Piękna choć dramatyczna historia narodzin


Drodzy Państwo czytając list od Pani M., który zamieszczam poniżej przypomniałam sobie pewną rozmowę. Młodego księdza zapytano czemu modlił się przez całą noc? Odparł: moja siostra rodziła pierwsze dziecko i w ten sposób chciałem ją wspierać. Wierzę, że kiedy drzwi życia otwierają się bardzo szeroko to siłą rzeczy i drzwi śmierci muszą się uchylić. Pięknie powiedziane. Moment porodu to rzeczywiście szczególny czas. Bardzo mnie drażni nazywanie tego cudu „czynnością fizjologiczną”. Owszem jesteśmy istotami z krwi i kości, ale również nosimy w sobie boską cząstkę, która pozwala czuć i rozumieć więcej. Tekst jest dość obszerny, jednak zdecydowanie wart przeczytania i przemyślenia. Pani M. dziękuję za poświęcony czas, szczerość i dobrą energię !

„Od dzieciństwa towarzyszyły mi dziwne przeczucia, urywki wspomnień, zainteresowanie zupełnie innymi tematami niż te, które były poruszane w mojej rodzinie. Druga, ta nieznana strona, też mnie interesowała. Nie mniej jednak, teraz chciałam opisać i podzielić się z Panią i innymi forumowiczami, moim spotkaniem z aniołem.
Lat temu 16 zaszłam w ciążę- nie był to stan błogosławiony, ponieważ moja rodzina nie była tym uszczęśliwiona- fakt, ojciec dziecka postanowił nie mieć z nami nic do czynienia.  Nie byłam nastolatką ( miałam 23 lata), i naprawdę nie było to tragedią. W związku z atmosferą jaka towarzyszyła mojej ciąży, w trakcie miałam nadciśnienie tętnicze i cały czas miałam brać leki na obniżenie. Gdzieś w 6-7 miesiącu miałam sen, że moje dziecko jest już niemowlakiem, pływa w pięknym morzu i nagle zaczyna się topić. W ostatniej chwili zostaje wyciągnięte i uratowane. Do dziś pamiętam ten koszmar. Wtedy też w mojej świadomości zagnieździła się pewność, że to będzie syn- miałam kilkakrotnie robione USG, ale na żadnym nie było widać jakiej płci będzie moje dziecko.
Termin porodu wyznaczono na 10 września. 30 sierpnia zostałam odwieziona do szpitala, bo miałam strasznie wysokie ciśnienie. Na miejscu, ze względu na niesprzyjający czas- weekend, nie zrobiono ze mną praktycznie nic, poza podawaniem magnezu w kroplówce. Tak minęła sobota, niedziela, poniedziałek- stan mój nie ulegał poprawie, a wręcz przeciwnie- powoli ale sukcesywnie ciśnienie wzrastało. We wtorek rano młoda położna przestraszyła się podczas rannego pomiaru, nawet nie chciała mi powiedzieć ile, stwierdziła , że widocznie aparat się popsuł i błyskawicznie poszła po lekarza. I w tym momencie zaczął się koszmar- lekarze zaczęli się zastanawiać co zrobić- padła propozycja wywoływania porodu, nie podjęto żadnych działań , wszyscy czekali na moją reakcję czyli kopertę… Wtedy zaczęło do mnie docierać, że to chyba czas zawalczyć o siebie. Zdałam sobie sprawę, że zbliżam się do granicy, że to chyba jeszcze nie mój czas na umieranie, ale skoro ma być mój, to chciałam żebyśmy na tę drugą stronę przeszli razem, żeby mój synek nie był sierotą. I w pewnym momencie powiedziałam, że wychodzę na własne żądanie, jadę do innego szpitala, gdzie od razu wykonają mi cięcie. W tym momencie na salę wszedł kolejny, nieznany mi wcześniej lekarz i powiedział- zróbcie coś z nią natychmiast. Wszyscy wyszli , wrócili po chwili i ten nowo przybyły lekarz powiadomił mnie, że podjęto decyzję o cesarskim cięciu i on jako chirurg będzie mnie operować. Przewieziono mnie na salę operacyjną, podłączono kroplówki pod obydwie ręce- do 17 liczyłam, potem straciłam rachubę. Generalnie rozmawiał ze mną chirurg, reszta lekarzy nie, później zastanowiło mnie stwierdzenie opryskliwego anestezjologa, że mam tyle nie mówić… Po chwili od rozpoczęcia operacji zobaczyłam mojego synka- wyglądał tak samo jak w tym śnie. Chwilę przed tym zakołatała mi taka myśl w głowie, że jeśli będzie to syn, to będzie wszystko w porządku. Odetchnęłam z ulgą. Przewieziono mnie na salę pooperacyjną. Tam rozpoczął się kolejny akt tego przykrego przedstawienia- po tym znieczuleniu nie mogłam się ruszać, spadł mi koc ze stopy i ukazały się brunatne wręcz palce. Zdębiałam, bo skąd u mnie takie brudne stopy??? Gdzieś w okolicach głowy słyszałam jednostajny odgłos kapania i nagle koło pachy poczułam dziwne , lepkie ciepło. Okazało się , że leżę cała we własnej krwi, która wylewa się ze mnie litrami i kapie na podłogę. Nie chcę wspominać reakcji pań pielęgniarek, bo szkoda słów i nerwów, żeby wracać do tych przykrych zdarzeń. I znów pojawił się chirurg, znów to on mnie właściwie zaopatrywał, przekazał informację, że synek śliczny i zdrowy i że będzie dobrze. Przychodził na dół- sala poporodowa znajduje się w podziemiach szpitala – i w końcu , mimo nadal silnego krwotoku, podjął decyzję, żeby mnie przewieźć na normalną salę. Przeniesiono mnie na łóżko, nadal w stanie krytycznym, bo okazało się, że kilka godzin wcześniej powinnam odzyskać władzę w nogach po znieczuleniu, a ja nadal nie miałam czucia od pasa w dół. Lekarz stanął nade mną i powiedział, że jeśli do godziny 4 rano ( a było wtedy około północy) nie ustanie krwotok będzie musiał przeprowadzić reoperację i teraz prosi o podpisanie zgody. Powiedziałam , że podpiszę wszystko, ale musi dać mi słowo, że będę mieć ogólną narkozę. Po jego wyjściu pielęgniarka przyniosła mi synka i powiedziała, że według niej przy tak masywnym krwotoku nie obędzie się na pewno bez powtórnej operacji i doktor jest zbyt wielkim optymistą. O godzinie 3:59 krwotok ustał …. Obyło sie bez interwencji chirurgicznej. Mimo to , z powodu dużej utraty krwi zmuszeni byliśmy zostać w szpitalu tydzień- co wspominam jako coś okropnego. Cały personel tego, niegdyś renomowanego i do dziś znanego w całym kraju szpitala ;pacjentów, którzy nie mieli zwyczaju czy ochoty wręczać łapówek, traktował jak zło konieczne. Nastąpił dzień wypisu – w ten dzień, mimo że nie była to Wigilia, pielęgniarki przemówiły ludzkim głosem w oczekiwaniu na dowody wdzięczności. Ja chciałam odwdzięczyć się tylko jednej osobie- chirurgowi – operatorowi, dzięki któremu udało nam się przeżyć. I jakie było moje zdumienie , kiedy na karcie wypisowej nie było ani pieczątki, ani nazwiska , ani podpisu ….. Wzięłam moją kartę leczenia szpitalnego- tam też nie było śladu po tym lekarzu… Chciałam go poszukać na innym oddziale- ale nikt nie umiał mi udzielić informacji o człowieku- a może nie człowieku- który podarował nam szansę. Później , jak opadły pierwsze emocje związane z pojawieniem się dziecka, z nową sytuacją, zaczęłam analizować to, co mnie spotkało. Przypomniały mi się słowa anestezjologa, że mam tyle nie mówić, ten dziwny brak pieczątek, godzinę w której minął krwotok i włosy uniosły mi się na głowie. Bo to chyba był mój anioł stróż- nie miał skrzydeł, był wysokim, postawnym, przystojnym mężczyzną, bardzo sympatycznym, z poczuciem humoru, ale bardzo rzeczowym. Emanował z niego dziwny spokój i pewność siebie.
Nie wiem czy to było majaczenie, ja jestem pewna, że ON wpłynął na lekarzy na oddziale porodowym, żeby przeprowadzili zabieg, ON mnie otwierał, zaszywał rany, tylko ON schodził na salę poporodową i tam się mną zajmował. I od momentu kiedy memu życiu już nic nie zagrażało więcej się nie pokazał. Minęło tyle lat, a ja jestem przekonana, że ten anioł stróż uratował mi życie i to nie raz. Drugi raz ingerował dokładnie trzy lata później, w dniu trzecich urodzin mojego synka. Właściwie nie mogę mówić, że tylko mnie, bo zawsze to idzie w parze z moim dzieckiem. Wracając ze sklepu , praktycznie w drzwiach domu uświadomiłam sobie, że nie kupiłam chleba. Postanowiłam, że pójdę szybko do sklepu na dół. Synek był w wózku. Coś mnie tknęło, wyjęłam go z wózka, ale nie zabrałam ze sobą. Został w domu ze swoją babcią. Przestępując próg wiedziałam, że za chwilę dostanę czymś w głowę- wymieniali okna i ponadto trwały prace przy ocieplaniu budynku- wrażenie było tak realne, że niemal widziałam lecący odłamek. Ale wiedziałam ,że jest to nieuchronne, mogłam się cofnąć, ale nie zrobiłam tego. Musiałam przejść przez próg, musiał mi spaść kawałek betonu na głowę… Nie straciłam przytomności, nie zemdlałam, wróciłam do mieszkania, zadzwoniłam na pogotowie i policję… A na pogotowiu okazało się, że stał się cud, bo trafiło w najmocniejsze miejsce na czaszce- milimetr obojętnie w którą stronę i byłoby po mnie…. I tak sobie myślę, że gdybym się cofnęła, to ten kamień w innym czasie czy w innym miejscu trafiłby mojego syna …. Nie wiem dlaczego tak myślę, ale uważam , że tak musiało być.  Dodam, że gdybym wtedy wróciła z wózkiem, to kamień spadłby na moje dziecko…
I od tego momentu zaczęły powoli dochodzić do głosu inne , tłumione odczucia. Ale tam anioła już nie było, tylko zbiegi okoliczności, które uświadomiły mi, że warto słuchać tego co mówi nam wewnętrzny głos, że warto jest otworzyć się na nieznane, że  to ,co czego nie widzi „szkiełko i oko” jest o wiele bardziej prawdziwe od namacalnych, materialnych testów i doświadczeń. Ale to temat na zupełnie inną opowieść.”

