przetrwali zabory, wojny, zesłanie, obozy koncentracyjne i wracali znajdując w sobie dość determinacji aby odbudować dom, rozwijać się i dać życie następnym pokoleniom? Skąd brali siłę aby mimo tak wielkich przeciwności iść dalej? Ileż kobiet zostało wdowami i wychowało samotnie kilkoro dzieci? Czy przetrwały tylko dzięki heroicznej mocy macierzyństwa?

A może to my chcemy zbyt wiele, ponieważ wmawia się nam, że „musimy mieć”? Czy w oczekiwaniu na spektakularne sukcesy nie pomijamy małych radości ?

Uważam, że zawsze warto wracać do korzeni i tam szukać zrozumienia życia i samych siebie.

Życzę Państwu aby ten szczególny czas pozwolił na refleksję tak osobistą jak i w gronie rodzinnym. Kierowcom wybierającym się w długą trasę życzę bezpiecznej podróży.

 

Obraz autorstwa Pani Krystyny Siejki

Samobójstwo – wielkie brzemię dla całej rodziny

 

Zamiast wstępu list od Czytelniczki :

 

„Czytałam z ogromnym zainteresowaniem Pani wpisy dotyczące samobójstwa. Mój brat otruł się dwa lata temu. Nie potrafię zrozumieć dlaczego to zrobił. Rodzice zawsze o nas dbali. Nie mam na myśli tylko strony finansowej. Kochali nas, poświęcali nam mnóstwo czasu i uwagi. Mój brat poszedł na studia i mam wrażenie, że jego psychika właśnie tam zaczęła szwankować. Wybrał trudny kierunek i to go przerosło. W trakcie studiów poznał dziewczynę, która była od niego dwa lata starsza. Zrobiła dyplom i wyjechała do Anglii, miała tam szykować dla nich gniazdko. Po roku zerwała z moim bratem. Wtedy poddał się całkowicie. Rodzice walczyli o niego, a to psychoterapia, a to prywatnie psychiatra , leki itp. Na nic nie żałowali pieniędzy. Ja również robiłam, co mogłam aby ułatwić mu powrót do normalności. Stało się inaczej. Kilka miesięcy po jego śmierci tata dostał udaru i jest częściowo sparaliżowany. Kolejny dramat, do którego –jestem pewna- przyczynił się mój brat. W tej chwili przeszłam na studia zaoczne żeby opiekować się tatą. Mama postarzała się w ciągu roku chyba o dwadzieścia lat. Boję się o nią. Nie potrafię wybaczyć bratu tego, co zrobił. Oprócz zabicia siebie zniszczył całą rodzinę. Nie wiem jak żyć z tym ciężarem przez resztę moich dni. Wszyscy użalają się tylko nad samobójcą, a my ? Kto zrozumie jaki ból przeżywa rodzina? Mam narzeczonego, którego bardzo kocham. Niedawno, przez osoby trzecie, dowiedziałam się, że jego babcia powiedziała „Jej brat się zabił to i ona może być słaba psychicznie. Lepiej byłoby żeby się rozstali bo na ciężkie czasy do małżeństwa trzeba dwojga mocnych. Jeszcze po szpitalach psychiatrycznych będzie z nią jeździł”. Wyobraża Pani sobie moją reakcję ? W domu rodzice też ciągle wracają do tematu i rozważają czy aby na pewno zrobili wszystko, co trzeba żeby uratować syna. Jest mi bardzo ciężko„

Samobójstwo jest dla rodziny chyba najgorszym z możliwych przeżyć, ponieważ bliscy zmarłego doświadczają nie tylko cierpienia wspólnego dla wszystkich osób w żałobie. Dodatkowo muszą zmierzyć się z poczuciem winy, z własną złością i bezsilnością, a bywa , że i ze wstydem, który w mniemaniu wielu wiąże się z taką śmiercią. Rodziny samobójców do końca życia zadawać sobie będą pytania, na które nigdy nie znajdą odpowiedzi.

