Andrzej Maria Marczewski „Moje realizacje Teatru Karola Wojtyły”

Miłośnikom teatru Andrzeja Marii Marczewskiego przedstawiać nie trzeba. Wybitny reżyser, artysta, co do którego określenie „twórca wielkiego formatu” wydaje się cokolwiek przyciasne. Doceniany nie tylko przez krytykę i widzów, ale również przez Ministerstwo Kultury, czego dowodem jest odebrany kilka dni temu Medal Gloria Artis, przyznawany najwybitniejszym postaciom świata kultury i sztuki.

Dobrze, że i w tej instytucji znajdują się ludzie, którzy dostrzegają różnice między sztuką pisaną przez duże S, a tak zwaną awangardą, generującą owo duże S jedynie, w rozchodzącym się szerokim echem, słowie skandal. Pozwoliłam sobie na tę uwagę, ponieważ mnie, skromnego obserwatora rzeczywistości, irytują nieprzemyślane działania wspomnianego ministerstwa. Nie bardzo również jestem przekonana, że swoboda wyrazu artystycznego może przekraczać granice dobrego smaku, rzucając potwarz tak inteligencji jak i poczuciu godności osobistej widza. Sztuka nie jest powołana aby tworzyć apoteozę rzeczywistości. Ze złem, zakłamaniem, hipokryzją i wszelką niesprawiedliwością można walczyć z pozycji sceny, bez uciekania się do perwersji z natury swojej wypaczającej dobro i piękno. Jeśli człowiek poprzez kulturę nie może stać się bardziej ludzki, to jaki jest jej sens? Wszak „Kultura jest tym, co sprawiło, że człowiek stał się czymś innym niż tylko przypadkowe wydarzenie przyrodnicze” (Andre Malraux).

Szczęśliwie dla widzów, Andrzej Maria Marczewski zaprasza do teatru prawdziwie humanistycznego, gdzie człowiek posiada swoją godność, a życie ukazane jest jako wielka wartość, która wypełnić można miłością, pięknem, a przez pryzmat duszy docierać do niezbadanych zakamarków istnienia. Tam bowiem znajdziemy odpowiedź na każde pytanie, a zwłaszcza na te niewypowiedziane choć palące. Miałam przyjemność podziwiać przedstawienia w reżyserii Andrzeja Marii Marczewskiego, wystawianie (między innymi) na scenie Teatru Małego w Tychach. Ze wzruszeniem wspominam „Mistrza i Małgorzatę”, „Być jak Shirley MacLaine” czy niezwykle osobisty spektakl „Wiara, Nadzieja, Miłość”.

Miałam również okazję obejrzeć sztukę „Brat naszego Boga”, która wywarła na mnie ogromne wrażenie. Cóż, jak mawiają znawcy „NAJ nie bierze się znikąd”. Tekst Karola Wojtyły, reżyser pierwszoligowy, scenografia Tadeusza Smolnickiego, aktorzy który opanowali sztukę słowa i gestu na poziomie perfekcyjnym. Wspomniany poziom, przeciętny celebryta aspirujący do rangi aktora, opanuje (daj mu Boże) dopiero w następnym wcieleniu i nie mam tu na myśli wcielenia artystycznego.

Pozostając w stanie uniesienia artystycznego, egzemplarz książki „Moje realizacje Teatru Karola Wojtyły” przyjęłam z otwartymi ramionami, a jego treść przyswajałam z uwagą.

Zdaje sobie sprawę, że wbrew obiegowym poglądom nie dla wszystkich Polaków postać św. Jana Pawła II-go jest kryształowo czysta i ważna tak moralnie jak historycznie. Mówimy tu jednak o Karolu Wojtyle jako dramaturgu, poecie, aktorze. Mówimy o twórcy kochającym teatr oraz świadomym istotnej roli sztuki w życiu człowieka.

Andrzej Maria Marczewski związał z Teatrem Karola Wojtyły, rozumianym jako wyjątkowe zjawisko w polskiej kulturze, znaczącą część swego życia zawodowego. Zrealizował dwie prapremiery sztuk Karola Wojtyły: polską „Przed sklepem jubilera” i światową „Promieniowanie ojcostwa”. Od roku 1981 wystawiał kolejne inscenizacje, zmagając się z polityczną rzeczywistością i oporem władzy. Każdy spektakl, stawał się wydarzeniem artystycznym, przyjmowanym owacyjnie przez publiczność i krytykę. I tak działa po dziś dzień.

Bardzo dziwi fakt, że w III Rzeczypospolitej, nie znaleziono przestrzeni dla Teatru Karola Wojtyły, jako fizycznego miejsca, gdzie wystawiano by jego dzieła, a także utwory innych artystów reprezentujących filozofię i etykę chrześcijańską. Co gorsza, nie wydaje się aby ktoś taką potrzebę w ogóle dostrzegał i rozważał potencjał takiego Teatru.

Karol Wojtyła broni się sam, ponadczasowym tekstem i głębokim przesłaniem.

To sklep jubilera. Cóż za dziwne rzemiosło.

Produkuje przedmioty, które mogą

pobudzać do refleksji o losie.

Na przykład pozłaca zegarki, które mierzą czas

i mówią człowiekowi o zmienności wszystkiego,

o mijaniu.[1]

Osobiście uważam, że w ramach tak zwanych nauk przedślubnych, młodzi powinni obejrzeć spektakl „Przed sklepem jubilera” gdyż padają tam znaczące słowa,  ciężar tych złotych obrączek, to nie ciężar metalu, ale ciężar właściwy człowieka, każdego z was osobno i razem obojga. Być może, po przemyśleniu, bardziej świadomie podejmowaliby decyzję o pójściu wspólną drogą i nieco poważniej traktowaliby złożone przyrzeczenie.