Bardzo poważna sprawa

Bardzo długo zastanawiałam się czy powinnam opisać ten konkretny przekaz duchowy. Nie angażuję się politycznie i nawet jeśli zdarzają mi się widzenia o przebiegu zdarzeń przyszłych lub byłych związane z tą sfera życia, pomijam je milczeniem. W tym wypadku postanowiłam uczynić wyjątek. Nie tylko ze względu na temat, ale i na osobę.

We śnie odwiedziła mnie Baba Vanga (Bułgarska prorokini i uzdrowicielka, żyła w latach 1911-1996).

Sen zaczął się przepięknie. Stałam na olbrzymiej łące. Po prawej stronie widać było wzgórza, po lewej rozciągał się gęsty las. Na skraju łąki leżał zwalony pień drzewa, przysiadła na nim staruszka. Przedstawiła się jako Baba Vanga i tak wywiązała się między nami dłuższa rozmowa. W pewnej chwili Vanga powiedziała: pokażę ci gdzie żyłam. Łąka zmieniła się w obrotową scenę na której rozgrywały się obrazy z kolejnych wcieleń Vangi. Była wieszczką Wikingów. Trwogę budził widok drobnej dziewczyny otoczonej postaciami tych groźnych wojowników. Stali spokojnie do momentu kiedy zaczęła mówić. Po kilku wypowiedzianych przez nią zdaniach rozgorzała zażarta kłótnia. Mężczyźni ucichli dopiero na widok starca, który skarcił ich i zabrał dziewczynę ze sobą. Przepowiadała przyszłość ludom zamieszkującym okolice Ślęży. Nie mam wątpliwości, że gościła na Śląskim Olimpie, ponieważ trudno pomylić Ślężę i Radunię z innymi górami. Przychodziły do niej tłumy po leczenie i wskazówki życiowe. Kochali ją i traktowali jak matkę. Zdumiewała Greków jako kapłanka Apolla w Delfach. Rusinów w czasach Piotra I-go. Wreszcie przypomniała swój ostatni żywot w Bułgarii. Wszystkie jej żywoty łączył jeden motyw. Vanga zawsze była osobą ociemniałą. Zapytałam ją czy kiedykolwiek widziała? Odpowiedziała, że za każdym razem traciła wzrok między dziesiątym a dwunastym rokiem życia. „Najpierw widziałam aby napatrzeć się na świat zastany. Później traciłam jedno widzenie aby otrzymać to drugie. Tak już jest. Trzeba przestać widzieć, to co błahe, żeby patrzeć dalej poza pojmowanie” Zapytałam skąd czerpała natchnienie? „Jeśli czegoś nie rozumiałam przychodzili ludzie z gwiazd. Oni wiedza wszystko. Czuwają nad nami i wysyłają mnie na ten świat jeśli jest taka potrzeba” Naturalnym było pytanie – kiedy narodzisz się ponownie? „Tym razem wrócę szybko. Jeszcze w tym roku 31.października.”