Na pewno inaczej jest w dużych miastach, ale na prowincji czy na wsi ludzie wystawieni pod pręgierz, który z lubością obsługują lokalne plotkary, czują się napiętnowani. Żyją ze świadomością, że są obserwowani i oceniani. Wszak skoro jeden „był w rodzinie psychiczny” to i reszta może lada dzień pójść w jego ślady. Znam przypadek , gdzie mieszkaniec małej mieściny zrobił awanturę o lokalizację pochówku swojej matki. Ksiądz zaproponował mu pierwsze wolne miejsce, a on odmówił „bo jego matka była religijna i koło samobójcy na pewno nie zazna spokoju”. Dobrze, że przynajmniej bezduszny zwyczaj chowania samobójców poza obrębem cmentarza, odszedł już do lamusa historii.

Często kiedy taka tragedia dotyka naszych krewnych czy znajomych nie wiemy jak się zachować. Współczujemy i chcielibyśmy pomóc, ale słowa pociechy „ będzie dobrze”, „czas leczy rany”, „wszystko się ułoży”, wydają się zbyt płytkie i banalne w stosunku do rozmiaru tragedii. Moim skromnym zdaniem warto poczekać (oczywiście nie mam tu na myśli pomocy doraźnej w praktycznej sferze życia) na sygnał, na jakąkolwiek oznakę gotowości do rozmowy. Co powiedzieć ? Przypomniało mi się takie mądre zdanie, że prawdziwa rozmowa polega przede wszystkim na słuchaniu. Bywa, że osoba w żałobie potrzebuje głównie kogoś przed kim może się wypłakać i wyżalić. Wyrzucić z siebie nabrzmiałe emocje, oczyścić umysł i w ten sposób wrócić do równowagi. Nie jesteśmy kompetentnymi psychologami. Jednak w takich sytuacjach myślenie z poziomu energii serca w zupełności wystarcza. Wtedy bez skrępowania można powiedzieć „nie jestem w stanie do końca zrozumieć, co czujesz ponieważ nie jestem tobą, ale wiedz, że szanuję twój ból, że możesz na mnie liczyć”

Jeśli ten wpis czytają osoby, które utraciły kogoś bliskiego w takich właśnie okolicznościach to proszę aby się nie zadręczały. Nie możemy nikogo zmusić aby chciał żyć , tak jak nie możemy zmusić nikogo żeby z nami pozostał. Trzeba wrócić do „tu i teraz” ponieważ nie jesteście w stanie zmienić przeszłości. W tym miejscu i czasie czekają na was inne osoby, które kochają i tęsknią za waszą prawdziwą obecnością w ich życiu. Czas wrócić z krainy żałoby! Nie żyjecie jedynie dla siebie samych. Nie warto rozpamiętywać przeszłości odbierając sobie cząstkę teraźniejszości. Długotrwałe pielęgnowanie własnej żałoby zawsze odbywa się kosztem pozostałych członków rodziny. Zapytam wprost: jak myślisz, co czuje Twoja wnuczka kiedy krzyczysz na nią bo dotknęła rzeczy zmarłego wujka? jak czuje się Twój syn kiedy wchodząc do mieszkania wszędzie widzi zdjęcia zmarłej siostry i ani jednego własnego? Co myślą twoje córki zajmujące jeden ciasny pokoik ponieważ Ty nie pozwalasz im zająć pustego pokoju po ich zmarłym bracie mówiąc, że nie jesteś na to gotowa ?

Nie da się jednym dzieckiem zastąpić drugiego. To tak nie działa i jestem tego świadoma. Niemniej wprowadzanie atmosfery w której druga osoba czuje się nieomalże winna temu, że żyje, jest niedopuszczalne i bezsensowne.

Wybaczcie osobie, która odeszła i wspominajcie ją dobrze. Wybaczcie sobie wszystkie prawdziwe i urojone przewinienia dla dobra własnego i pozostałych członków rodziny. Życzę wszystkim spokoju i miłości.

