Dobre życie po złym życiu

Otrzymałam poruszający list od Izabeli, która niedawno poddała się regresji w hipnozie. Ciekawa sesja, prowadząca bohaterkę w strefę wewnętrznego Cienia. Niechętnie przyznajemy się do jej istnienia, błędnie interpretując własne odczucia lub emocje, które skrywa. Nie da się jednak zaprzeczyć, że Cień to część naszej osobowości.

Zanim oddam głos Izabeli, dodam tylko, że podjęcie przez nią próby dotarcia do wcześniejszych reinkarnacji, nie było podyktowane pustą ciekawością. Izabelę, od najmłodszych lat dręczyły dziwne i przerażające sny, od których nie potrafiła się uwolnić. W końcu postanowiła skorzystać z tego rodzaju terapii.

„Szukając odpowiedzi na pewne dręczące mnie pytanie trafiłam na Twojego bloga. Coś mi mówi, że pomożesz mi lub przynajmniej nakierujesz na właściwe rozwiązanie. Od dzieciństwa dręczyły mnie koszmarne sny. Mówi się, że koszmary są odzwierciedleniem lęków, ciężkiej sytuacji życiowej itp. Tymczasem moje życie było od początku bardzo spokojne, pełne rodzicielskiej opieki i zabezpieczone ekonomicznie. Nigdy niczego mi nie brakowało. Rodzice dla mnie i brata byli gotowi zrobić chyba wszystko. Skończyłam studia medyczne, poznałam mego męża i właściwie oprócz drobnych problemów, jakie ma każdy nie spotkało mnie nic złego. Mam cudowne córeczki, mąż pracuje w stałych godzinach więc nie ma problemu z moimi dyżurami. Pracuję dużo, poza tym pomagam wolontarystycznie w hospicjum. Mąż to rozumie i bardzo mnie wspiera. Czasami bywam przemęczona, ale szczerze kocham swoją pracę i nie wyobrażam sobie abym mogła robić w życiu coś innego. Nic nie tłumaczyło tych okropnych snów ani w dzieciństwie, ani teraz.

Radziłam się przyjaciółki i to ona podsunęła mi pomysł z regresją hipnotyczną. Nie jestem osobą religijną, ale wierzę głęboko w istnienie siły kierującej tym światem. Reinkarnacja wydaję się całkiem sensownym i sprawiedliwym mechanizmem w procesie samodoskonalenia.

Pierwsza sesja zakończyła się fiaskiem. Nie potrafiłam się skupić, co rozdrażniło mnie i rozbiło całkowicie. Podczas drugiej poszło dużo lepiej. Widziałam siebie jako dziewczynkę żyjącą w osiemnastowiecznej Rosji. Nie będę podawać szczegółów, ponieważ tamto życie zakończyło się szybko i jak przypuszczam, nie miało nic wspólnego z moimi koszmarami. Na kolejną sesję szłam pełna nadziei z jakimś dojmującym przekonaniem o rozstrzygającej roli tego, co być może zobaczę.

Zobaczyłam siebie jako nastolatkę. Pierwszy obraz to skromnie, ale starannie urządzone mieszkanie, w którym szoruję drewnianą podłogę. Świeci słońce i jestem nieszczęśliwa, że muszę sprzątać, a moje młodsze siostry poszły bawić się na dworze. Z oddali słyszę muzykę. Ktoś śpiewa po niemiecku. Następne obrazy dotyczą życia rodzinnego: ojca, matki, sióstr. Wielkie szczęście, kiedy ojciec przynosi do domu odbiornik radiowy i rozpacz z powodu śmierci najmłodszej siostry. Wieczne szorowanie podług. Później jakieś święto, wielki wiec, gdzie wszyscy wiwatują na cześć Hitlera.

Jestem już kobietą i bardzo chcę być samodzielna, coś znaczyć w życiu. Ojciec ciągle ubolewa, że nie ma syna. Inni mają i mogą chwalić się zdjęciem w pięknym mundurze. Później widzę siebie jako strażniczkę w obozie koncentracyjnym. Tam się dzieją rzeczy straszne, również z moim udziałem.

Największym przeżyciem dla mnie, nie jest sam fakt bycia kobietą okrutną, odczłowieczoną, ale stosunek jaki miałam do tego, co robiłam. Mnie się to podobało. Te piękne skórzane oficerki, władza, strach w oczach więźniarek, zalotne spojrzenia kolegów. Myśmy byli szczęśliwymi władcami pandemonium. Nic nie miało znaczenia, a w więźniach nie widziałam ludzi tylko coś między zwierzęciem a maszyną.