Vanga poprosiła mnie o skupienie „Patrz i wyciągaj wnioski. Milczenie nie zawsze jest złotem”. Piękna łąka zamieniła się w olbrzymich rozmiarów flagę ISIS . Jak Państwo wiecie flaga tej organizacji terrorystycznej jest czarna, u góry widnieje napis „Nie ma Boga nad Allaha, a Mahomet jest jego prorokiem.”, a po środku znajduje się tak zwana pieczęć Mahometa – białe koło z czarnym tekstem. Właśnie tą pieczęć wypaliło jasne światło, które popłynęło wprost z dłoni Vangi. Moim oczom ukazał się hologram (to chyba najbardziej obrazowe porównanie) przedstawiający przerażające zdarzenia. Kiedy zobaczyłam mężczyznę z zasłoniętą twarzą, który śmieje się jednocześnie obsługując gilotynę, moja percepcja zaczęła się buntować. Nie opiszę tutaj wszystkich okrucieństw, które widziałam. Dodam tylko, że na zakończenie kopuła bazyliki św. Piotra eksplodowała. Kiedy obrazy zniknęły, flaga wróciła do pierwotnego stanu. Nagle z lasu wyłoniło się kilka zwierząt, między innymi lew, niedźwiedź, wilk i jeleń. Od strony gór nadleciały orły – biały i czarny. Zdumiewające zestawienie. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że zwierzęta te prawdopodobnie symbolizują konkretne narody. Tak czy inaczej zwierzaki przy pomocy szponów, pazurów, kłów i kopyt rozprawiły się z flagą dosyć jednoznacznie.

Vanga obiecała, że jeszcze się odezwie, a ja mam nadzieję, że słowa dotrzyma.

 

Jak wspomniałam na wstępie wahałam się czy opublikować treść tej wizji. Nie gwarantuje bowiem bezstronności i neutralności wobec kluczowego zagadnienia.

Nie jest tajemnicą, że jestem przeciwna postępującej islamizacji Europy. Przeraża mnie bierność tak zwanych elit politycznych wobec tematu, która napiętrza się już nie z roku na rok, ale z dnia na dzień. Przeraża mnie również fakt, że głosem zwykłych obywateli (zmęczonych, rozgoryczonych i coraz bardziej przerażonych ekspansją islamu) stają się trybuni z ugrupowań o skrajnie narodowej lub wręcz faszystowskiej proweniencji. Gdzie podział się  zdrowy rozsądek? Czy w imię poprawności politycznej pozwolimy zdeptać dorobek demokratycznej Europy? Tu nie trzeba przelewać krwi, wystarczy zdrowa ekonomia i brak zgody na radykalne, aspołeczne zachowania.

Nie mam pewności czy Vanga pojawiła się dlatego, że moje myśli są zgodne z jej ostrzeżeniem, czy dlatego, że ktoś musi zacząć mówić nazywając rzeczy po imieniu. Tak czy inaczej nie mogłam zachować tego przekazu tylko dla siebie. Nie tym razem.

 

„Druga szuflada” czyli opera mydlana po polsku

Dzisiejsza historia opowiada nie tylko o doświadczeniu paranormalnym, ale odnosi się również do sfery obyczajowej. Generalnie stronię od tematów, które dotykają wprost kwestii religijnych . Chociaż wiadomo, że każda instytucja tak wyznaniowa jak i świecka nie uniknie patologii. Jak wspomniałam nie jestem Charlie. Czasami jednak pewnych wydarzeń przemilczeć się nie da, trudno też dyskutować z faktami.

Moja rozmówczyni ma na imię Agata, jej mąż jest lekarzem, a jego brat księdzem. Agata mówi o sobie przekornie „urodzona heretyczka”  . Przez swoje małżeństwo weszła do rodziny, w której praktyki religijne były istotne, a posiadanie w swoim gronie księdza podkreślane i reklamowane zawsze i wszędzie. Jej mąż jako dorosły człowiek zachował wprawdzie znaczny dystans do pewnych tradycji, ale dewocję całej reszty jego rodziny musiała znieść. Kilka lat temu po długiej chorobie zmarł jej teść. Agata usiłowała jakoś podtrzymać na duchu teściową, często do niej dzwoniła, proponowała pomoc. Kiedyś teściowa powiedziała – „najgorsze to są kwestie finansowe, teraz mam do dyspozycji tylko część emerytury taty”. Te słowa, w uszach nieświadomej pewnych spraw Agaty brzmiały jak dąsy rozpieszczonej pani domu. Przecież ten kawałek emerytury to była co najmniej, trzykrotna emerytura przeciętnego Polaka! Pozostawiła tą wypowiedź bez komentarza.

Kilka miesięcy później zmarła również teściowa. Doznała wylewu i mimo, że syn stawał na głowie i chciał ratować ją za wszelką cenę, zgasła nie odzyskawszy przytomności. Organizacją pogrzebu zajęła się Agata. W trakcie uroczystości zwróciła uwagę na dziwne zachowanie swojego szwagra, księdza. Był rozdrażniony i arogancki. Żadnych oznak smutku, tylko gniew. Kilku żałobników również zwróciło na to uwagę i komentowało sprawę krótko „do Watykanu jeździ, robi karierę i w głowie mu się poprzewracało”. Po pogrzebie ksiądz wyjechał podkreślając, że wkrótce się odezwie.

Teściowa przyśniła się Agacie po raz pierwszy dokładnie dwadzieścia jeden dni po pogrzebie.Takie ezoteryczne „oczko”. Nastąpiła krótka przerwa i sny zaczęły się powtarzać z męczącą regularnością. Teściowa jak mantrę powtarzała te same słowa. „Jesteś zaradna, szukaj w drugiej szufladzie. Honor jest najważniejszy” Wytrzymałość Agaty skończyła się kiedy, jak twierdzi, podczas parkowania w podziemiach centrum handlowego, zobaczyła twarz zmarłej w lusterku.