Obraz autorstwa Pani Krystyny Siejki

Samobójstwo – krzyk rozpaczy

W korespondencji od Państwa często przewija się temat samobójczej śmierci bliskiej osoby. Przez wieki Kościół katolicki traktował ten czyn jako grzech śmiertelny, a żeby jeszcze bardziej podkreślić jego wagę, ludzi którzy targnęli się na swoje życie chowano poza terenem cmentarza, często koło śmietnika lub przy samym murze cmentarnym. Pochówek w niepoświęconej ziemi, jako rodzaj wykluczenia ze wspólnoty miał odstraszać inne osoby przed zamachem na własne życie. Na dzień dzisiejszy KK przyjmuje, że samobójstwo jest wynikiem choroby psychicznej i samo w sobie nie stanowi aktu odrzucenia Boga. Mimo to osoby wierzące obawiają się o dusze swoich bliskich, co widać nawet na podstawie lektury Państwa listów.

„Siostra mojej mamy była w czasie II Wojny Światowej łączniczką AK. Wykonywała bardzo niebezpieczną konspiracyjną robotę. Jak sama mówiła nie bała się śmierci tylko tortur. Była mało odporna na ból i obawiała się, że kogoś wyda, że zdradzi ważne informacje. Jakimś sposobem weszła w posiadanie kapsułki z cyjankiem potasu. Użyła trucizny kiedy Gestapo otoczyło jej dom, a wcześniej podpaliła jedno z pomieszczeń ( prawdopodobnie niszcząc w ten sposób jakieś dokumenty). Moja Mama często modliła się za siostrę, za odkupienie jej duszy. Wszyscy, nawet ksiądz, tłumaczyli jej, że nie ma racji, że ciocia na pewno poszła do nieba, ale mama mówiła ”samobójstwo to samobójstwo”. Ja myślę, że to była niewinna śmierć, ale czasami przypominają mi się słowa Mamy i nachodzą mnie wątpliwości.”

Inny mail :

„Mój brat powiesił się w Nowy Rok. Podejrzewamy, że to te leki zrobiły i najpierw była euforia, a później jeszcze gorzej . Babcia płacze, że brat nie pójdzie do nieba. Zamawia msze i modli się bez końca.”

Moim skromnym zdaniem, nikt nie odbiera sobie życia dla zabawy. Za każdym samobójstwem stoi niewyobrażalna rozpacz i dramat konkretnego człowieka. Pozostaje pytanie przed czym samobójca ucieka? Zapewne przed czymś, co wydaje mu się straszniejsze od śmierci. W pierwszym z opisanych przypadków sprawa jest oczywista. Kobieta odebrała sobie życie ze strachu przed torturami Gestapo. Był to czyn heroiczny, poświęcenie własnego życia dla ratowania towarzyszy walki, dla sprawy ważniejszej niż życie jednego człowieka. Absolutnie nie rozumiem wątpliwości niektórych członków rodziny, wszak „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich.”

Samobójstwo pod wpływem antydepresantów to klęska współczesnej farmakologii i medycyny. Kolejne pozorne wsparcie, lek, który przez pewien czas maskuje chorobę, żeby w ostatecznym rozrachunku nasilić jej objawy. Gdyby ktoś pod wpływem tych leków zamiast zabić siebie, zgładziłby kogoś innego? Przypuszczam, że nie poniósłby z tego tytułu odpowiedzialności karnej. Jak można zatem obciążać go winą za zamach na własne życie?

Ta osoba jest ofiarą pazerności koncernów farmaceutycznych wypuszczających na rynek leki, co do działania których nie ma wystarczających badań.

