Nietypowa realcja ze stanu poza ciałem

 

Dzisiaj przytoczę pewną historię spisaną już ładnych parę lat temu. Jest to opowieść bardzo nietypowa i przez to dająca do myślenia. Zwykle opuszczając ciało spotykamy świetlistą istotę, bliskich zmarłych lub wkraczamy bezpośrednio w nieznany nam świat. Bohater dzisiejszego artykułu opuścił ciało, aby stanąć twarzą w twarz z człowiekiem, którego zabił.

Tą opowieść zawdzięczam szczerości Anny, a jej głównym bohaterem jest jej dziadek Henryk. Otóż, kiedy Anna dostała się na swoje wymarzone studia medyczne jej dziadek nagle stracił przytomność, znalazł się w szpitalu gdzie jego stan się pogorszył. Przeżył tam dwukrotnie śmierć kliniczną, zapadł w śpiączkę, ale po trzech dniach obudził się i zażądał rozmowy w cztery oczy z Anną. W tej rodzinie życzenie dziadka było rozkazem. Dodać należy, że starszy pan przez lata zajmował wysokie stanowisko na szczeblu partyjnym, co nawet w warunkach szpitalnych zapewniało mu pewne przywileje. Był też zdeklarowanym ateistą, choć swojej żonie nie przeszkadzał w praktykach religijnych i nie oponował, kiedy chrzciła ich dzieci. Pan Henryk miał sześciu wnuków i tylko jedną wnuczkę Annę, którą zawsze rozpieszczał, dając pozostałym wnuczętom nieustające powody do zazdrości. Kiedy doszło do spotkania, Anna usłyszała swego rodzaju spowiedź, która brzmiała mniej więcej tak:

„ Powiedzieli mi, że umarłem i to dwa razy. Chyba mają rację i niestety muszę przyznać, że po drugiej stronie coś jest. Martwi mnie to, bo całe życie myślałem inaczej, a ja nie lubię się mylić. Jest jeszcze coś gorszego, ja po tamtej stronie spotkałem Mietka. Widzisz, nie wiem jak ci to powiedzieć, ale ja tego Mietka zabiłem. Stało się to jak byłem w partyzantce i nie było działaniem celowym. ( Henryk uciekł do lasu, kiedy Niemcy aresztowali jego brata. Brat wyrwał się z rąk żandarmów i po pewnych perypetiach również dołączył do oddziału. Starszy brat był dla Henryka niezwykle ważny. Od niego dowiedział się, że „religia to opium dla mas” i nie ma to jak komunizm).

Anna struchlała, bo do tej pory dziadek jawił się jej, jako wieczny święty Mikołaj. Nie wyobrażała sobie, żeby mógł kogoś skrzywdzić.

„W szpitalu na moment odzyskałem przytomność, a później wpadłem w taki czarny tunel, z którego wyleciałem niczym z procy. Upadłem na coś twardego. Kiedy otworzyłem oczy znalazłem się w miejscu tego całego nieszczęścia, a Mietek na mnie czekał. Podszedłem do niego, a ten bez niczego wykrzyknął:, że mnie zastrzeliłeś rozumiem, że zakopałeś byle gdzie to trudno. Woda już dawno kości po świecie poniosła. Mnie jest przykro, żeś ty mnie nie wspominał, nie żałował, jednej modlitwy nie zmówił. Tyle lat na ciebie czekałem w tym miejscu to sobie teraz razem tu posiedzimy. Nagle coś mnie wyrwało i odzyskałem świadomość. Uwierz mi ja go nie chciałem zabić. Wiesz, że do domu nie miałem powrotu. Przygarnęli mnie do oddziału. Najpierw byłem taki odnieś podnieś pozamiataj, ale mi zaufali, podszkolili i dostałem poważniejsze zadania. Tej nocy stałem na warcie. Wcześniej doszły nas słuchy, że Mietek nie żyje. Kiedy go zobaczyłem wpadłem w panikę i strzeliłem w jego kierunku. Szybko oprzytomniałem i podbiegłem do niego, ale już nie żył. Ze strachu wepchnąłem ciało do rowu i przykryłem gałęziami. Oczywiście koledzy przyszli sprawdzić, co się dzieje. Skłamałem, że broń sama wypaliła. Oberwałem po pysku. Przez kilka nocy szykowałem mogiłę dla Mietka. Zrozum byłem gołowąsem, w nocy nastała pełnia i w świetle księżyca wszystko wydawało się takie dziwne. Przypomniały mi się historie o różnych utopcach i duchach, które opowiadała moja babka. Wydawało mi się, że zaraz coś upiornego się pojawi, a tu bęc, Mietek. Jeszcze żeby, choć tej plotki nie było o śmierci Mietka to może sprawy potoczyłby się inaczej.

Nie roztrząsałem tego, co zaszło. Wielokrotnie brałem udział w wydarzeniach, które mnie przerastały. Kiedy wojna dobiegła końca pomagałem matce Mietka, bo tylko ona z jego rodziny żyła. Myślałem nawet żeby jakoś zorganizować mu porządny pochówek, ale przyszła powódź i krajobraz się zmienił, nie potrafiłem znaleźć jego mogiłki. Powiedz mi, co ja mam teraz zrobić? Anna nie potrafiła sama przeanalizować tej sprawy. Brat jej koleżanki był zakonnikiem. Przyjął imię Antoni. Pojechała do niego i poprosiła, aby rozmowę z nią potraktował na warunkach spowiedzi. Wysłuchał ją cierpliwie i zaproponował mszę gregoriańską za duszę Mietka, a w przyszłości również za jej dziadka. Dodał otuchy i wytłumaczył, że być może to widzenie na granicy życia i śmierci miało skłonić jej dziadka, aby przemyślał swoje postepowanie i pojednał z Bogiem. Anna zapytała: jak myślisz, czy ten zmarły rzeczywiście na niego czekał, czy dziadek spotkał dusze kolegi? Po długim namyśle zakonnik odpowiedział, że jeśli jakieś działanie może człowieka zbliżyć do miłości bożej to wszystko jest możliwe.

Po rozmowie z Anną dziadek zgodził się na spotkanie z Antonim. Anna była ciekawa reakcji dziadka. Henryk powiedział jej tylko tyle: gdyby mi Boga przedstawiano tak jak robi ten zakonnik to bym wierzył. Mnie Bogiem tylko straszono, no to się zbuntowałem.

W tej sprawie pewnie wiele do powiedzenia miałby psycholog. Wszak wyparcie powodować może konsekwencje rzutujące na całe życie człowieka. Nie jestem psychologiem. Wierzę, że Henryk spotkał swojego kolegę w świecie, który najmocniej go przyciągał i w realiach, z którymi rezonował. Pozostaje mieć nadzieję, że obydwaj doznali łaski spokoju.

Nie traćmy nadziei- diagnoza to nie wyrok!

 

Podczas podróży do Warszawy miałam przyjemność poznać bardzo miłą osobę.

