Dziecko w konfrontacji ze śmiercią cz. II

 

 

Mili Państwo, po przemyśleniach postanowiłam uzupełnić poprzedni wpis i rozwinąć poruszony wcześniej temat. Istnieje bowiem jeszcze jeden bardzo ważny aspekt pojawiający się właśnie w konfrontacji dziecka ze śmiercią. Dotyczy on wszelkiego rodzaju kontaktów, jakie usiłują nawiązać z dziećmi osoby zmarłe. Zważywszy percepcję dziecka, które postrzega świat bez uprzedzeń i schematów właściwych osobom dorosłym, nie dziwi fakt, że to właśnie z dziećmi zmarli tak często nawiązują kontakt, a czasem wręcz budują trwałą relację. Dodać by można, co nieco na temat czakry korony i tego jak aktywna jest ona u dzieci, ale może to spojrzenie na sprawę nie każdego interesuje.

Zacznijmy od tak zwanego „wymyślonego przyjaciela”. Zjawisko znane i szczegółowo opisane w psychologii. Jeśli ów przyjaciel ma cechy przeciętnego dziecka w zbliżonym wieku lub w ostateczności jest elfem, albo jednorożcem to właściwie nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Sytuacja komplikuje się, kiedy przyjaciel jest kimś bardzo wyjątkowym. Przywołam w tym miejscu list od Pani Anny mieszkającej w Austrii.

„Mieszkamy w Austrii od piętnastu lat. Właśnie tam poznaliśmy się z mężem i po dwóch latach znajomości wzięliśmy ślub. Wkrótce potem urodziła się nasza córka Lena. Kiedy mała skończyła cztery latka postanowiliśmy się przeprowadzić. Mój mąż zajął się szukaniem nowego mieszkania. W końcu zabrał nas w miejsce absolutnie cudowne. Piękna duża kamienica w spokojnej okolicy, sąsiadująca z olbrzymim parkiem. W tym miejscu wcześniej mieścił się szpital dziecięcy, a właściwie jego oddział. Były tam leczone dzieci chore na gruźlicę i inne choroby zakaźne. Kiedy w mieście wybudowano nowy szpital, piękny budynek pozostał pusty. Wyremontowano go i przerobiono na budynek mieszkalny. Wprowadzałam się tam z głowa pełna marzeń. (…) Po jakimś czasie zauważyłam, że Lena z kimś rozmawia. Tak całkiem normalnie, jak rozmawiamy z innymi ludźmi. Znajoma lekarka wytłumaczyła mi, że dzieci tak mają i wymyślają sobie przyjaciół. Pierwszy szok przeżyłam przy śniadaniu, kiedy córka powiedziała: mamusiu Marlen siedzi koło ciebie i mówi, że jesteś ładna. Zbagatelizowałam sytuację, a jednocześnie zaczęłam wypytywać córkę o Marlen. Córka powiedziała, że Marlen zmarła w tym szpitalu, opowiadała różne anegdoty o lekarzach i innych pacjentach. Znała historię szpitala. Zaniepokoiliśmy się z mężem na poważnie. Zapisałam nazwiska lekarzy wymienianych przez Marlen i okazało się, że wszystkie są prawdziwe. Praktycznie wszystkie fakty się zgadzały. Przyjaźń między moją Leną, a tą zmarłą dziewczynką zacieśniała się, a my byliśmy bezradni.(…) Na dodatek okazało się, że jestem w ciąży. Oczywiście cieszyliśmy się z tego dziecka, ale mąż naciskał, aby przeprowadzkę, którą mi obiecał, przełożyć na później. Chciałam opuścić to miejsce. Ja się po prostu bałam, że ktoś usłyszy o Marlen i zainteresują się sprawą tutejsze urzędy do spraw dzieci. Autentycznie bałam się, że odbiorą nam córkę, albo jeszcze oskarżą o jakieś straszne czyny przeciwko niej.(…) Natychmiast po urodzeniu syna wyprowadziliśmy się w inne miejsce. Lena tęskniła za „przyjaciółką”, ale poszła do szkoły i tam jej jakoś przeszło. Do końca życia będę pamiętać tamte wydarzenia i nie zamieszkam w starym budynku, mało tego nie chcę żadnych antyków ani innych przedmiotów nieznanego pochodzenia.”

Doskonale rozumiem obawy Anny dotyczące odebrania dziecka. Nasi polscy dziennikarze śledczy dostarczają coraz to nowych materiałów na ten temat. Niestety łatwo jest odebrać dziecko Polakowi, zwłaszcza, jeśli nie ma obywatelstwa kraju, w którym mieszka.