Na blogu publikowałam relacje niedoszłych samobójców. Wizje dziwnego, przerażającego świata, który ujrzeli odchylając ledwie zasłonę śmierci, robią rzeczywiście piorunujące wrażenie. Podobny obraz przedstawiony został w filmie „Nasz dom” , nakręconym na podstawie książek Chico Xaviera. W filmie, aby opisać to miejsce, użyto określenia czyściec. Być może właśnie tak jest. Nie przypuszczam aby chodziło tu o karę w popularnym znaczeniu tego słowa. Raczej o uporządkowanie myśli, dojście do siebie, otwarcie duszy na miłość Boga. Czyściec kojarzy się wprost z oczyszczeniem. Wejściem w nową dla siebie rzeczywistość bez starych przyzwyczajeń, nawyków i osądów. Podstawowym warunkiem wydaje się być wybaczenie, ono bowiem przerywa cierpienie. Mam tu na myśli tak wybaczenie sobie jak i innym, do których mamy żal. Nie wierzę w piekło, pochłaniające dusze na wieki potępione. Bez względu na kultywowaną religię jesteśmy dziećmi jednego Boga, który nie skazałby żadnego z nas na taki los. Miłość Boga jest doskonała – nie ma tu miejsca na okrutną kaźń.

Życie jest wielkim darem i nikogo nie trzeba chyba przekonywać, co do słuszności tego stwierdzenia. Jak je wykorzystamy zależy głównie od nas samych. Natomiast jego kres nadejdzie w momencie wypełnienia misji powierzonej każdej duszy. Jeśli jednak zdarzy się, że ktoś bliski przyśpieszy ten moment, nie fundujmy sobie dodatkowego obciążenia. Rodziny i przyjaciele samobójców całymi latami obwiniają się za to, że nie zapobiegli niepotrzebnej i bezsensownej śmierci. Każdy sam rozliczy się ze swoich czynów.

„Sumienie zawsze mamy przy sobie „

Jakiś czas temu opisywałam historie pewnego obrazu, który bardzo namieszał w życiu właściciela. Opowiedziała mi ją moja koleżanka Małgosia. Dzisiaj proponuję jeszcze jedną opowieścią tym razem dotyczącą bezpośrednio Małgosi.

Kilka lat temu Małgosia wraz z mężem podjęli decyzje o zakupie domu. Mieli już serdecznie dosyć wynajmowanych mieszkań, które często kryły różne niespodzianki. Od tych natury technicznej do współlokatora nie z tego świata. Przyszłość materialna rodziny rysowała się bardzo optymistycznie, jednym słowem nie było, na co czekać.  Sprawą znalezienia domu, który spełniałby kryteria lokalizacyjne i miał sensowny metraż zajęła się Małgosia. Obejrzała wiele budynków jednak żaden nie wydawał się odpowiedni. Kiedy już nieomal straciła nadzieję pojawiła się jeszcze jedna możliwość –„Dom przy wierzbach”. Małgosia zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia. Ładny budynek, rozkład pomieszczeń jak na zamówienie, świetny dojazd do centrum, spory ogród i rozsądna cena upewniły ją, że oto znalazła wymarzoną przystań.

Kiedy  wróciła do siebie i ochłonęła z radosnej euforii zaczęła  na spokojnie ogarniać sytuację. W zasadzie tylko jedna rzecz nie dawał jej spokoju. Wcześniej oglądała dwa domy „po dziadkach”, które wystawione były przez ich spadkobierców. Oba w takim stanie, w jakim zostawił je ostatni lokator. Kafelki w kwiatki, boazeria, miejscami linoleum na podłodze, krótko mówiąc  styl „wczesny Gierek”. Tu było inaczej. Dom został gruntownie odnowiony. Co ciekawe mimo kosztownego remontu jego cena nie odbiegała specjalnie od średniej ceny podobnych domów. Moja koleżanka postanowiła przeprowadzić prywatne śledztwo. Najbliżsi sąsiedzi nie znali poprzedniego właściciela.  Małgosia spacerowała po okolicy zastanawiając się, co robić dalej. W bocznej uliczce odkryła niewielki sklepik, weszła tam i zapytała czy sprzedawczyni znała właściciela „domu przy wierzbach”. Pani potwierdziła, że tak i z przyjemnością wspominała miłego pana Henia. Zapytana czy wie coś więcej na jego temat zaprzeczyła. Niemniej dała Gosi cenną wskazówkę kierując ją do domu pani Maryli, która przyjaźniła się ze zmarłym. Starsza kobieta pielęgnowała akurat ogródek. Małgosia zagadnęła ją, przedstawiła się i  poprosiła o informacje, jeśli takowe posiada. Tłumaczyła, że pewne rzeczy nie dają jej spokoju. Błagalnie patrzyła Marylce w oczy. Pani Maryla zaprosiła ją do ogrodu i opowiedziała o swoim sąsiedzie.