Pani A. Opowiedziała mi dramatyczną historię choroby swojej córki. Było to o tyle ciekawe, że z jednej strony podchodziła do sprawy emocjonalnie, jako matka, a z drugiej rzeczowo, jako lekarz.

Kiedy rozstawałam się z moją uroczą rozmówczynią przedstawiłam się, zdradziłam cel mojej podróży do stolicy i powiedziałam, że prowadzę bloga poświęconego omawianej tematyce.

Moja rozmówczyni była wzruszona, powiedziała: „ Z tego wniosek, że miałyśmy się spotkać. Niech pani napisze o mojej córce. „ Obiecałam, że tak właśnie zrobię i dzisiaj słowa dotrzymuję.

Córka Pani A. cierpi na poważną wadę serca. Kilka lat temu dziewczynka zachorowała i w wyniku powikłań znalazła się na Oddziale Intensywnej Terapii. Przeszła śmierć kliniczną, a następnie zapadła w śpiączkę, która trwała wiele dni. W tym czasie wykonano liczne badania i rodzice usłyszeli straszną diagnozę:, jeśli nawet dziecko wybudzi się ze śpiączki będzie rośliną. Pani A. zapoznała się z wynikami badań i jako lekarz przyznaje, że sama nie postawiłaby bardziej optymistycznej diagnozy. Trudno w takich okolicznościach żywić nadzieję na szczęśliwe wyzdrowienie i pocieszać się myślą o ewentualnej pomyłce lekarskiej. Był to straszny czas dla całej rodziny. Po dniach niepewności, ku zdumieniu wszystkich dziewczynka wybudziła się ze śpiączki i zupełnie przytomnie reagowała na zastaną rzeczywistość.

Następnie nie spała przez prawie dziewięćdziesiąt godzin. Mało tego, dziewczynka doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co działo się w jej otoczeniu. Informacje, które podawała były szczegółowe. Wiedziała, kto i co jej czytał, kto z kim, o czym rozmawiał, kto się nią opiekował, znała nawet imię pielęgniarki, która pełniła dyżur w dniu poprzedzającym jej przebudzenie. Jak na świadomość diagnozowaną na poziomie roślinki to sporo, prawda?

W tym miejscu przywołam historię doktora Ebena Alexandra, który również stanowił przypadek beznadziejny z punktu widzenia neurologii, a kiedy wrócił do zdrowia i analizował własne wyniki badań uznał swoje uzdrowienie za niewytłumaczalny dla medycyny cud. Podszedł do sprawy z pokorą i pisząc książkę pt. „Dowód” postawił na szali karierę i olbrzymi dorobek naukowy, aby dać świadectwo Prawdzie, której doświadczył. Z tego, co mówił w jednym z  wywiadów wynika, że choć nie spotkał się z jawnym ostracyzmem środowiska to reakcje jego kolegów były, co najmniej chłodne. Gdyby bowiem podążyć za tezą doktora Alexandra należałoby przyjąć, że to, co nazywamy świadomością , znajduje się poza mózgiem i choć w jakiś sposób z tym organem współpracuje to nie jest jego istotą. Czym zatem jest świadomość? Moim skromnym zdaniem jest to nasza dusza. Proszę zwrócić uwagę, że większość osób, które doświadczyły opuszczenia ciała, mówi mniej więcej tymi słowy:  „ unosiłem się nad salą, a ta dziwna powłoka pozostawiona na stole operacyjnym wcale nie była mną” lub „ Nie czułem, że coś straciłem patrząc na własne ciało. Przecież nadal byłem sobą, wiedziałem, że ja to po prostu ja” Ludzie wychodzący poza swoją fizyczność nie czują się kimś innym, a może właśnie wtedy docierają do własnego Ja ?

Podczas rozmowy z Panią A. stwierdziłam, że w mojej opinii nauka posiadła może 10% z całości wiedzy na temat pracy i zadań ludzkiego mózgu. Pani A. odparła, że jestem wielką optymistką bo jej zdaniem neurolodzy wiedzą znacznie mniej, a resztę ledwie przypuszczają lub nawet jedynie przeczuwają. Nie chciała ujmować nic swoim kolegom, ale zdała sobie sprawę, że przypadek córki nie jest bynajmniej odosobniony. Owszem, zwłaszcza w dziedzinie neurochirurgii postęp jest ogromny, ale nie oznacza to, że neurolog wie o mózgu wszystko.

Córka Pani A. wróciła do zdrowia i mimo wady serca uczy się i funkcjonuje normalnie. Przez dłuższy czas nie chciała rozmawiać na temat swojego wyjścia poza ciało. Dopiero po śmierci dziadka widząc rozpacz swojej mamy otworzyła się na to wspomnienie. Pocieszała mamę słowami: „nie płacz, ja tam byłam. Zapewniam cię, że dziadek jest szczęśliwy, nie cierpi i po prostu istnieje. On tam na nas na pewno zaczeka i spotkamy się z nim po drugiej stronie. Jako lekarz widzisz śmierć ciała, ale uwierz mi jest coś jeszcze. Płacz nie ma sensu. Dziadek bardzo cierpiał, a teraz jest w miejscu gdzie nie ma cierpienia, za to jest bardzo dużo światła i wszyscy są dobrzy. Mamo umrzeć to jest tak jakby przejść do innego pokoju”.

Pani A. była wdzięczna córce za te słowa, uspokoiła się i zrozumiała, że w przypadku śmierci tak naprawdę nie można mówić o stracie, a tylko o chwilowym rozstaniu.

Nie muszę chyba nikogo przekonywać jak wielki wpływ na życie Pani A. tak prywatne jak i zawodowe miały doświadczenia związane z chorobą córki. Słowa diagnoza to nie wyrok, po czymś takim nabierają szczególnego znaczenia.

Od siebie dodam tylko tyle: po pierwsze po raz kolejny dziękuję Dobrym Aniołom, że zaaranżowały nasze spotkanie, po drugie serdecznie pozdrawiam Panią A. oraz jej dzielną córkę i życzę dużo zdrowia!

 

Kris Rudolf- Art Of Joy

W ubiegłą sobotę dzięki zaproszeniu do TVP2 miałam okazję poznać niezwykłą osobę.

Krzysztof Rudolf Pietraszewski przeszedł śmierć kliniczna dwukrotnie i zdarzenia te wywarły olbrzymi wpływ na jego osobowość. Zmienił diametralnie siebie i swoje życie, a reminiscencje tej zmiany widać bardzo wyraźnie w twórczości Krzysztofa.

Krzysztof jest artystą o sporym dorobku. Producent telewizyjny, radiowiec, dziennikarz i autor scenariuszy. Związany ze światem mody – współpracował z takimi artystami jak Paco Rabanne i Olivier Lapidus. Zrealizował wiele autorskich projektów artystycznych. Jednym słowem człowiek tak wszechstronnych talentów jak i światowego formatu. Obecnie prezentuje swoje prace pod pseudonimem artystycznym Kris Rudolf.

Z wielką ciekawością obejrzałam prace Krisa Rudolfa i wracałam na jego stronę jeszcze kilkakrotnie, cały czas zastanawiając się, co mnie tak naprawdę w nich uwodzi.