Zginęłam podczas ucieczki przed nadciągającym, wrogim wojskiem. Jeden z esesmanów zorganizował ciężarówkę. Przebrani w cywilne ubrania, chcieliśmy uciec. Na ciężarówce były worki z ziemniakami, cebulą i marchwią. Wśród tych worków kilkoro z nas (w tym ja) się ukryło, w szoferce została strażniczka i jej kochanek. Ten samochód został ostrzelany i spadł ze skarpy. Cały załadowany ciężar zwalił się z impetem na mnie. Żebra przebiły płuca, umierałam dusząc się i dławiąc własną krwią.

Obraz z tej sesji miejscami pokrywał się z treścią dręczących mnie snów. Na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć, że przestałam śnić koszmary. W tym sensie terapia okazała się skuteczna.

Jeśli, to co widziałam było faktycznie moim poprzednim życiem, dlaczego dobrze mi się wiedzie? Za ból, cierpienie, poniżenie tamtych ludzi powinnam przecież pokutować, doświadczać tego, co sama robiłam. Czuje się zagubiona, zdezorientowana.”

Nie wiem na jakiej podstawie Izabela przyjęła, że karma działa zgodnie ze starotestamentową zasadą „oko za oko ząb za ząb”. Czy naprawdę jedynym sposobem zniwelowania zła wyrządzonego w poprzednim życiu, ma być doznanie identycznego zła w obecnym? Czy dla wyrównania rachunku krzywd, dawna ofiara powinna zakatować sadystyczną strażniczkę jej własnym pejczem ? Z mojego punktu widzenia brzmi to absurdalnie. Istnieje znacząca różnica między zemstą, a zadośćuczynieniem.

Czyniąc dobro wzmacniamy ten rodzaj energii, tak samo jest ze złem. Karma (prawo przyczyny i skutku) służy również wyrównywaniu tych energii. W obecnym życiu Izabela jest lekarzem. Ze względu na swoją specjalizację ma do czynienia z osobami ciężko chorymi i cierpiącymi. Moim zdaniem pracując tak zawodowo jak i wolontarystycznie, przyczynia się do polepszenia sytuacji pacjentów i zmniejszenia bólu, który znoszą. Niwelując ból, niosąc otuchę i spokój, wyrównuje rachunek krzywd. Dobrem neutralizuje zło.

W kontekście reinkarnacji mówi się często „Co posiejesz to zbierzesz” i to jest oczywiście prawda, tyle tylko, że dusza przechodząc z jednego ciała fizycznego do drugiego, niesie cały bagaż wszystkich swoich doświadczeń i uczynków, nie tylko z poprzedniego wcielenia. Jeśli myślimy o sobie jako o duszy mającej ciało, nieśmiertelnej i wiecznej, to oczywistym wydaje się, że jesteśmy sumą wszystkich dobrych i złych uczynków, a nasze wcielenia to poniekąd średnia arytmetyczna jednych i drugich.

Cokolwiek robimy, zmieniamy się, a za mikrokosmosem naszego serca podąża cały wszechświat. Moim skromnym zdaniem na tym należy się skupić i działać nie oczekując rezultatu natychmiast, tu i teraz. Z dobrego ziarna wyrasta dobry plon. Prędzej czy później zbierzemy go i pomnożymy.

Żałoba musi miec swój kres cz.II

W komentarzach pojawiły się opinie, że żałoba, zwłaszcza ta po stracie dziecka nigdy się nie kończy.

Drodzy Przyjaciele (bo tak myślę o Czytelnikach) śmiem się z tą opinią nie zgodzić. W tym życiu dane mi było pożegnać kilka bardzo bliskich mi osób i proces żałoby dotknął także mnie. Poza tym, zajmując się doradztwem życiowym spotkałam wiele osób, które również przez to przechodziły, więc miałam okazję obserwować jak ludzie sobie radzą lub nie radzą w podobnej sytuacji. Absolutnie nie czuję się autorytetem, po prostu częściej niż inni stykam się z traumą śmierci. Pamiętajcie proszę, że piszę ten tekst bez oceniania, za to z potrzeby serca i mam nadzieję, że zostanie on odebrany w taki właśnie sposób.

Kiedy umiera dziecko ludzie często zadają sobie pytanie; dlaczego Bóg na to pozwala? Dlaczego w ogóle dzieci umierają?