– Henio był bardzo dobrym człowiekiem. Zaprzyjaźniliśmy się jeszcze w czasach, kiedy żyła jego żona i mój mąż. Gdy owdowiałam bardzo mi pomagali, ja opiekowałam się żoną Henryka, kiedy ta zachorowała. Pyta pani, czemu wnuk wyremontował dom?  To bardzo proste, nie miał innego wyjścia. Henio popełnił samobójstwo. Odkręcił gaz i w ten sposób rozstał się z życiem. Wszystko przesiąknięte było zapachem gazu. Trzeba było zrywać tapety i podłogi. Wyrzucić meble. Inaczej nikt by tego domu nie kupił. Mimo tego uważam, że nie ma się pani, czego bać. Powtarzam to był bardzo dobry człowiek. Owszem, dawno temu podjął złą decyzje, co wpłynęło na jego życie i na śmierć. Jeśli nawet jego dusza błąka się wokół domu nie zrobi pani nic złego.

Mąż Gosi również zachwycił się  domem i jego otoczeniem. Zapadła  decyzja o kupnie i przeprowadzce. Małgosia  od pierwszej chwili nie miała wątpliwości, że pan Henryk nadal tam jest. Świadomość jego obecności nie mąciła specjalnie jej spokoju. Raczej wzbudzała litość i prowokowała do szukania sposobu jak pomóc mu przejść na drugą stronę. Dość szybko między Gosią a panią Marylką zawiązała się nić sympatii. Tuż przed Świętem Zmarłych Gosia odwiedziła starszą panią proponując podwiezienie na cmentarz. Pani Maryla była wyraźnie w bardzo nostalgicznym nastroju.

-Pewnie myśli pani czasem, czemu Henio się zabił? Ja to wiem. Wyznał mi, co gnębiło go przez całe życie. On pochodził ze Śląska, jego rodzina miała niemieckie korzenie. Przeprowadzka w te strony miała pomóc mu uciec od przeszłości. Niestety nic to nie dało, sumienie zawsze mamy przy sobie. Henio był młodym chłopakiem, kiedy, dosłownie z ulicy zabrało go Gestapo. Chcieli żeby obciążył zeznaniami swoich sąsiadów. Oni byli Świadkami Jehowy, a faszyści takich nie lubili. Chcieli znaleźć pretekst żeby się ich pozbyć. Henio nie chciał niczyjej krzywdy, lubił tych ludzi i znał od lat. Niestety wystraszył się bicia, tortur. Ci bandyci grozili, że zniszczą jego rodzinę. Podpisał, co chcieli. Jego sąsiedzi zginęli w Oświęcimiu. Heniek po wojnie szukał ich, chciał wiedzieć, co się z nimi stało. Poznał gorzką prawdę i to go dobiło. Myślę, że jego śmierć też była symboliczna. Umarł od gazu, tak jak oni. Jakby chciał rozliczyć się sam ze sobą do końca. Niczego sobie nie oszczędził.

Małgosie bardzo wzruszyła ta historia. Postanowiła, że znajdzie sposób, aby pomóc Henrykowy przejść spokojnie do światła. Wszystko wskazuje na to, że jej się powiodło przy wydatnej pomocy pani Maryli. Opiszę ciąg dalszy niebawem.

Na marginesie dodam, że owi Świadkowie Jehowy byli ludźmi dość zamożnymi. Ich dom był bardzo zadbany i zwrócił uwagę wysokiego ranga gestapowca. Wpadł on na pomysł, że dom byłby idealnym prezentem ślubnym dla jego siostry. Załatwił sprawę swoimi metodami depcząc przy tym niejedno ludzkie życie.