Nie jestem krytykiem sztuki tylko jej odbiorcą. Należałoby dodać odbiorcą wybrednym. Uważam, bowiem, że sztuka powinna człowieka wznosić i napełniać optymistycznym, pozytywnym przekazem. Dawać wytchnienie niczym czuła kobieta zmęczonemu wojownikowi. Dekadencja, szarość i klimaty depresyjne, jakże często ostatnio lansowane w masmediach, nie mogą nasycić naszej duszy, dodać jej energii i światła. W tym, czego od sztuki oczekuję Kris mnie nie zawiódł.

Ujmujące w pracach Krisa jest ukazanie rzeczy prostych w nowej perspektywie i niezwykle energetycznej odsłonie. Artysta poprzez swoją optykę i kunszt, zabiera widza do cudownej impresjonistycznej bajki, w której wszystko zdarzyć się może. Obrazy tętnią życiem i jak najdosłowniej dzielą się z nami swoją energią.

Najnowszy projekt autorski „Art of Joy” to doskonały przykład sztuki, która nie tylko cieszy oczy, ale też wpływa terapeutycznie na samopoczucie, stymulując dobrą, kojącą energię. Oddziałuje także na pracę czakr podnosząc naszą witalność. Wobec dynamiki kształtu i koloru, świadomie bądź nieświadomie, nigdy nie pozostajemy obojętni. Kris Rudolf, posługując się okręgiem, jako figurą doskonałą, stworzył swoiste mandale pulsujące energią i promieniującymi kolorami życia. Jako człowiek głęboko czujący i wrażliwy dzieli się z odbiorcą nie tylko artystyczną wizją odsłaniającą jego wewnętrzny świat. Robi o wiele więcej. Proponuje skuteczne i piękne dzieła, które mogą ożywić każde pomieszczenie i poprawić energetykę tak miejsca pracy jak i wypoczynku. Kris Rudolf ma w sobie coś z alchemika, z tym, że zamiast tajemnej mikstury oferuje specyfik zaklęty w obrazie.

Jestem wdzięczna losowi za to, że dał mi szansę poznania tak niebanalnego twórcy. Z radością dołączam do grona fanów Art Of Joy.

Szablon Kris Rudolf

 

Nie na wszystko jesteśmy gotowi

Pragnę dzisiaj odnieść się do tematu lęku przed kontaktem z duchami. Nawet jeśli są to duchy bliskich nam osób w momencie pełnej lub częściowej materializacji wpadamy w panikę. Zdarza się, że samo przypuszczenie iż osoba zmarła znajduje się blisko nas napawa trwogą i prowokuje reakcje, których sami po sobie byśmy się nigdy nie spodziewali.

Mam wrażenie, że źródłem tego lęku sterują dwa mechanizmy. Pierwszy z nich to przekaz kulturowy. Od najmłodszych lat dowiadujemy się od osób, którym ufamy, że dusza ludzka istnieje i jest nieśmiertelna. Słuchamy opowieści z dreszczykiem bądź to z ust naszych dziadków, bądź na przykład na obozach czy koloniach. Kultura masowa kreuje (rzec można na pęczki) przeróżne historie z duchami w tle lub nawet duchem w roli głównej. Pół biedy jeśli mamy do czynienia z filmami wybitnymi (polecam film „Inni” z Nicole Kidman). Takie dzieła zawierają pewien ładunek emocjonalny i nie pozostawiając widza obojętnym zmuszają do przemyślenia wielu aspektów życia i śmierci. Gorzej kiedy mamy do czynienia ze szmirą lub filmami, których jedynym celem jest doprowadzenie widza do skrajnego przerażenia. Po obejrzeniu takiej produkcji własny kot, wyłaniający się nagle z ciemności może stać się przyczyną zejścia śmiertelnego.

Drugi mechanizm to nasza własna aura. Jestem przekonana, że nasza aura to w znacznej mierze specyficzny acz bardzo skuteczny system wczesnego ostrzegania. Każdy z nas ma aurę, która doskonale odzwierciedla nie tylko stan emocjonalny, ale w nie mniejszym stopniu, stan zdrowia i nasze myśli. Mniej lub bardziej świadomie reagujemy na aury innych ludzi. Nie bez kozery zdarza nam się kogoś nie lubić, mimo że kiedy pragniemy racjonalnie uzasadnić tę niechęć, nie znajdujemy żadnych argumentów na jej wytłumaczenie. W ten sam sposób rozpoznajemy tak zwane „wampiry energetyczne” czy chociażby nieszczere, kłamliwe i dwulicowe osoby. Wyobraźmy sobie, co by się działo gdyby ten system ochronny nie wykrywał obecności bytów bezcielesnych? No cóż, byłoby z nami źle. Każda istota pozbawiona ciała, a więc możliwości pożywiania się mogłaby dosłownie garściami czerpać z naszej energii, a my nieświadomi niczego zmienialibyśmy się w bezwolnych żywicieli.

Z tej przyczyny niechęć do kontaktów z duchami manifestująca się jako strach jest zdrową reakcją obronną organizmu.

Pozwolę sobie zilustrować sytuację przykładami:

„Babcia była osobą związaną ze mną od moich narodzin aż do moich 15 urodzin (babcia pilnowała mnie jako dziecko, później chodząc do szkoły spędzałam u babci większość czasu).
Babcia od lat chorowała miała kilka zawałów serca + przeszła śmierć kliniczną (o której nigdy nie ciała opowiadać). Zmarła na zawał w wieku 60 lat, ja miałam wówczas 15 lat nie byłam więc już małym dzieckiem ale jej śmierć bardzo przeżyłam…do pewnego zdarzenia doszło właśnie w dzień jej śmierci. Ponieważ babcia zmarła w domu to moja mama z tatą poszli się z nią pożegnać…zostałam w domu z 4 letnim bratem który jak teraz pomyślę spał w drugim pokoju.Wszystko zaczęło się od „przygaszającego” się gazu na kuchence. Wiadomo jak to bywa, spadki gazu, złudzenia optyczne itd…piętnastolatka potrafi znaleźć sobie wytłumaczenie 🙂 ale nagle poczułam obecność kogoś…zapytałam „babciu to ty?” gaz znów zmalał i po chwili powrócił do pierwotnej postaci, miałam wrażenie że ktoś siedzi w fotelu, bardzo się przestraszyłam i nie mogąc opanować płaczu, strachu schowałam się pod koc…nie wiem ile ten stan trwał nie jestem w stanie tego opisać, ale rodzice wrócili i nie mogli mnie uspokoić. Przez krzyk i łzy powiedziałam mamie co się wydarzyło po czym ona tylko wykrzyczała: Mamo! dlaczego ją straszysz? tak bardzo ją kochałaś” i to wszystko się zakończyło……………..Bałam się iść na pogrzeb, mama powiedziała coś czego nie rozumiałam że mam się nie bać i pierwsze co to z daleka spojrzeć babci na nogi…hmmm do dziś nie wiem dlaczego ale to pomogło. Pożegnałam się z ukochaną mi osobą.”