Z punktu widzenia medycyny, fizjologii i biologii to właśnie dzieci, jako organizmy słabsze, są bardziej narażone na choroby i ich dramatyczne skutki. W dawnych czasach śmiertelność wśród dzieci była tak wysoka, że nikogo nie dziwiło, iż z dziewięciorga przeżywało czworo. Dziś postęp medycyny stwarza iluzję, jeśli nie nieśmiertelności to przynajmniej jakiejś nadzwyczajnej długowieczności, która należy się nam, płatnikom składek, jako coś oczywistego. Medycyna na dzień dzisiejszy nosi wszystkie znamiona religii, lekarze to jej bogowie, a wiara w ich możliwości bywa zaskakująca. Tymczasem statystycznie rzecz biorąc, jeśli uwzględnimy ilość powikłań ciążowych, okołoporodowych, chorób dziecięcych, genetycznych, wirusowych i zwykłych wypadków, dożycie do pełnoletności wydaje się cudem samym w sobie. Dodatkowo (na terenie Polski) niespotykanie długi okres bez wojen i kataklizmów oraz względny wzrost zamożności potęguje wrażenie bezpieczeństwa. Owszem dotykają nas różne niedogodności życia codziennego, ale generalnie nic nie stoi na przeszkodzie żebyśmy robili dalekosiężne plany i snuli śmiałe marzenia. Ten swoisty miraż bezpieczeństwa osłabia nas i w momencie traumy jaką bez wątpienia jest utrata dziecka, czyni bezbronnymi. Z jednej strony czujemy się przecież koroną stworzenia, istotami kształtującymi rzeczywistość, a z drugiej jesteśmy pyłkiem na wietrze i małym ziarenkiem w klepsydrze czasu. Ten stan rzeczy bardzo zaburza odbiór rzeczywistości.

Zarzucanie Bogu niesprawiedliwości i braku miłosierdzia jest dla mnie niezrozumiałe. Tak samo niepojęte wydają się słowa księży często wypowiadane nad dziecięcymi trumienkami: Bóg tak chciał, taka widocznie jest Jego wola, nigdy nie zrozumiemy Jego intencji. W moim pojęciu Bóg jest esencją życia. Jego intencją było dać nam życie wieczne, którego cząstkę cieleśnie doświadczmy na tej planecie. Otrzymaliśmy bajecznie piękne miejsce do życia i wolną wolę pozwalającą rozwijać naszą indywidualność. Nie wierzę w istnienie Boga, który siedzi na swoim złotym tronie i zastanawia się jak by nam tu uprzykrzyć życie. Za stan naszego ciała i ciał naszych dzieci odpowiadamy sami, zarówno indywidualnie jak i zbiorowo. To nie Bóg zatruł toksycznymi chemikaliami wodę i ziemię. To nie On każe produkować i spożywać jedzenie pełne szkodliwych substancji, które w skrajnych wypadkach potrafią niekorzystnie zmieniać nawet strukturę naszego DNA. Nie On również maltretuje zwierzęta karmiąc je złymi paszami, faszerując antybiotykami i ludzkim hormonem wzrostu. To nie Bóg zaleca przyjmowanie antykoncepcji hormonalnej, zaburzającej pracę całego organizmu i to nie On kłamie, że oddziałuje ona tylko na wybrany czynnik, czyli płodność. Ciało kobiety to przecież kolebka życia i od jego dobrostanu zależy zdrowie potomnych.

Można powiedzieć, że jakość zstępujących dusz jest niezmienna natomiast jakość ciał ulega stopniowej degradacji. Jeśli jako ludzkość nie zrozumiemy, że ceną za wszelkiego rodzaju udogodnienia, powszechny konsumpcjonizm i rozrzutność (m. in. marnowanie jedzenia), jest zdrowie i długowieczność dzieci, to przepadniemy z kretesem.

Teraz parę słów o żałobie. Wszystko, co ma swój początek musi mieć i koniec. Oczywiste jest, że w przypadku żałoby ów koniec nie oznacza powrotu do życia tak jakby nic się nie stało. Jest to proces stopniowego wychodzenia z poprzedniej roli do czegoś nowego. Kiedy pozwolimy sobie na uwolnienie bólu powstanie miejsce na nowe uczucia i nowa definicję naszego istnienia w świecie bez tej konkretnej osoby. Wszechświat nie znosi próżni, dlatego, kiedy otwierają się drzwi smutku, gdzieś czekają na nas również otwarte drzwi nadziei.

Nic, tak jak śmierć dziecka, nie uwalnia w nas lęku przed własnym przemijaniem. Bardzo mocno podkreślał to Freud i wiele przemawia za tym, że miał rację. Kiedy odchodzą osoby starsze mamy wrażenie, że „dzieje się naturalna kolej rzeczy” do czego jesteśmy niejako przyzwyczajeni. W przypadku śmierci dziecka ten „porządek naturalny” zostaje zaburzony, co nasza psychika odbiera jako zagrożenie. W efekcie nasze uczucie przygnębienia jest jeszcze większe.