Książka „Moje realizacje Teatru Karola Wojtyły”, to bezwzględnie pozycja obowiązkowa dla teatrologów oraz badaczy twórczości Karola Wojtyły. Opisuje nie tylko historię tych niezwykłych przedstawień, ale również historię Polski, gdzie jak w żadnym innym miejscu na świecie sztuka nierozerwalnie łączyła się z polityką, a losy ludzi i kraju od siły tej sztuki zależały.

Tym bardziej chapeau bas przed Andrzejem Marią Marczewskim!

 

Zdjęcia: Izabela Ptak-Marczewska

 

[1] Karol Wojtyła Przed sklepem jubilera

 

Być jak Shirley MacLaine – na scenie Teatru ŚwiętochłOFFice

 

Nie ma sztuki (tej przez duże S) bez duchowości i duchowości bez sztuki. Jestem o tym głęboko przekonana, ponieważ nic nie jest w stanie poruszyć najsubtelniejszej części naszego jestestwa, tak skutecznie jak sztuka. Z tego powodu, kiedy dane mi jest uczestniczyć w wyjątkowym widowisku artystycznym, wspominam o tym na stronach bloga.

Na deskach Teatru ŚwiętochOFFice wystawiono sztukę „Być jak Shirley MacLaine”. Tytuł nieprzypadkowy, gdyż postać głównej bohaterki Stephanie ma w sobie wiele z osobowości i charyzmy słynnej amerykańskiej aktorki. Jak powszechnie wiadomo, Shirley przyznaje się do wielu paranormalnych doświadczeń, co znalazło wyraz w napisanych przez nią książkach, a także stylu życia jaki prowadzi.

W sztuce Stephanie to niezwykle uzdolnione medium, wróżka i jasnowidząca. Odtwórczyni głównej roli Magdalena Tomaszewska, dała tej postaci piękną energię. Na scenie widzimy kobietę z krwi i kości, która kocha ludzi, rozumie ten i tamten świat, bez problemu zagląda za zasłonę przyszłości, ale jednocześnie ma temperament i silną osobowość, stabilnie osadzoną w TU i TERAZ. Urok i kobiecość działają kojąco na wyobraźnię i emocje obecnych. Jednym słowem, Magdalena Tomaszewska udowadnia, że nie takie medium straszne, jak je malują.

Jestem osobiście wdzięczna Magdalenie za tę rolę, ponieważ burzy ona chore wyobrażenia wielu osób, zapominających, że „Ta, która wie” jest dana światu, aby pomagać, a nie szkodzić. Chapeau bas przed tą utalentowaną aktorką i fascynującą kobietą!

Rolę Rene, współczesnego polityka francuskiego, odwiedzającego niezwykłą ezoteryczkę gra Jerzy Mazur. Wielka aktorska osobowość, niezwykły głos, po prostu klasa i profesjonalizm na najwyższym poziomie. Tutaj reprezentuje osobę z antypodów rzeczywistości widzianej oczyma Stephani. Jest człowiekiem sukcesu, doskonale odnajdującym się w polityce i show biznesie. Jednak zrządzeniem losu, podczas wypadku samochodowego opuszcza ciało i już w przestrzeni ducha spotyka pewną ważną dla siebie osobę. Niejasne przeczucie rangi jakże niespodziewanego spotkania, przemożna chęć zrozumienia tego, co zaszło, prowadzą go do mieszkania medium. Problem w tym, że Rene pragnie prostych odpowiedzi i chyba nie do końca pojmuje, że kto raz wyszedł poza kraniec rzeczywistości, nigdy nie będzie taki sam.

Nie ma tu otoczki sensacji, efektów specjalnych, które choć komercyjnie wydajne, nie wnoszą niczego do procesu rozumienia zjawisk z przestrzeni parapsychologii. Ot, po prostu spotykają się dwie dusze, a każda z nich wyposażona jest w prawdę, skrojoną na własną miarę. Z tym tylko, że Stephanie potrafi zabrać Rene tam, gdzie nie doszedł by bez jej pomocy.

Spektakl reżyserował Andrzej Maria Marczewski. Twórca, nie uprawiający sztuki obnażającej ułomności ludzkiej natury, co jest stosunkowo łatwe, tylko nieustannie poszukujący pokładów piękna, dobra i boskiej natury obecnych w każdym człowieku.

Sztuka reżyserska Andrzeja Marii Marczewskiego kojarzy mi się z grą na harfie. Z dwóch powodów. Po pierwsze harfa to instrument niezwykle wymagający i opanowanie go wymaga gigantycznego talentu. Po drugie dla tego, iż każdy harfista wypracowuje dźwięk swojego instrumentu i jego unikalną barwę, stąd nie ma dwóch identycznie brzmiących harf. Drugiego Andrzeja Marczewskiego też nie ma.

Dziękuję za wspaniały spektakl i mnóstwo wzruszeń. Jak tu nie kochać artystów ?!

Magda i Jurek

 

 

 

 

 

Pragnę odnotować, że stylową scenografię spektaklu stworzyła Izabela Ptak. Okazało się, że Izabela nie tylko w poezji potrafi zachować harmonię i głębokie rozumienie każdego detalu.

Doprawdy elegancki debiut w nowej dziedzinie – przyjemnie obserwować taki rozwój.

Scenografię niewątpliwie wzbogacił energetyczny tryptyk : Wiara, Nadziej, Miłość, który pragnę zaprezentować :

Wiara-Izabela-PtakWiara

 

 

 

 

 

 

Nadzieja-Izabela-Ptak

 

 

 

 

 

 

Milosc-Izabela-Ptak