Drugi mail był bardzo długi w związku z czym postanowiłam go dla Państwa streścić. Otóż Pani Emilka w wieku lat szesnastu straciła ukochanego dziadka. Dziadek, najpierw pojawił się we śnie, co ją ucieszyło bo bardzo za nim tęskniła. Któregoś wieczoru tuż przed zaśnięciem zobaczyła dziadka w rogu pokoju. Zamknęła oczy myśląc, że to tylko złudzenie. Kiedy ponownie je otworzyła dziadek stał tam nadal i uśmiechał się do niej. Uciekła z pokoju i zaalarmowała rodziców. Na początku jej nie uwierzyli. Widzenie, które miała uznali za objaw żałoby i wybujałej wyobraźni nastolatki. Postać dziadka manifestowała się jeszcze kilkakrotnie. Pani Emilka nadal reagowała emocjonalnie choć nieco spokojniej niż za pierwszym razem. Przez myśl jej nie przeszło żeby się odezwać i poprosić dziadka aby odszedł. Sytuacja rozwiązała się kiedy dziadek ukazał się swojej córce czyli mamie Pani Emilki. Kobieta była przerażona i krzyczała „tato odejdź stąd, odejdź gdzie twoje miejsce”. Więcej wizyt nie było.

Ja sama przeżyłam podobną sytuację:

http://biuro-duchow.blog.onet.pl/2013/06/15/znak-z-zaswiatow/.

Kopiuję link ponieważ nie chcę się powtarzać.

Czasami jest nam przykro, że nakrzyczeliśmy na swoich bliskich zmarłych, którzy próbowali zbliżyć się do nas w jedyny dostępny sobie sposób. Mamy wrażenie, że potraktowaliśmy ich grubiańsko, że zachowaliśmy się histerycznie. Ta ostatnia myśl pojawia się zwłaszcza w głowach osób, które w życiu doczesnym chcą kontrolować siebie i wszystko wokół. Nie na każde zdarzenie jesteśmy gotowi. Choć w gruncie rzeczy sami jesteśmy przede wszystkim duszami to jednak pewne sytuacje narzucają na nas ograniczenia. Wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Kiedy porzucimy fizyczną powłokę to będzie właściwy czas na kontakt z innymi bezcielesnymi. A miejsce spotkania? Podobno każdy ma takie niebo jakie sobie wymarzy.

Samobójstwo – krzyk rozpaczy

W korespondencji od Państwa często przewija się temat samobójczej śmierci bliskiej osoby. Przez wieki Kościół katolicki traktował ten czyn jako grzech śmiertelny, a żeby jeszcze bardziej podkreślić jego wagę, ludzi którzy targnęli się na swoje życie chowano poza terenem cmentarza, często koło śmietnika lub przy samym murze cmentarnym. Pochówek w niepoświęconej ziemi, jako rodzaj wykluczenia ze wspólnoty miał odstraszać inne osoby przed zamachem na własne życie. Na dzień dzisiejszy KK przyjmuje, że samobójstwo jest wynikiem choroby psychicznej i samo w sobie nie stanowi aktu odrzucenia Boga. Mimo to osoby wierzące obawiają się o dusze swoich bliskich, co widać nawet na podstawie lektury Państwa listów.

„Siostra mojej mamy była w czasie II Wojny Światowej łączniczką AK. Wykonywała bardzo niebezpieczną konspiracyjną robotę. Jak sama mówiła nie bała się śmierci tylko tortur. Była mało odporna na ból i obawiała się, że kogoś wyda, że zdradzi ważne informacje. Jakimś sposobem weszła w posiadanie kapsułki z cyjankiem potasu. Użyła trucizny kiedy Gestapo otoczyło jej dom, a wcześniej podpaliła jedno z pomieszczeń ( prawdopodobnie niszcząc w ten sposób jakieś dokumenty). Moja Mama często modliła się za siostrę, za odkupienie jej duszy. Wszyscy, nawet ksiądz, tłumaczyli jej, że nie ma racji, że ciocia na pewno poszła do nieba, ale mama mówiła ”samobójstwo to samobójstwo”. Ja myślę, że to była niewinna śmierć, ale czasami przypominają mi się słowa Mamy i nachodzą mnie wątpliwości.”

Inny mail :

„Mój brat powiesił się w Nowy Rok. Podejrzewamy, że to te leki zrobiły i najpierw była euforia, a później jeszcze gorzej . Babcia płacze, że brat nie pójdzie do nieba. Zamawia msze i modli się bez końca.”

Moim skromnym zdaniem, nikt nie odbiera sobie życia dla zabawy. Za każdym samobójstwem stoi niewyobrażalna rozpacz i dramat konkretnego człowieka. Pozostaje pytanie przed czym samobójca ucieka? Zapewne przed czymś, co wydaje mu się straszniejsze od śmierci. W pierwszym z opisanych przypadków sprawa jest oczywista. Kobieta odebrała sobie życie ze strachu przed torturami Gestapo. Był to czyn heroiczny, poświęcenie własnego życia dla ratowania towarzyszy walki, dla sprawy ważniejszej niż życie jednego człowieka. Absolutnie nie rozumiem wątpliwości niektórych członków rodziny, wszak „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich.”

Samobójstwo pod wpływem antydepresantów to klęska współczesnej farmakologii i medycyny. Kolejne pozorne wsparcie, lek, który przez pewien czas maskuje chorobę, żeby w ostatecznym rozrachunku nasilić jej objawy. Gdyby ktoś pod wpływem tych leków zamiast zabić siebie, zgładziłby kogoś innego? Przypuszczam, że nie poniósłby z tego tytułu odpowiedzialności karnej. Jak można zatem obciążać go winą za zamach na własne życie?

Ta osoba jest ofiarą pazerności koncernów farmaceutycznych wypuszczających na rynek leki, co do działania których nie ma wystarczających badań.

Na blogu publikowałam relacje niedoszłych samobójców. Wizje dziwnego, przerażającego świata, który ujrzeli odchylając ledwie zasłonę śmierci, robią rzeczywiście piorunujące wrażenie. Podobny obraz przedstawiony został w filmie „Nasz dom” , nakręconym na podstawie książek Chico Xaviera. W filmie, aby opisać to miejsce, użyto określenia czyściec. Być może właśnie tak jest. Nie przypuszczam aby chodziło tu o karę w popularnym znaczeniu tego słowa. Raczej o uporządkowanie myśli, dojście do siebie, otwarcie duszy na miłość Boga. Czyściec kojarzy się wprost z oczyszczeniem. Wejściem w nową dla siebie rzeczywistość bez starych przyzwyczajeń, nawyków i osądów. Podstawowym warunkiem wydaje się być wybaczenie, ono bowiem przerywa cierpienie. Mam tu na myśli tak wybaczenie sobie jak i innym, do których mamy żal. Nie wierzę w piekło, pochłaniające dusze na wieki potępione. Bez względu na kultywowaną religię jesteśmy dziećmi jednego Boga, który nie skazałby żadnego z nas na taki los. Miłość Boga jest doskonała – nie ma tu miejsca na okrutną kaźń.