Agata nie potrafiła tego zrozumieć. Owszem było jej przykro z powodu śmierci teściowej, ale nie doznała w związku z tym głębokiej traumy. Po namyśle doszła do wniosku, że wizyta w mieszkaniu teściów i przeszukanie wszystkich „drugich szuflad”, których tam nie brakowało,będzie dla jej psychiki prawdziwym katharsis. Jak pomyślała tak zrobiła. Nie spodziewała się żadnych rewelacji, chciała tylko odzyskać spokój i zdrowy sen. Jak to zwykle bywa, gdy szukamy czegokolwiek, dopiero w ostatniej z „drugich szuflad” znalazła ciekawe rzeczy. Zdjęcie małego chłopca, kilka listów i starannie ułożone dowody wpłaty. Wszystkie jak jeden opiewające na kwotę dwóch tysięcy złotych i skierowane do tej samej kobiety. Bardzo szybko poukładała sobie fakty. ”To było straszne. Takie rzeczy dzieją się w najpodlejszej klasy telenowelach, ale nie w prawdziwym życiu. Wydawało mi się to tak nieracjonalne, że aż śmieszne. ” W domu podzieliła się z mężem tymi rewelacjami. „Twój brat ma syna. Dziadkowie od lat płacili alimenty. Sądząc po datach na dowodach wpłaty, braciszek mocno zapomniał się pod koniec seminarium. Tu masz dokumenty, znalazłam je w mieszkaniu rodziców” Kiedy pierwszy szok minął mąż zapytał Agatę skąd przyszło jej do głowy, żeby rewidować szuflady i szukać Bóg wie czego? To był dla Agaty trudny moment. Mimo wahania wyznała prawdę. Spodziewała się bardzo emocjonalnej reakcji. Zawiodła się srodze. Jej mąż westchnął tylko i powiedział „No tak, cała matka. Jak czegoś chciała zawsze znalazła sposób, żeby to osiągnąć. „ Okazało się, że ten dzień, który dla Agaty zaczął się niemal jak u Hitchcock’a istnym trzęsieniem ziemi, jeszcze się nie skończył. Zadzwonił telefon, a podekscytowany brat- ksiądz poinformował ją, że znalazł już kupca na mieszkanie po rodzicach. Napięcie rosło. Doszło do karczemnej awantury podczas, której mąż Agaty zarzucił bratu kłamstwo, bezduszność i brak jakichkolwiek zasad moralnych tak względem rodziców jak i własnego dziecka. Zapowiedział, że nigdy nie weźmie udziału w żadnym odprawianym przez brata nabożeństwie.

Pomińmy tu rodzinne korowody, podział majątku i tym podobne tematy. Ksiądz chciał sprzedać mieszkanie rodziców i „rozwiązać ostatecznie kwestię dziecka”, wpłacając na konto jego matki okrągłą sumę, co miało zapewnić mu spokój i nie przeszkadzać w dalszej karierze. Jak sam powiedział” trudno żeby jeden błąd przekreślił tyle starań”. Nie osądzam tego człowieka. Od rozliczania uczynków jest Ktoś sprawiedliwy i niezawodny.

Agata przyszła do mnie aby poradzić się w sprawie podjęcia ewentualnego kontaktu z matką dziecka, było nie było to bratanek męża. Nie mogła też zrozumieć, dlaczego ją wybrała teściowa do realizacji swojego celu. Agata nie czuła się w żaden sposób predestynowana do kontaktów z drugą stroną. Zakładała, że w jej życiu nie wydarzyło się nic, co zbliżyłoby ją do tej przestrzeni. Poprosiłam ją aby wyciągnęła z talii kart Tarota jedną, z intencją odpowiedzi na nurtujące ją pytanie  . Intuicyjnie wybrała osiemnastą kartę Wielkich Arkanów, czyli Księżyc. Zapytałam ją czy w dzieciństwie topiła się? Dość spontanicznie wykrzyknęła – „O cholera zapomniałam o tym!”.

Pojawia się pytanie czy rzeczywiście osoby, które albo doświadczyły śmieci, albo znalazły się w stanie zagrożenia życia rzeczywiście mają te szczególne predyspozycje? Odpowiadam: moim zdaniem tak. Problem polega na tym, że wiele osób nie zdaje sobie sprawy czy nie pamięta dokładnie, co wydarzyło się w ich dzieciństwie. Agata nie jest przypadkiem odosobnionym. Jeden z moich rozmówców również zarzekał się, że nigdy nie wydarzyło się nic groźnego dla jego życia. Później skontaktował się ze mną i skorygował swoją wersję. Okazało się, że podczas porodu wystąpiły komplikacje, miał szyję okręconą pępowiną i przyszedł na świat praktycznie bez oznak życia. Mama nie powiedziała mu o tym. Nie miała ochoty, wspominać tych strasznych dla niej chwil. Postaram się w najbliższym czasie wrócić do tego tematu.

Sprawa Estery – kirkut w Lesku

Jak wspomniałam w poprzednim wpisie mój niestrudzony towarzysz, czyli Tadeusz zorganizował mi czas również na wakacjach. Przed samym wyjazdem dowiedziałam się tylko, że jest sprawa do załatwienia na kirkucie w Lesku. Już pierwszej nocy po przyjeździe nad Solinę Tadeusz przyprowadził Esterę. Zapytał czy chcę z nią rozmawiać. Oczywiście, że chciałam. Nie sposób odmówić tak uroczej osobie jak ta dziewczyna. Prześliczna, przy tym bardzo skromna. Gdybym miała użyć tylko dwóch sów, aby scharakteryzować jej fizjonomię powiedziałabym: łagodna i smutna.

Wielką trudność dla mnie stanowi opisanie tego, co odwiedzający mają mi do przekazania. To wszystko dzieje się bardzo szybko. Jakbym oglądała film z ich życia w niesamowitym przyśpieszeniu. Obraz zatrzymuje się tylko w najistotniejszych momentach. W historii Estery nie detale są najważniejsze, choć było ich wiele, ale powód, dla którego pokutniczo tułała się od wielu lat. Kiedy do Leska weszli Niemcy, wyjechała z miasta w towarzystwie Polki, która chciała ratować ją za wszelką cenę. Estera miała fałszywe dokumenty, a jej aryjski wygląd ułatwił sprawę. Od razu wyjaśniam, że kobietą nie kierowała chęć zysku, a zgoła inne powody. Obie podróżniczki szczęśliwie dotarły do celu, którym była pewna parafia – proboszcz (o ile dobrze zrozumiałam) był spokrewniony z opiekunką Estery. Niestety wydarzyła się tragedia, kobieta zginęła podczas strzelaniny na jakiejś stacji kolejowej. Ksiądz przez zaufanego człowieka usiłował zapewnić dziewczynce bezpieczne schronienie. I tak przewożono ją z miejsca na miejsce. Większość ludzi zaangażowanych w jej ratowanie zginęła. Estera była świadkiem śmierci ostatniej ze swoich opiekunek.