Kolejna sprawa to poczucie winy. Rodzice zaczynają doszukiwać się takich aspektów swego postępowania, które „zasługiwałyby” na karę w postaci śmierci dziecka. Spotkało mnie to ponieważ: zdradzałem żonę, nie chodziłem do kościoła, usunęłam ciążę, odseparowałam się od rodziców, kłamałem, kradłam etc. Takie racjonalizowanie sensu bolesnego doświadczenia bierze się stąd, że chcemy rozumieć, co się wokół nas dzieje, a nasz mózg usiłuje stworzyć ciąg przyczynowo skutkowy. W tym wypadku wina – kara. W moim pojęciu każdy z nas ma swój osobisty rachunek z Bogiem i nie rozszerza się on o osoby trzecie.

Z punktu widzenia wiary chrześcijańskiej i właściwe każdej innej, świat duchowy do którego odchodzimy jest dużo lepszy od naszej doczesności. Czemu zatem powstaje tak ogromny sprzeciw i żal w związku ze śmiercią bliskich nam osób? Warto byłoby zadać sobie pytanie, ile w naszych uczuciach jest tęsknoty za zmarłym, a ile żalu nad tym, co w związku z jego nieobecnością w naszym życiu utraciliśmy. Na ile płaczemy tak naprawdę nad sobą? Znajdą się zapewne osoby, których to pytanie oburzy, ale myślę, że większość odbierze jego sens prawidłowo.

Zdarza się, zwłaszcza jeśli dziecko było jedynakiem, że jego odejście stanowi początek końca związku rodziców. Co ciekawe moment kryzysowy następuje zwykle wtedy, gdy jedno z nich chce zakończyć żałobę. Pewien pan w rozmowie ze mną opisał to tak: „Po śmierci syna i prawie rocznej żałobie czułem się jak rozbitek, który resztką sił dopłynął do suchego lądu. Miałem czterdzieści sześć lat i zdałem sobie sprawę, że chcę żyć. Mimo, że będzie to życie bez mojego syna. Starałem się wyprowadzić z żałoby moją żonę, ale ona jakby mnie nie zauważała. Nie interesowałem jej ani jako człowiek, ani jako mężczyzna. Ona czuła się dobrze tylko w grupie wsparcia, w której bez końca rozdrapywała soją ranę. Znalazłem terapeutę, ale i to nie pomogło. Żona była ode mnie sporo młodsza więc moglibyśmy mieć jeszcze jedno dziecko, ale o tym również nie chciała słyszeć. Ona chciała żebym czuł się winny z powodu, że swoją żałobę już przeżyłem. Zapytałem czy w ogóle zależy jej na naszym małżeństwie – odpowiedziała, że nie. Kiedy złożyłem wniosek rozwodowy liczyłem, że to ją poruszy. Nic z tego, żona nie próbowała poprawić naszych relacji. Za to biegała po całej rodzinie opisując mnie jako człowieka bezdusznego. Po rozwodzie pozostała mi łatka „łajdaka.”

Często tak bardzo skupiamy się na własnym bólu, że zapominamy o pozostałych członkach rodziny. Oddalamy ich od siebie nawet jeśli to są również nasze dzieci. Umniejszamy ich odczuwanie straty i odmawiamy im swojej miłości i uwagi. Również w bólu można zachowywać się egoistycznie i altruistycznie. Niestety bywa, że powiększamy swoją stratę doprowadzając do rozpadu związku. Dlatego, kiedy piszę, że żałoba powinna mieć swój koniec mam na myśli konsekwencje osobiste i rodzinne każdej osoby. Powrót do życia i emocjonalna stabilizacja kończą proces jakim jest żałoba. Jeśli to nie nastąpi, to włącza się przycisk autodestrukcji. Podejmując decyzję o „pełnym powrocie do życia” nie wykreślamy z pamięci ukochanej osoby, tylko uznajemy, że życie bez niej jest możliwe i przynosi nam wiele pozytywnych emocji.

Jeszcze dwa słowa o grupach wsparcia. Proszę wybaczyć, ale mam w tym względzie mieszane uczucia. Dlaczego? Otóż część tych grup ma jedno wspólne hasło” żałoba po dziecku nigdy się nie kończy”. Od tego zaczynają i co gorsza na tym kończą. Nie dość, że jest to propagowanie nieprawdziwego i niekorzystnego mechanizmu wśród osieroconych rodziców to szerzenie tego przekonania właściwie torpeduje jakąkolwiek skuteczną terapię. Nie wspominam nawet o swoistej stygmatyzacji osób, które ten etap już przeszły i „wróciły do życia”.

Poza tym z punktu widzenia czysto terapeutycznego wskazane jest, żeby z psychologiem pracowały osoby będące niejako na podobnym etapie żałoby. Wówczas nie ma mowy o rozdrapywaniu ran, a jednocześnie pojawia się realna szansa na progres. Z tego, co mi wiadomo, nie zawsze tak się dzieje i w zasadzie do stałych bywalców dołączają ciągle nowi rodzice. Myślę, że to nie służy nikomu.