Życie jest wielkim darem i nikogo nie trzeba chyba przekonywać, co do słuszności tego stwierdzenia. Jak je wykorzystamy zależy głównie od nas samych. Natomiast jego kres nadejdzie w momencie wypełnienia misji powierzonej każdej duszy. Jeśli jednak zdarzy się, że ktoś bliski przyśpieszy ten moment, nie fundujmy sobie dodatkowego obciążenia. Rodziny i przyjaciele samobójców całymi latami obwiniają się za to, że nie zapobiegli niepotrzebnej i bezsensownej śmierci. Każdy sam rozliczy się ze swoich czynów.

Po co mi to wszystko ?

Inspirację do napisania niniejszego tekstu stanowi ciekawy mail od Pani, która również przeżyła śmierć kliniczną. Zdarzenie to miało miejsce w dzieciństwie i od tego czasu Pani ta miewa przeczucia i sny o charakterze prekognicyjnym. Niestety bardzo często znajdują one odzwierciedlenie w rzeczywistości. Użyłam słowa niestety, ponieważ nie są to prognozy pomyślnych zdarzeń.

Na podstawie przeżyć własnych oraz relacji uzyskanych bezpośrednio czy opisanych w literaturze tematu, można wysnuć wniosek, że w momencie opuszczenia ciała zostaje przerwana (zniszczona) bariera, która skutecznie oddziela nas od innego wymiaru. Można też powiedzieć, że przestajemy być izolowani przed kontaktem z Kroniką Akaszy, polem morfogenetycznym, globalną świadomością, nazwa jest dowolna ale istota sprawy niezmienna. Podobny stan osiągają mnisi podczas długotrwałych medytacji, tyle, że proces jest łagodniejszy, a ich bariera wydaje się po prostu rozpuszczać. I tu dochodzimy do sedna sprawy: Czy to dobrze czy źle? Czy takie zdolności to dar czy raczej ciężkie brzemię? Każdy musi sobie sam odpowiedzieć na to pytanie. Dla mnie bardzo wymownym przykładem jest ta oto historia.

Pewna kobieta, jako dziecko przeszła ciężkie zapalenie płuc. W wyniku powikłań doszło do zatrzymania pracy serca. Odratowano ją i od tego czasu zaczęły się dziwaczne sny, obrazy pojawiające się na przykład w trakcie rozmowy telefonicznej i wizje, nad którymi nie panowała. Utrzymywała to w tajemnicy, obawiając się reakcji otoczenia. Ukończyła szkołę pielęgniarską, wyszła za mąż urodziła córeczkę. W Polsce nastał czas transformacji ustrojowej i nasi rodacy zaczęli podróżować na potęgę. Rodzice chrzestni córki tej Pani wykupili wycieczkę do Egiptu. Od tego momentu zaczęły ją prześladować koszmary. Ze względu na długoletnią przyjaźń zdecydowała się im o tym powiedzieć. Informacje te przyjęli bez emocji i nie zmienili planów. Kiedy zadzwonili z hotelu meldując , że szczęśliwie dotarli na miejsce, mąż tej kobiety powiedział: Widzisz wariatko, po co ludzi straszysz? Sytuacja zmieniła się diametralnie po kilku dniach pobytu. Turystów zaatakowała tak zwana „klątwa faraona”. Mężczyzna jakoś to zniósł, ale jego żona wylądowała w szpitalu. Była dwukrotnie reanimowana, ponieważ w wyniku odwodnienia poziom elektrolitów i potasu był tak niski, że odbiło się to na pracy serca. Kiedy kobieta pojechała odebrać przyjaciół z lotniska, usłyszała tylko „wykrakałaś”. Zabrzmiało to złowieszczo niemal jak zarzut – ty to na nas ściągnęłaś! Po tym doświadczeniu zamilkła na długo.

Postawiła wszystko na jedną kartę kilka lat później kiedy jej córeczka wybierała się na szkolną wycieczkę. Miała bardzo ciężką noc, koszmarny sen powtarzał się raz za razem. Rano chciała zatrzymać małą w domu, ale mąż ostro protestował i zawiózł ją do szkoły. Kobieta nie wytrzymała. Wsiadła w swój samochód i wyciągnęła dziecko z autokaru tuż przed odjazdem. W drodze powrotnej doszło do wypadku. Na szczęście obyło się bez ofiar śmiertelnych, ale wiele dzieci ucierpiało. Matka najbardziej poszkodowanego chłopca zrobiła jej scenę w sklepie: Wiedziałaś, ty wstrętna czarownico! Wiedziałaś i nie ostrzegłaś nas! Jak to bywa w małych miejscowościach sprawa szybko nabrała rozgłosu. Lawina plotek i złośliwości wymusiła na tej pani przeprowadzkę do dużego miasta. Rozpadło się jej małżeństwo. Sami Państwo przyznacie , że to wysoka cena za dar przewidywania przyszłości.

Przyznaję, że również mnie zdarzają się takie sny. Ostatni przed katastrofą airbusa we francuskich Alpach. Śniłam, że znajduję się w białej kuli. W pewnej chwili pojawiła się krew. (Oszczędzę Państwu drastyczne szczegóły). Cała krew zaczęła gromadzić się w jednym miejscu po środku kuli. Bardzo szybko krzepła. Nie bałam się byłam tylko bezbrzeżnie zdumiona. Do środka kuli przeniknęła szara postać, nie potrafię powiedzieć kim była. Z góry zaczęły spadać różne przedmioty: męski zegarek, kolorowa bransoletka, smoczek, młodzieżowy zegarek z plastiku, okulary. Przedmioty spadały wprost w kałużę krwi. Wykrzyknęłam „matko moja jak dużo tych rzeczy!”. Szara postać przysunęła się bliżej i powiedziała „będzie sto pięćdziesiąt, będzie ich sto pięćdziesiąt”. Następnego dnia miałam wiele obowiązków i o katastrofie samolotu dowiedziałam się dopiero późnym popołudniem. Cóż mi po tej wiedzy, skoro okazuje się bezużyteczna? Nie walczę z tym, co przychodzi, raczej przyjmuję do wiadomości bez angażowania energii życiowej. To nie jest obojętność , tylko instynkt samozachowawczy, który ratuje mnie przed goryczą wynikającą z bezsilności.

Przed wielkimi kataklizmami i katastrofami wiele osób ma, co najmniej, niepokojące sny. Zupełnie jakby sama Ziemia chciała zminimalizować konsekwencje pewnych nieuniknionych zdarzeń. Przeważnie nikt nie traktuje tego serio. Zastanawiam się skąd u ludzi, którzy wszystko w życiu planują z dużym wyprzedzeniem, bierze się ten determinizm, przekonanie, że co ma być to będzie. Rozumiem nieufność wobec osób postronnych, ale jak można nie wierzyć nawet samemu sobie ?