„Powinnam była zostać z rodzicami. Podzielić ich los w święto Jom Kipur. Wiesz oni wszyscy wtedy zginęli. Moi rodzice, dalsi krewni, najlepsza przyjaciółka. To było moje przeznaczenie. Ofiara Izraela. Pamiętam pożegnanie z mamusią, powiedziała, że tak trzeba, że jak się skończy ten straszny czas to ona mnie znajdzie. Przeżyła moich krewnych zaledwie dwa i pół roku. Za moje życie zapłaciło wielu ludzi, cenę najwyższą. Nie mogę o tym myśleć spokojnie. Tadeusz mówi, że czas iść dalej. „

Zapytałam, co mogę dla niej zrobić.

„Idź do synagogi opisanej, jako dom boży. Zmów modlitwę. Idź na kirkut, pokaże ci gdzie, połóż kamień w moim imieniu”.

Przez moment zobaczyłam obraz kirkutu. Zapamiętałam kilka charakterystycznych szczegółów. Jednak, co do modlitwy pojawiła się pewna niezręczność. Ja nie znam żadnej modlitwy  judaistycznej. Estera wypowiedziała pewien tekst, pozostaje mi mieć nadzieję, że niczego nie poprzekręcałam. Po przebudzeniu nie miałam pod ręką nic do pisania, a zatem musiałam liczyć tylko i wyłącznie na swoją pamięć.

„Boże Abrahama, Izaaka, Jakuba. Dusza, którą mi dałeś była czysta. Ty ją zachowasz. Ty ją odbierzesz. Boże moich przodków ulituj się. Haszem Panie wszystkich dusz.. Skoro nadeszła pora Ty ją zachowaj. Ty ją odbierz.”

Pierwsza część zadania była stosunkowo prosta . Na budynku synagogi widnieje wszak hebrajski napis, który przetłumaczono na język polski „ O, jakimże lękiem napawa to miejsce! Nic tu innego, tylko dom Boży”. W środku znajduje się galeria sztuki. Los mi sprzyjał, nie było żadnych turystów. Odmówiłam modlitwę zgodnie z prośbą trzykrotnie. Gorsza sprawa z kirkutem. Na miejscu okazało się , że jest bardzo rozległy i przy moim braku orientacji w terenie odnalezienie wskazanego grobu mogło okazać się niemożliwe. Zebrałam myśli skupiając się na charakterystycznych elementach. Wreszcie udało się znalazłam to miejsce. Aby dojść do grobu, na którym tak bardzo zależało Esterze, musiałam nieźle się ubłocić i poparzyć pokrzywami, ale było warto.Kamyk spoczął na grobie jej przodków.

 

Solina- historia i dzień dzisiejszy

Tegoroczne wakacje spędziłam nad Zalewem Solińskim. Przepiękna okolica, której urok tak znakomicie oddaje znana piosenka Wojciecha Gąsowskiego „Zielone wzgórza nad Soliną”. Nie będę opisywać krajobrazów, pozostawiam to wybitnym literatom. Niemniej zachęcam do wyjazdu w to wyjątkowe miejsce. Oferty biur podróży kuszą wycieczkami do najodleglejszych zakątków świata, nie zapominajmy, że Polska to piękny kraj i turystycznie ma wiele do zaoferowania.

Kiedy zapadła decyzja o wyjeździe nad Solinę, odwiedził mnie Tadeusz. Powiedział, że dobrze się składa, bo jest sprawa do załatwienia na kirkucie w Lesku. Przekornie zapytałam, czy przypadkiem nie należy mi się urlop? Zaraz po przyjeździe skonstatowałam, że od pewnych tematów doprawdy odpocząć się nie da. Ojciec naszej gospodyni, sędziwy pan okazał się być nad wyraz rozmowny. Szybko zorientował się, że znalazł dobrego słuchacza i opowiadał bez końca. Całe swoje długie (83 lata) życie spędził w Solinie. Bieszczady znał doskonale. Można powiedzieć, że to naoczny świadek burzliwej historii tego regionu. Na pewno spora część naszych rozmów znajdzie swoje miejsce na blogu. Mój rozmówca ma na imię Roman.

Żelaznym punktem programu dla wypoczywających nad Zalewem Solińskim jest rejs statkiem wycieczkowym. Oczywiście i my popłynęliśmy uroczym stateczkiem, aby z nieco innej perspektywy podziwiać bogactwo przyrody. Podczas rejsu dowiedziałam się ileż to betonu i stali zużyto na budowę zapory, że była to największa inwestycja lat 60-tych i w ogóle cud inżynierii budowlanej. Na koniec mimo chodem wspomniano o legendzie związanej z terenami zalanymi podczas budowy, konkretnie z kościołem, którego dzwon można usłyszeć w nocy. Zapytałam o tę legendę zaraz po powrocie na kwaterę.

Starszy pan bardzo się przejął, myślał, że usłyszałam bicie tego dzwonu. Wytłumaczyłam, że dowiedziałam się o tym podczas wycieczki.

„ Jak ktoś ma ten dzwon usłyszeć to i w dzień usłyszy. Ja o tym wiedziałem, ale w to nie wierzyłem. Człowiek się jednak zmienia. Mój dobry znajomy wędkował na Solinie i za dnia usłyszał dźwięk dzwonu. Na samym środku jeziora dźwięk w jakiś sposób wydostawał się spod wody. Był z nim syn, którego bardzo chciał zarazić swoim hobby. Chłopak czytał książkę i twierdził, że nic nie słyszał. Oni nie byli miejscowi, wyjechali jeszcze tego samego dnia. Ten, co słyszał bicie dzwonu zginął dwa dni później. Tragiczny wypadek na motorze.”

Prosiłam Pana Romana, aby opowiedział mi o budowie tamy. Potwierdził, że zatopiono kościół w Wołkowyi, wyburzono cerkiew , klasztor gdzie mieszkały siostry zakonne i w sumie pięć cmentarzy oraz miejsce gdzie zakopywano padłe zwierzęta.