Wracając do Leny, przy tak zaawansowanym kontakcie z istotą bezcielesną, przeprowadzka wydaje się być sensownym rozwiązaniem. Nie od rzeczy byłoby też wezwać kogoś, aby pomógł owej Marlence, tkwiącej między wymiarami i pewnie bardzo samotnej.

Bywa, że nasze dziecko tuz po śmierci dziadka czy innej bliskiej osoby twierdzi, że widuje ją/ jego w swoim pokoju. Jakże często bagatelizujemy takie słowa. Uciekamy przed problemem, wmawiając dziecku, że to przywidzenia lub, co gorsza, krzyczymy i upominamy by nie fantazjowało i nie opowiadało głupot. W końcu dziecko zamyka się w sobie i zostaje samo z czymś, czego nie rozumie, a instynktownie się tego obawia. Proponuję zapoznać się z historią Pani Karoliny.

Dom rodzinny Karoliny był dostatni, a rodzice rozpieszczali jedynaczkę, zatem dobrze wspomina ona swoje dzieciństwo. Ojciec zbierał zegarki i zegary. W kolekcji miał jeden szczególny, wygrywający bawarską melodyjkę. Babcia Karoliny szczerze lubiła zięcia, ale nie znosiła tego zegara, ponieważ przypominał jej dramatyczne chwile. Jako nastolatka została wywieziona wraz z matką na roboty do Niemiec. Wylądowała na wsi. Tam nikt nie liczył się z jej wiekiem i zmuszano ją do pracy ponad siły. W domu tego niemieckiego gospodarza wisiał taki sam zegar z kurantem. Babica zmarła, kiedy Karolina miała dwanaście lat. Wnuczka widywała ją w swoim pokoju niemal każdej nocy. Rodzice najpierw bagatelizowali sprawę, tłumaczyli jej, że duchów nie ma. Z czasem niechętnie wysłuchiwali kolejnych opowieści, a w końcu zaczęli krzyczeć. Sytuacja zagęszczała się aż do spektakularnych wydarzeń, jakie miały miejsce, pewnej marcowej nocy.

„Wydarzenia tamtej nocy to jak scenariusz z marnego horroru. Nie dość, że szalała burza to ja miałam gorączkę i ogólnie czułam się podle. Zdrzemnęłam się na chwilę, a kiedy się przebudziłam zobaczyłam babcię. Przedtem widziałam ją w rogu pokoju, a wtedy nachylała się nade mną. Zaczęłam krzyczeć. Rodzice przybiegli i znowu tłumaczyli, że żadnej babci tu nie ma, a ja po prostu majaczę z gorączki. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale zaczęłam się szarpać z ojcem, przy czym krzyczałam: pokaż się, zrób coś, niech wiedzą, że tu jesteś, przez ciebie zrobią ze mnie wariatkę itp. W pokoju ojca coś grzmotnęło. Spadł ten nieszczęsny zegar i rozbił się na kawałki. Tej nocy wylądowałam w szpitalu. Mogę przyjąć, że majaczyłam z powodu gorączki, ale przecież wcześniej byłam zdrowa.

Od tamtych wydarzeń minęło 15 lat. Ojciec nie próbował nawet naprawiać tego zegara, a mama często zamawia msze za duszę babci. Ja wiem tylko, że człowiek to coś więcej niż ciało. Do dzisiaj czuję się jakoś tak niepewnie podczas burzy.”

 

 

Dziecko w konfrontacji ze śmiercią

 

 

Do napisania niniejszego tekstu skłonił mnie list od pewnej młodej i bardzo zatroskanej mamy. Zaznaczam, że nie czuję się w opisanej sprawie ekspertem. Każdy dorosły powinien ocenić sytuację według własnego uznania i dostosować informacje do charakteru i osobowości małego słuchacza.

Pani Agnieszka zabrała swoja niespełna pięcioletnią córkę na pogrzeb babci. Znając wrażliwość córeczki, wzbraniała się przed jej uczestnictwem w tej smutnej ceremonii. Jednak pod wpływem teścia i pozostałych członków rodziny uległa i zabrała dziecko ze sobą. Starała się możliwie delikatnie wytłumaczyć małej, czym jest śmierć, pogrzeb i czemu większość żałobników ubrana jest na czarno. Dziecko bardzo przeżyło to zdarzenie. W tej chwili dziewczynka ma koszmary senne. Jest przekonana, że babcia nie chce” spać” pod ziemią, bo przecież nikt by tego nie chciał. Żadne argumenty o Niebie, Bogu itp. nie przemawiają do dziecka, co mnie zupełnie nie dziwi. Matka robi sobie poważne wyrzuty i ma wielki żal do osób, które wywierały na nią presję, głównie w obawie o to, co powiedzą inni ludzie. Czuje się również bezradna wobec zachowania córki i wybiera się z nią do psychologa.