Na koniec przypomnę piękne słowa Paulo Coelho

Przeczucia są nagłym skokiem duszy w ów kosmiczny nurt życia, w głębi którego dzieje wszystkich ludzi splatają się w jedno. I można tam dojrzeć wszystko, gdyż wszystko jest tam zapisane.

Tam i z powrotem ?

Na wstępie zacytuję fragment korespondencji otrzymanej od czytelniczki Biura Duchów:

„Pamiętam, że kiedyś miałam pacjentkę z doświadczeniem śmierci klinicznej. Pobierałam jej krew podczas przyjęcia na oddział, kiedy przyznała, że przyszła na kolejną operację tylko na prośbę dzieci. Sama jakiś czas wcześniej była „na tamtym świecie” i było jej tak dobrze, że nie chciała wracać – zrobiła to ze względu na dzieci. Teraz nie boi się śmierci, a raczej jej wyczekuje. To było dla mnie niezwykłe doświadczenie i żałuję teraz, że wtedy nie porozmawiałam z nią na ten temat dłużej.”

Po przeczytaniu całego maila zdałam sobie sprawę, że temat ludzi przewlekle chorych zasługuje na szersze omówienie. Sytuacja tych osób jest szczególna. Tutaj nie ma happy end’u . Jeśli reanimacja jest skuteczna, wracają do swojego schorowanego ciała, do ciągłych ograniczeń i bólu. Nie dane im jest powstać z martwych aby z nadzieją i wiarą ruszyć przed siebie do nowego życia, które jawi się jako nieskończony strumień możliwości.

Przypadek o którym wspomina autorka maila nie należy do rzadkości. Osoby schorowane, których życie to niekończący się ciąg kolejnych zabiegów medycznych, często zdane są na łaskę i niełaskę swoich bliskich. Traktują one śmierć jedynie w kategoriach wyzwolenia. Kiedy zdarzy im się (po doświadczeniu śmierci klinicznej) wrócić do ciała są bardzo rozczarowani. Bywa, że odmawiają przyjmowania leków, jedzenia, a nawet kontaktu werbalnego z otoczeniem. Nieuniknione jest w tej sytuacji pytanie: czy uporczywa reanimacja jest rzeczywiście błogosławieństwem dla umierającego? Zacytuję fragment rozmowy ze starszą panią, która była naocznym świadkiem śmierci swojej siostry.

„Dzisiaj modlę się tylko o jedno, to jest o śmierć w domu. Byłam w szpitalu kiedy umierała moja starsza siostra. Nie ma pani pojęcia, co oni z nią wyrabiali. Jak nią szarpali na wszystkie strony. Przecież ją to musiało bardzo boleć! Moje siostrzenice latały jak obłąkane i nic tylko reanimujcie mamę, reanimujcie mamę! Siostra miała wtedy siedemdziesiąt lat, chorowała na sprawy krążeniowe od dekady. Przeszła trzy poważne operacje. Rozmawiałam z nią i wiem jedno ona nie chciała już żyć. Była zmęczona. Ja rozumiem, że dzieci robiły to z miłości, ale czy człowieka można z miłości torturować? W pewnej chwili nerwy mi puściły. Powiedziałam do siostrzenic: czy wyście już całkiem rozum postradały? Dajcie jej umrzeć ! Wy chcecie żeby żyła, czy to znaczy, że ona nie ma już żadnych praw? Były na mnie obrażone. Rozmawiałam z moimi dziećmi i kazałam im przysięgać na głowy wnuków, że nie będą mnie tak męczyć. Bardzo ich kocham i robię wszystko żeby być z nimi jak najdłużej. Dbam o siebie , przyjmuję przepisane leki, ale kiedy przyjdzie moja godzina, chce odejść w spokoju.”

Niebywały postęp jaki ma miejsce w intensywnej terapii pozwala opóźnić moment śmierci nawet o całe lata. Wielu lekarzy traktuje śmierć pacjenta jako osobistą porażkę. Wielu boi się oskarżeń o zaniechanie ze strony rodziny. Telewizja i kinematografia pokazują reanimację w stylu Hollywood. Pacjent (najczęściej młody człowiek) poddany tej procedurze po kilku dniach spokojnie wraca do pracy albo idzie na mecz z całą rodziną. Śmiem twierdzić, że wbrew zdrowemu rozsądkowi taki obraz zakodował się w wyobraźni całej populacji. Nie przypominam sobie filmu (poza dokumentalnym), który poruszałby problem chociażby tak zwanego zespołu poresuscytacyjnego (u znacznego odsetka chorych występują poważne zaburzenia behawioralne utrudniające, bądź uniemożliwiające powrót do normalnego życia).

Według znanej mi literatury przedstawiciele wszystkich największych religii światowych uznają, że „zaciekłość terapeutyczna”, która przedłuża życie „w sposób bolesny i nietrwały” nie ma żadnego uzasadnienia. Cóż widać obawa przed potencjalnym oskarżeniem o dokonanie eutanazji zagłusza wszystkie racjonalne i etyczne argumenty, przemawiające na korzyść chorego.

Odrębne zagadnie to chorzy u których po doświadczeniu z pogranicza występuje stan, który ja (na swój własny użytek) nazywam „euforia dzień po”. Jest to specyficzny stan, który objawia się albo uniesieniem religijnym, albo fascynacją „tamtym światem”, która niejako wyklucza zainteresowanie życiem w ciele fizycznym. Mam nieodparte wrażenie, że wielu męczenników za wiarę doznawało spontanicznego opuszczenia ciała (na przykład podczas wielogodzinnej modlitwy, porównywalnej z głęboką medytacją) i właśnie w „euforii dzień po” z radosną bezmyślnością wprost pchało się w ręce siepaczy. Kiedy za życia tracimy zainteresowanie swoim ciałem, najbliższą rodziną i sprawami, które wcześniej były dla nas ważne, jest to moim zdaniem rodzaj samobójstwa. Oczywiście nie mam tu na myśli osób chorych psychicznie, czy pogrążonych w głębokiej depresji. Zdecydowanie chodzi mi o świadomy wybór. „Byłem na tamtym świecie i chcę tam wrócić. Nie obchodzi mnie już nic innego”. Taka sytuacja wymaga interwencji psychologa, psychiatry lub osoby duchownej. Przecież powrót do zdrowia (nawet częściowy) i możliwość przeżycia kolejnych lat zostały nam dane w konkretnym celu. Tak czy inaczej warto bacznie obserwować bliskie nam osoby, które wróciły ze wspomnieniami „tamtego świata”. Miłość, troska i właśnie nasze zainteresowanie to bezpieczne cumy, które w razie potrzeby pomogą odzyskać równowagę i utrzymają takiego człowieka na powierzchni  do czasu aż spojrzy na życie z właściwej perspektywy.

„Musimy rozumieć więcej aby bać się mniej.”

„W życiu nie ma rzeczy, których należy się bać, są tylko rzeczy, które trzeba zrozumieć. Musimy rozumieć więcej aby bać się mniej.”