„Teoretycznie szczątki ekshumowano i przeniesiono w inne miejsca. Jeden, co przy tych cmentarzach pracował kiedyś chyba wypił za dużo i zaczął opowiadać. Wybierali tylko z grobów zadbanych, gdzie były krzyże. Stare zapadłe mogiły ich nie interesowały. Cały czas byli poganiani i mieli zwyczajnie dosyć takiej roboty za marne pieniądze. Na pewno sporo grobów został nieodkrytych. Do dziś różne rzeczy wypływają jak poziom wody znacznie się obniży. Najgorzej było w latach 90 -tych. Poziom wody opadł ze 20 metrów albo i lepiej. Nie wiem czy pani o tym gdzieś przeczyta, ale i kawałki trumien i kości ludzkie wypływały. Jak jest wysoka woda to nic się nie dzieje , dno muliste to wszystko przykrywa. Oczywiście kościoła, cerkwi i tego klasztoru nikt nie rozbierał jakoś delikatnie z szacunkiem. Wszystko na dziko, jak barbarzyńcy. Najgorzej było jak kościół w Wołkowyi rozbierali. Ludzie chcieli go bronić. Pełno było milicji i bezpieki. Ci, co głośno krzyczeli tych duże nieprzyjemności spotkały. Szarpali ściany hakami, ciężki sprzęt zrównał wszystko z ziemią. Do tego rozpętała się taka straszna burza, pioruny waliły jak szalone. Wiatr mało głów nie pourywał. Istny koniec świata. Starzy ludzie wołali, że to sam Bóg daje znak, że popełniane jest świętokradztwo. Nic nie powstrzymało wyburzenia. No i wybudowali zaporę. Boże, ile przy ty ludzi zginęło. Jakby ktoś to całe przedsięwzięcie przeklął. Propaganda sukcesu tylko to się liczyło. Chyba to Stalin coś takiego powiedział, że ludzi nie trzeba oszczędzać, bo człowieka łatwo zrobić, a maszynę trudno. Tak właśnie było. Nikt nie oszczędzał ludzi. Wie pani ja już jestem stary, ale czasami taka myśl przyjdzie do głowy czy to sama natura mści się za zaburzenie swojego porządku? Przyjeżdża tylu turystów i dobrze, bo mieszkańcy muszą z czegoś żyć. Szkoda tylko, że Zalew przyciąga samobójców. Niech mi pani powie jak to jest, że ktoś przyjeżdża z dajmy na to Gdańska, żeby się nad Solina zabić? Coś jest w tej tamie, niech się pani nie śmieje, ale czasami zastanawiam się, czy to jakaś diabelska siła, czy to się da wytłumaczyć naukowo. Może te turbiny emitują jakąś energię i ona działa na słabsze osoby, na ich psychikę?”

Wypowiedź Pana Romana zrobiła na mnie spore wrażenie, czego nie ukrywam. Faktem jest, że kiedy spacerowałam po samej zaporze, w pewnym momencie poczułam się dziwnie. Oczywiście nie miałam myśli samobójczych, ale odebrałam jakąś  obcą, nieprzyjazną energię. Nie jestem zawodowym radiestetą, jednak uważam, że nie od rzeczy byłoby zbadać to miejsce pod kątem radiestezyjnym właśnie. Być może takie sztuczne spiętrzenie wody, której energia wyzwalana jest w sposób kontrolowany ,  prowadzi do zaburzeń w polu energetycznym człowieka. Postaram się zasięgnąć opinii eksperta.

Co do historii związanej z kirkutem w Lesku to opiszę ją niebawem.

 

 

 

 

Uparta Hanka i latające kapelusze

Historia, którą chcę dzisiaj opisać jest moim zdaniem zdumiewająca tak w sferze zjawisk paranormalnych jak i obyczajowych. Niestety nie zawsze uczucia do kolejnych dzieci, które przychodzą na świat w jednej rodzinie, są tak samo ciepłe.

Natalia poznała Andrzeja na szkoleniu organizowanym przez centralę banku, w którym obydwoje pracowali. Andrzej rozwiedziony, starszy o dziesięć lat, dyrektor oddziału. Natalia absolwentka rachunkowości i zarządzania, świeży nabytek działu księgowego. Śmiało można powiedzieć, że była to miłość od pierwszego wejrzenia. Dwoje ludzi stworzonych dla siebie. Niebawem Natalia przeprowadziła się do mieszkania Andrzeja. Żyli razem bardzo szczęśliwie i zgodnie, istna sielanka. Andrzej proponował Natalii zawarcie małżeństwa, ale ona odwlekała sprawę. Chciała najpierw skończyć studia podyplomowe, załatwić sto innych rzeczy. Mówiła, że skoro się kochają papierek może poczekać. Po około dwóch latach Natalia zorientowała się, że jest w ciąży. Nie spodziewała się tego, ale też nie przyjęła tej nowiny, jako katastrofalnej. Przyszły ojciec był dumny i szczęśliwy. Miał córeczkę z pierwszego małżeństwa, którą bardzo kochał. Utrzymywał z nią doskonałe relacje. Andrzej chciał przyśpieszyć ich ślubu. Niestety sprawy zaczęły się komplikować. Natalia była kilkakrotnie hospitalizowana, ciążę lekarz określił, jako wysokiego ryzyka. Po raz kolejny data ślubu została przełożona. Po tych perypetiach, przyszedł na świat zdrowy chłopczyk. Odbyły się chrzciny, na których brakowało jedynie matki Andrzeja, Hanki. Kobieta nie zaakceptowała ani Natalii, ani dziecka, które przyszło na świat. O rozmowę z matką w tej sprawie Andrzej poprosił swoją kuzynkę Basię. Nie odmówiła mu, choć w misję pojednawczą wyruszyła bez entuzjazmu. Mimo, że pani Hanka lubiła Basię i liczyła się w wielu sprawach z jej zdaniem, pozostała nieugięta.

Minęło kilka miesięcy. Andrzej wracał z delegacji, kiedy na jego pas ruchu niespodziewanie wjechał Tir. Kierowca Tira zasnął, doszło do zderzenia czołowego. Andrzej w wyniku doznanych obrażeń zmarł nie odzyskawszy przytomności.

Oczywiście odbył się pogrzeb, na który zjechała cała rodzina. Natalia nie potrafiła pozbierać się po tak dotkliwym ciosie. Spakowała trochę swoich rzecz oraz to, co potrzebne dla maleństwa i pojechała do rodziców. Przebywałam tam ponad tydzień. Wreszcie zmuszona wrócić po jakieś ważne dokumenty, zastała zmienione zamki w drzwiach mieszkania. Domyśliła się czyja to sprawka. Nie miała siły żeby użerać się z teściową. Zadzwoniła do „mediatora rodzinnego” jak żartobliwie wszyscy nazywali Basię. Powiedziała jej, co zaszło i poprosiła, aby Hanka przynajmniej umożliwiła jej zabranie swoich rzeczy. Basia była zbulwersowana i tym razem nie zwlekając poszła do ciotki. Powiedział jej, wprost, co myśli o takim zachowaniu. Hanka odparła, że nie pozwoli, aby Natalia położyła łapę na majątku Andrzeja. Wszystko należy się tylko jej wnuczce. Miała zapasowe klucze jeszcze z czasów remontu i owszem zmieniła zamki. A ta dziewucha niech idzie skąd przyszła. Basie mało przysłowiowy szlak nie trafił. Przypomniała ciotce, że maluszek jest takim samym prawowitym dziedzicem jak starsze dziecko, a Natalia na pewno będzie dochodzić swoich praw choćby i na drodze sądowej. W końcu ciotka dała jej klucze, nakazując ich zwrot. Kobiety umówiły się i weszły do mieszkania razem. Basia już w przedpokoju wyczuła ten specyficzny ruch energii. Od czasu śmierci klinicznej, jakby to ująć, otworzyły się przed nią nowe horyzonty poznawcze. Podczas gdy Natalia, cały czas spazmatycznie płacząc, pakowała ubrania i laptopa, Basia nabierała pewności, że Andrzej jest w tym mieszkaniu i wyobraziła sobie jak musi cierpieć widząc taką sytuację.