Zastanawiam się, kiedy wreszcie skończy się ta potworna kołtuneria i zaściankowość w stosunkach międzyludzkich? Ile lat potrzeba, żeby zdanie dewotek i wścibskich plotkarek przestało mieć znaczenie? Chcę wierzyć, że koniec ich rządów jest bliski. W przeciwnym razie okaże się, że jesteśmy słabi i nasze własne zdanie wobec dyktatu owych matron nie ma znaczenia. Pamiętajmy, że osoby postronne mogą wywrzeć na nas tylko taki nacisk, na jaki im pozwolimy.

Wracając do sprawy, uważam, że unikanie dyskusji na temat śmierci i czynienie z tego tematu swoistego tabu nie ma sensu. Śmierć jest częścią życia i jako taka nie odnosi się jedynie do jego końcowego etapu. My dorośli spychamy śmierć na margines świadomości, co zważywszy, jak wielu ludzi umiera w szpitalach, jest dość proste. Znieczulamy się na śmierć nawet wielu osób, oglądając chociażby telewizyjne wiadomości, które pełne są tego typu komunikatów oraz statystyk dotyczących umieralności. Śmierć dzielimy na „cudzą” i „bliską”. Ta druga dotyka nas, czasami wręcz poraża. Skoro jest to trudne dla dorosłego, dla dziecko może być traumą pozostawiająca piętno na lata.

Córeczka Pani Agnieszka postawiona została w tak zwanej” sytuacji granicznej” i po prostu nie potrafiła przez nią przejść, mimo wsparcia rodziców. Gdyby wcześniej w rozmowach pojawił się temat śmierci, ale nie dotyczył on kogoś bliskiego, dziecku byłoby łatwiej. Jestem przekonana, że prawda ma wielką moc i swoiste zaklinanie rzeczywistości nie na wiele się zdaje. Kiedy umiera nasza leciwa sąsiadka nie mówmy dziecku, że „wyjechała na zawsze” tylko powiedzmy prawdę. Tak samo w przypadku śmierci pupila, nie oszukujmy, że uciekł lub że ktoś go ukradł. Owszem ze strony dziecka można się spodziewać silnej reakcji emocjonalnej, jednak dzięki przykrym doświadczeniom „mniejszej wagi” dziecku będzie w przyszłości łatwiej oswoić się z trudnymi przeżyciami. Oczywiście w miarę możliwości pomijamy drastyczne szczegóły, okoliczności śmierci wydają się być sprawą drugorzędną.

Jeśli jesteśmy osobami wierzącymi można tłumaczyć odrębność ciała i duszy. Bywa, że zrozumienie tych zagadnień u młodszych dzieci może nas zaskoczyć.

Odrębnym tematem są pogrzeby. Jako ceremonie pełne napięcia i dramatyzmu zapewne podziałają na dziecko przygnębiająco. Czasami ceremonie pogrzebowe trwają bardzo długo i młodsze dzieci zwyczajnie nie wytrzymują wielogodzinnej walki z własnym temperamentem. Reakcje obecnych ze względu na ich stan emocjonalny stają się, delikatnie mówiąc, nadmierne. Rodzi to niepotrzebne konflikty i kłótnie, które bywa, że ciągną się jeszcze długo po pogrzebie. Najbliżsi krewni zmarłego często przywiązuję olbrzymią wagę do oprawy i podniosłej atmosfery ceremonii. W takim momencie maluch, który głośnym wrzaskiem domaga się zmiany pieluchy lub butelki z piciem, może być bardzo irytujący.

W chwili obecnej coraz bardziej popularne staja się kremacje. O ile dziecku można wytłumaczyć, że ciało zmarłego spoczywa w trumnie i zostanie złożone do grobu, to ja osobiście nie wyobrażam sobie wtajemniczania kilkulatka w szczegóły spopielania zwłok. Nie wyobrażam też sobie, jak (pomijając ten etap) wyjaśnić maluchowi, co spowodowało, że stukilogramowy dziadek mieści się nagle w niewielkim pudełku. Pamiętajmy, że ostrzegamy dzieci prze ogniem i tłumaczymy im jak jest niebezpieczny.

Jednym słowem warto dobrze rozważyć argumenty za i przeciw, a dopiero później podjąć decyzję o zabraniu ze sobą kilkulatka na pogrzeb, nawet bliskiej osoby. Każdy rodzic zna swoją pociechę i wie, na co jest gotowa, a na co absolutnie nie. Nie dajmy sobie wmówić, że ciotka, która właśnie przeszła do świata, w którym ziemskie konwenanse nie mają znaczenia, obrazi się na nas, ponieważ mały Piotruś lub Asia nie przyszli na jej pogrzeb. Idąc za głosem serca na pewno nie zejdziemy na manowce stereotypów.