Maria Skłodowska Curie

 

Sporo przestrzeni na tym blogu poświęciłam zagadnieniom śmierci klinicznej, co jest zrozumiałe bo to temat bliski memu sercu. Pragnę przedstawić inne przypadki w których również doszło do wyjścia poza ciało. Z medycznego punktu widzenia nie są one aż tak spektakularne, a ich przebieg czasami pozostaje wręcz niezauważalny dla otoczenia. Nie zmienia to faktu, że spontaniczne (odruchowe) opuszczenie ciała, świadczy dobitnie o tym, że dusza, jako kwintesencja naszej osobowości, jest z ciałem połączona, ale nie tożsama.

Zacytowałam naszą wybitną rodaczkę nie bez kozery. Wobec zjawisk z pogranicza życia i śmierci nauka pozostaje w zasadzie obojętna. Neurologia opisując takie przypadki używa naprzemiennie określeń: omamy lub halucynacje. Mam wrażenie, że te dwa słowa to swoiste dżokery, które zastępują wiele innych bardziej adekwatnych terminów. (Podobną rolę w pozostałych specjalnościach medycznych pełni słowo „alergia”. To też dżoker. Kiedy nie wiadomo, co się dzieje to zapewne pacjent ma alergię). Nieliczni uczeni, rozumieli, że powtarzalność opisów , ogromna liczba osób , które doświadczyły wyjścia poza ciało, już chociażby ze statystycznego punktu widzenia przedstawia ciekawy materiał badawczy. Niestety jak do tej pory brakowało im albo poparcia, albo środków aby swoje prace kontynuować.

Jak zwykle pragnę posłużyć się przykładami. To fragment listu od Pani Marzeny, która trzy lata temu została szczęśliwą mamą bliźniaczek. Dziewczynki urodziły się siłami natury. Młodsza dokładnie dwadzieścia minut po swojej siostrzyczce.

„Wszystko szło znakomicie. Jednak w chwili kiedy rodziła się druga córa nagle opuściłam ciało. Znalazłam się z tyłu własnej głowy i z tej perspektywy obserwowałam wydarzenia. Maleńka właśnie przywitała świat, nie była jednak tak różowiutka jak jej siostra. Mój mąż patrzył jak zahipnotyzowany na dziecko. Położna zaczęła krzyczeć do lekarki: nie oddycha, nie oddycha. Wtedy pomyślałam sobie, co ja tu robię przecież moje dziecko mnie potrzebuje. Usłyszałam jakby kliknięcie i ocknęłam się w ciele. Jestem przekonana, że to nie była żadna halucynacja. Przez kilkanaście sekund byłam poza ciałem. Nie wiem dla czego tak się stało. Widziałam i słyszałam wszystko bardzo wyraźnie tyle, że w inny sposób. Nie chcę używać wielkich słów, ale tego dnia w pewnym sensie ja też urodziłam się na nowo. Najpierw nie analizowałam sprawy zbyt głęboko. Trudy opieki nad bliźniaczkami dały mi nieźle w kość. Jednak kiedy ogarnęłam codzienność przyszła refleksja. Nie bardzo mam z kim rozmawiać na ten temat dla tego napisałam do Pani”.

Drugi przypadek dotyczy osoby, którą poznałam osobiście. Postaram się jakoś w miarę składnie przedstawić zdarzenia, a są one naprawdę niezwykłe.

Tomasz studiował zaocznie i pracował w systemie zmianowym. Rzecz dzieje się latem. W tym dniu skończył pracę około dziesiątej w nocy. Prosto z pracy jechał do swojej dziewczyny. Mieszkała w nowo wybudowanych blokach na obrzeżach dużego osiedla.   Teren budowy był jeszcze nieuprzątnięty. Tomek wysiadł z autobusu i udał się do nocnego sklepu gdzie oprócz artykułów spożywczych kupił jeszcze paczkę papierosów. Zapakował to wszystko do plecaka i wyszedł ze sklepu. Zaczepiło go trzech mężczyzn. Chcieli żeby poczęstował ich papierosami. Odmówił grzecznie i odszedł. Miał przed sobą spory kawałek drogi do pokonania. W pewnej chwili zorientował się, że ci mężczyźni idą za nim. Nie jest typem tchórza, ale proporcja sił trzech na jednego nie dawała mu najmniejszych szans. Przyśpieszył kroku. Mężczyźni również szli coraz szybciej. Zaczęły mu puszczać nerwy, zwłaszcza, że w tej okolicy napady nie należały wcale do rzadkości. Zaczął biec. W trakcie ucieczki odwrócił na chwilę głowę i zauważył, że jeden z napastników odłączył się i najprawdopodobniej będzie usiłował okrążyć go z drugiej strony. Mężczyźni wykrzykiwali obelgi i pogróżki pod adresem Tomka. W takiej chwili człowiekiem rządzi już tylko zwierzęcy strach. Tomek powiedział, że całe życie przeleciało mu przed oczami. Biegł na oślep. Nie było latarni więc stracił jakąkolwiek orientację w terenie. Powiedział, że nigdy wcześniej nie był tak przerażony. W myślach błagał – aniele stróżu jeśli istniejesz ratuj. Nagle poczuł silne pchnięcie i w tym momencie stracił grunt pod nogami. Spadał ze skarpy prosto w krzaki i gałęzie, którymi budowlańcy maskowali swoje niechlujstwo. Przez moment nie był świadom niczego. Po chwili zdał sobie sprawę, że stoi jakby na swoim ciele. Słyszał przekleństwa mężczyzn, którzy nie potrafili go znaleźć, a byli wściekli i koniecznie chcieli tą wściekłość rozładować. W oddali widział światła palące się w domach. Pierwsza myśl – oni mnie zbili, jestem poza ciałem, nie żyję. Mężczyźni zaczęli się oddalać, zrezygnowali z dalszych poszukiwań. Tomasz nie czół bólu, ani strachu. Był po prostu zdumiony. Kiedy odgłosy kroków ucichły pomyślał, że bardzo chce zobaczyć swoją dziewczynę. Odzyskał przytomność i był to niestety bolesny fakt. Z trudem usiadł. W tym momencie odezwała się komórka. Jego dziewczyna niepokoiła się o niego. Oczywiście została wezwana pomoc i wszystko dobrze się skończyło. Tomek uznałby całą sytuację za zwykłe majaczenie, spowodowane urazem głowy, gdyby takowy uraz nastąpił. Jednak to właśnie głowa pozostała jedyną nieuszkodzoną częścią ciała. Najmniejszego siniaka, zadrapania czy innych oznak gwałtownego kontaktu z twardym podłożem

Moja babcia miała takie powiedzenie „Nie strasz ludzi, bo z przestrachu to z człowieka może dusza wyskoczyć” myślę, że coś w tym jest.

Od lat naukowcy przekonują nas, że OBE (out of body experience) jest częścią doświadczeń sennych, mimo silnego wrażenia realności. Nie wiem jak Państwa, ale mnie nie przekonali.