Już pierwszej nocy, Basia przekonała się, że przeczucie ją nie myliło. Andrzej odwiedził ją we śnie prosząc, aby przekonała jego matkę do zmiany postępowania. Te sny zaczęły powtarzać się regularnie. Basia nie miała ochoty na rozmowę z ciotką, ale żal jej było niewinnego dziecka. Poza tym Andrzej był coraz bardziej rozgniewany. Obawiała się również, że kuzyn może zamanifestować swoje niezadowolenie atakując w jakiś sposób matkę. Wreszcie Basia zebrała się w sobie i umówiła z ciotką. Powiedziała jej o snach i przekazach, które odebrała od jej syna. Ciotka owszem wierzyła w życie pozagrobowe. Tym razem jednak zaprzeczyła. Uznała. źe Basia działa w zmowie z „tą dziewuchą”. Tak się złożyło, że w trakcie już dość burzliwej rozmowy, pojawiła się pierwsza żona Andrzeja. Przyniosła Hance recepty, o które prosiła. Kiedy zorientowała się w temacie była bardzo wzburzona. Powiedziała, że takie traktowanie dziecka i partnerki Andrzeja bardzo źle świadczy o Hance i bezwzględnie powinna ona zmienić swoje postępowanie. Scheda po ojcu to temat, który ona i Natalia mogą załatwić między sobą, w stosownym miejscu i czasie. Powiedziała też, co chyba najbardziej zabolało teściową, żeby swojej prywatnej vendetty nie tłumaczyła troską o wnuczkę. Hanka wściekła się i uznała, że to jakiś zbiorowy spisek, który kobiety zawiązały, aby się jej (sic!) pozbyć. Tego było za wiele. Basia i synowa wyszły trzaskając drzwiami.

Minęły dwa dni, była prawie dwunasta w nocy, kiedy w mieszkaniu Basi zadzwonił domofon. Basia otworzyła, po chwili na progu stanęła ciotka Hanka. Włosy miała w nieładzie, buty każdy z innej pary, a płaszczyk zarzucony jedynie na koszulę nocną. Była roztrzęsiona.

– Basiu złapałam taksówkę i przyjechała do ciebie, bo w moim mieszkaniu dzieją się rzeczy straszne.

No i dosłużyłaś się pomyślała Basia, ale głośno zaczęła ciotkę uspakajać. Zrobiła jej herbatę zapakowała w koc i kazała zdać sobie relację z wydarzeń, które tak poruszyły Hankę.

-Po waszym wyjściu, postanowiłam zaparzyć sobie melisę. Kiedy byłam w kuchni nagle włączył się telewizor. Spokojnie go wyłączyłam. Po chwili sytuacja powtórzyła się. Wypiłam zioła, chciałam się położyć. Nagle zaczęło grać radio. Słuchaj to trwało przez całą noc. Coś się włączało, to znaczy albo radio albo telewizor. Myślałam, że jest to spowodowane jakąś awarią, albo skokami napięcia. Nad ranem ustało. Cały dzień minął spokojnie, chociaż bardzo dużo myślałam o naszej ostatniej rozmowie. Kiedy położyłam się spać, ponownie zaczęła się kołomyja ze sprzętem w domu. Wreszcie usłyszałam hałas w mojej sypialni. Weszłam tam i nie do wiary coś z olbrzymią siłą zrzucało z szafy wszystkie moje kapelusze.

-Ciociu czy teraz wierzysz, że Andrzej mnie do ciebie wysłał?

-Teraz ci wierzę.

Trzeba nadmienić, że ciotkę Hankę ze słynna Hanka Bielicką, łączyło nie tylko imię, ale również zamiłowanie do kapelusz. Wiele wraz z mężem podróżowała i oczywiście po powrocie z wojażu do kolekcji przybywał nowy model. Te ukochane trzymała w ogromnej szafie, która stała w sypialni. Pozostałe zapakowane z pietyzmem w eleganckie pudełka ulokowała na szafie.

Kiedy rano ciotka nieco oprzytomniała, poprosiła Basię, aby pojechała do jej mieszkania i przywiozła ubranie oraz buty. Basia pojechała, nie obawiała się przy tym niczego. Uznała, że Andrzej, co miał zrobić to zrobił, a do niej przecież nic mieć nie może. Zastała włączony telewizor i grające radio. Kiedy wyłączyła odbiorniki, spakowała rzeczy ciotki, postanowiła zajrzeć do sypialni. Głośno skomentowała:

– No, dałeś czadu kuzynie!

Kapelusze i pudła były porozrzucane po całej sypialni, a jeden smętnie dyndał zaczepiony o żyrandol. Nie sprzątała tego bałaganu. Pomyślała, że choć to okropne, ciotce dobrze zrobi jak utrwali sobie w głowie to i owo podczas porządków.

Hanka zwróciła klucze Natalii, nie wtrącała się więcej w sprawy spadkowe.

 

Portret damy i jej tajemnica

 

 

 

Tą historię jestem w stanie opisać tylko skrótowo gdybym miała rozwinąć wszystkie wątki to byłby gotowy materiał na powieść, a nie na blog.

Zdarza mi się, chociaż niezwykle rzadko, udać do kogoś, aby na miejscu tzn. w jego lokum pracować z kartami.Unikam takich sytuacji gdyż dywinacja wymaga pewnych elementów, które mogę sobie zapewnić tylko w domu. Jednak ludziom i ich potrzebom należy wychodzić naprzeciw.

Kilka lat temu znalazłam się w mieszkaniu pewnej starszej pani, która miała problemy z poruszaniem się na dalsze odległości. Osoba niezwykle miła, elokwentna i kulturalna. Na imię miała Grażyna. Sama przyjemność obcowania z takim człowiekiem zrekompensowała mi trud dojazdu. W mieszkaniu zwrócił moja uwagę portret kobiety. Przedstawiał bardzo ładną panią w przepięknej bladoróżowej sukni z kwiatem we włosach. Kobieta miała niesamowicie harmonijne rysy twarzy i oczy, patrzące oczy.Malarz, który stworzył to dzieło, był bez dwóch zdań mistrzem w swoim fachu.

Zapytałam, kogo portret przedstawia. Pani odparła, że to jej mama Natalia, a portret cudem ocalał z wojennej pożogi.Przed wyjściem podeszłam, aby go zobaczyć z bliska, spojrzałam prosto w oczy pięknej modelce, dotknęłam też ramy, nie wiem, dlaczego, po prostu musiałam to zrobić.

Tej nocy miałam sen, na, który składały się istotne sceny z życia pani Natalii. Przekazała mi mnóstwo ciekawych informacji, zwłaszcza jeden wątek okazał się ważny. Temat dotykał kwestii tak intymnych, że długo biłam się z myślami, czy wtajemniczyć panią Grażynę czy nie. Zdałam się na los, jeśli jeszcze zadzwoni powiem jej, jeśli nie to zachowam wszystko dla siebie. Zadzwoniła.

Była zdumiona, kiedy opisałam jej dom rodzinny, który już nie istnieje.Opowiedziałam jej wszystko, co dane mi było zobaczyć. Razem łączyłyśmy w całość elementy z mojego snu i jej wspomnienia. Doszłyśmy do tego, że jej ojcem biologicznym  nie był mąż Natalii. Człowiek,  który  rozpieszczał Grażynę  na tysiąc sposobów,  jednocześnie całkowice zaniedbując jej matkę . Natalia poczeła córkę  w noc kiedy piorun uderzył w ich dom, wzniecając pożar. Niewielkie straty materialne Natalia zawdzięczała pracownikowi męża, który z narażeniem życia ratował jej dobytek i ją samą. Tej nocy zapłonął nie tylko dom ale też serce i zmysły dwojga ludzi, którzy w innych okolicznościach, nie mieliby odwagi nawet o tym pomysleć.

 

Pani Grażyna poznała tożsamość swojego biologicznego ojca i swoje korzenie. Podsumowała to tak: zrozumiałam wiele z zachowania mojej mamy, zwłaszcza z okresu po repatriacji na Śląsk. Znalazłam też odpowiedź na pytanie, dlaczego moje kuzynki są filigranowe i delikatne, a ja mam ręce chłopki. Nie oceniam tego, co wyszło na jaw, nie mam do tego prawa.Żałuję tylko, że jestem już zbyt stara i schorowana, żeby jechać aż pod Wilno, może tam jeszcze mieszka ktoś z rodziny Jurgisa- chyba tak wymawia się imię mojego biologicznego ojca.”

Pamięć przedmiotów -jestem pewna istnienia tego zjawiska. Taka sytuacja nie zdarzyła mi się po raz pierwszy i pewnie nie po raz ostatni. Dotykam przedmiot, ładuję bazę, a za kilka godzin czy dni ta baza zostaje rozpakowana i odczytana przez mój mózg.

Powiedzieć, że wrażenia są wstrząsające to jak nic nie powiedzieć. Jak ognia unikam tzw. miejsc kaźni, kiedy jestem w muzeum czy innym obiekcie historycznym staram się  nie dotykać nawet poręczy. Jednym słowem jak to w życiu bywa – wszystko ma swoją cenę .

 

 

 

 

Trzecie dziecko

 

 

 

Jest to historia Agaty, bliskiej znajomej mojej siostry.

Ewa bardzo ucieszyła się, kiedy lekarz potwierdził, że spodziewa się dziecka.

W tamtych czasach nie było USG, a lekarze i położne w diagnostyce musieli liczyć głównie na własne doświadczenia. Ponieważ ciążowy brzuszek powiększał się w niespotykanym tempie, Ewa udała się ponownie do lekarza, który zbadał ją i oznajmił, że słyszy dwa tętna. Bliźniąt w jej rodzinie nigdy nie było, ale cóż widocznie te będą pierwszymi.

Ewa zmartwiła się jak da radę z dwójką dzieci? Swoim niepokojem podzieliła się z matką, a ta obiecała pomoc i wszelkie możliwe wsparcie.

Do szóstego miesiąca Ewa czuła się bardzo dobrze. Nagłe pogorszenie samopoczucia spowodowało konieczność hospitalizacji. Ciążę udało się podtrzymać do początku dziewiątego miesiąca. Zakończona została cesarskim cięciem, które szczęśliwa mama zniosła nadzwyczaj dobrze. Dzieci urodziły się zdrowe i po kilku dniach w inkubatorze lekarze oświadczyli, że „same dadzą radę”. Po obchodzie ordynator poprosił Ewę do siebie. Widać było, że chce jej coś powiedzieć, ale nie wie jak zacząć. Wreszcie przemógł się: Pani Ewo podczas operacji odkryliśmy, że jest, właściwie było jeszcze jedno dziecko. Płód obumarł około szóstego miesiąca, nie wiem jak to się stało, że nie doszło do zakażenia Pani organizmu. Właściwie dla mnie, jako lekarza jest to niewytłumaczalne. Cud, prawdziwy cud.

Ewa wróciła na salę i jak zwykle w chwilach trudnych, modliła się za dusze zmarłego dziecka oraz za ocalenie siebie i pozostałych maluchów. Przez całe lata nikomu o tym nie opowiadała

Dzieci rozwijały się świetnie. Nie były bliźniętami jednojajowymi, więc kwestia podobieństwa fizycznego nie wykraczała poza typowe dla rodziny cechy. Kiedy ich zabawy zaczęły przybierać formę zaplanowanych i zorganizowanych działań, Ewa zwróciła uwagę na jeden szczegół. Zawsze ustawiały na stoliku nie dwa, a trzy talerzyki czy kubeczki. Kiedy w ciągu dnia babcia rozkładała im tapczan do spania, kładły trzecią poduszkę.

Ewa była prostą kobietą, pracowała, jako kucharka. Ezoteryka, spirytyzm czy inne tego typu dziedziny nie były jej znane. Jednak, jako matka bacznie obserwowała swoje dzieci. Wreszcie zapytała córeczkę:, dla kogo szykujesz to miejsce? Agatka odpowiedziała dla chłopczyka. Masz na myśli swojego braciszka Jacusia? Nie innego chłopczyka, który się z nami bawi.

Ewa nie wiedziała, co ma z tym zrobić, wreszcie poszła do księdza. Opowiedziała mu o trzecim dziecku i o niepokojącym zachowaniu swoich pociech. Ksiądz wspomniał coś o rzeczach niezbadanych, kazał ignorować ich działania i skonstatował, że koło siedmiu lat im samo przejdzie.

Nie wiem, co miał na myśli katolicki kapłan, ale według mistyków Dalekiego Wschodu w tym wieku zamyka się czakra korony, a dziecko (dusza) w pełni osadza się w obecnym ciele i otaczającej rzeczywistości.

Ewa opowiedział tą historię swojej Agatce dopiero, kiedy ta była przy nadziei i lekarz stwierdził ciążę mnogą. Agata, jako dorosła osoba nie pamiętała nic z tamtego okresu, powiedziała tylko, że do dziś , śni jej się chłopiec, który uśmiecha sie do niej i zaprasza do zabawy.

.