Studio Czasu i Przestrzeni – interesująca audycja

„Studio Czasu i Przestrzeni”

 

Szanowni Państwo polecam audycję zrealizowaną w cyklu „Studio Czasu i Przestrzeni” , poświęconą tematyce śmieci klinicznej. Gośćmi programu są dr Zbigniew Osiak , Pan Jarosław Filipek i moja skromna osoba. Audycje prowadzi Pan Michel Rachel, a jego iście anielski głos idealnie wpisuje się w klimat tego spotkania.

W programie padają interesujące pytania : Kim jesteśmy ?, Czy posiadamy formę duchową? Czy za zasłoną śmierci czeka na nas inny świat , czy też nasze życie kończy się wraz z życiem ciała? Sama z wielkim zainteresowaniem wysłuchałam wszystkich opinii.

 

Szczerze polecam. Audycja dostępna TUTAJ

Niezwykle interesujący list – polecam

Zupełnie przypadkowo trafiłem na Pani bloga. Przeczytałem wszystkie wpisy. Wysłuchałem też rozmowę z Panią. Największe wrażenie zrobił na mnie wpis gdzie opisana jest historia żołnierza, który usiłował popełnić samobójstwo. Jest to również moja historia i dla tego postanowiłem do Pani napisać. Chciałbym aby ludzie zrozumieli, że samobójstwo niczego nie rozwiązuje, a jedynie odbiera coś bardzo ważnego. Odbiera życie, czyli możliwość działania, zmiany, przebywania z bliskimi. Nie jestem filozofem, jestem można powiedzieć praktykiem i na tej podstawie ośmielam się zabrać głos.

Mój ojciec to człowiek sukcesu, as nad asy we wszystkim, co robi. W atmosferze tego właśnie sukcesu wychowywałem się ja i moja starsza siostra. Ona sobie z tym wszystkim radziła, ja niestety nie. W klasie maturalnej zakochałem się bez pamięci. Dziewczyna mnie rzuciła dla innego. Opuściłem się w nauce. Na dodatek nie zdałem egzaminu na Prawo jazdy. Doszedłem do wniosku, że jestem zerem i mój ojciec ma rację kiedy mi to wytyka. Postanowiłem skończyć ze sobą na zasadzie „ kończ waść wstydu oszczędź”. Siostra studiowała w Warszawie, rodzice wybierali się na bal karnawałowy. Miałem czas i miejsce żeby zrobić, co zaplanowałem. Kiedy pojechali odczekałem dłuższą chwilę, a potem podciąłem sobie żyły. Uratowała mnie moja mama. Tak na marginesie to mam wrażenie, że matki mają jakiś radar, który działa w chwili zagrożenia życia dziecka. Nie ja jeden tego doświadczyłem. Ale to temat na inną dyskusję. Mama opowiadała, że kiedy przyjechali na miejsce mojego ojca jak zwykle otoczył wianuszek ludzi, którzy chcieli z nim coś załatwić. Chwilę rozmawiała z jakąś znajomą, a potem usiadła przy stoliku. Nagle zrobiło jej się bardzo zimno. Zmieniła miejsce, wypiła kawę, ale to uczucie zimna cały czas się nasilało. W końcu czuła się tak źle, że chciała już tylko wrócić do domu. Ponieważ nie udało się jej znaleźć ojca. Poszła do szatni, ubrała się i wyszła przed budynek. W tym momencie przypadkiem(???) podjechała taksówka ze spóźnialskimi gośćmi. Mama wsiadła do niej i pojechała do domu. Przez całą drogę dzwoniła zębami z zimna. Była przekonana, że atakuje ją jakaś ciężka infekcja. Po wejściu do domu zauważyła światło w łazience. Dalej wiadomo wyciągnęła mnie z wody, wezwała karetkę. Ojciec zorientował się, że mama odjechała dopiero po dwóch godzinach. Podkreślam ten fakt, gdyż oddaje jego stosunek nie tylko do mamy, ale do nas wszystkich. Potem był szpital, terapia, foch z przytupem w wykonaniu ojca oraz wielkie oddanie i determinacja mojej mamy.

Kiedy traciłem przytomność w wyniku upływu krwi, miałem wrażenie, że odklejam się od ciała. Ta „odklejona” część jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znalazła się w innym świecie. Opis idealnie pasuje do tego, co zobaczył Pan z wcześniejszego wpisu. Miejsce ciemne, bagniste, mroczne i pozbawione nadziei. Kupiłem książkę doktora Alexandra i jego „świat widziany z perspektywy dżdżownicy” też miał wiele cech mojego widzenia. Cały czas kołatała mi w głowie jedna myśl” nikt mnie tu nie kocha”. W pewnej chwili stanął przede mną jakiś człowiek (istota?) zapytałem gdzie jestem, a on mi na to „daleko od Boga”. Zapytałem gdzie jest Bóg „Bóg jest źródłem , a źródło jest tam” wskazał ręką przed siebie. „Co mam robić?” odpowiedział „Pij ze źródła, żyj”. Nie zapomnę tych słów nigdy. Kiedy odzyskałem przytomność w swoim obolałym ciele, zobaczyłem mamę i światło słoneczne, byłem rad, że wróciłem. Może to brzmi ckliwie, ale cieszyło mnie wszystko. Powoli zrozumiałem, że nie żyję dla zaspokajania ambicji mego ojca. Skończyłem resocjalizację, obecnie zaocznie kształcę się w kierunku psychoterapii. Jestem z dziewczyną, która mnie kocha i rozumie. Dzięki uczestnictwu w warsztatach dla moich podopiecznych nauczyłem się prawidłowo wykonywać czynności ratownicze. W zeszłym roku nad jeziorem uratowałem w ten sposób tonącego. Moja krew( mam rzadką grupę) uratowała życie małej dziewczynki. Nie piszę o tym żeby się chwalić tylko uświadomić innym, że nasze życie ma sens zawsze. Mało tego możemy swoją obecnością wpływać na życie innych i nie koniecznie są do tego niezbędne pieniądze.

Napisano tysiąc książek w stu językach na temat duszy ludzkiej i życia „po życiu”. Ja uważam, że życie trwa nieprzerwanie . Zmieniamy tylko formę z fizycznej na energetyczną nadal pozostając sobą. Zgodzę się z Panią, że tak naprawdę wracamy do domu. Wracamy tam skąd przyszliśmy. Cel pobytu na Ziemi w postaci fizycznej każdy z nas prędzej czy później odnajdzie samodzielnie. Kto wie może jeśli nie odnajdzie go za pierwszym razem to dostanie drugą szansę?

Zgadzam się, a nawet proszę o opublikowanie tego listu na blogu. Jeśli przeczytają go rodzice to proszę aby pamiętali ,że dzieci nie mogą być częścią ich planu na życie. Nie rozszerzajcie swoich ambicji i aspiracji na dzieci. To się zawsze źle kończy. Może nie tak dramatycznie jak w moim wypadku, ale zawsze ze szkodą dla dziecka.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich Czytelników i przepraszam jeśli nadmiernie się rozpisałem.