Powroty z Zaświatów – spotkanie we Wrocławiu

Miło mi poinformować Państwa, że w dniu 28.10.2018 we Wrocławiu odbędzie się ciekawe spotkanie  „Powroty z Zaświatów” – w którym wezmę udział.

Organizatorem jest Studio VTV :

Zaproszenie na wykłady o tematyce duchowej, mediumicznej:  „Powroty z Zaświatów” Spotkanie odbędzie się w dniu 28 października (niedziela) w sali konferencyjnej Hostelu THE ONE na IV piętrze budynku. Rozpoczęcie godz. 11:15 Program jest na razie poglądowy i może ulec zmianie. Sala mieści około 50-80 osób. Wstęp wolny – wolne datki na salę, nie zapewniamy poczęstunku.

 

Miłość – na granicy światów

Inspirację do napisania dzisiejszego artykułu zaczerpnęłam z listu otrzymanego od Romana.

Roman stracił ukochaną żonę Lidię i nie może pogodzić się z jej odejściem. Lidia zmarła zdecydowanie przedwcześnie (56 lat) w wyniku zakażenia szpitalnego, które w konsekwencji doprowadziło do sepsy. List ten jest doprawdy niezwykłym dowodem zarówno wielkiej miłości do kobiety jak i głębokiej, gnostycznej wręcz duchowości autora. Zawiera istotne pytania, które po prostu nie mogą pozostać bez odpowiedzi.

W tym miejscu, aż trudno nie przywołać fragmentu „Mistrza i Małgorzaty” autorstwa uwielbianego twórcy Michała Bułhakowa

Za mną czytelniku! Któż to ci powiedział, że nie ma już na świecie prawdziwej, wiernej, wiecznej miłości? A niechże wyrwą temu kłamcy jego plugawy język! Za mną, czytelniku mój, podążaj za mną, a ja ci pokażę taką miłość”[1]

 

„Biuro duchów odkryłem szukając informacji o życiu po życiu. Tego rodzaju zagadnienia interesowały mnie od dziecka, a zainteresowanie to wzrosło po śmierci mojej ukochanej żony Lidii, która zmarła całkiem niedawno – w styczniu tego roku.

Z jej śmiercią nie mogę się pogodzić i z tego powodu bardzo cierpię psychicznie. Ogromnie za nią tęsknię. Dużo o niej myślę, praktycznie bez przerwy. Nie jestem w stanie tego powstrzymać.

Lidka kilka razy mi się przyśniła. Nie będę opisywać wszystkich snów, ale o jednym z nich uważam, że warto wspomnieć. Otóż śniło mi się, że ja i Lidka staliśmy przytuleni do siebie. Lidzia była śliczna, odmłodzona o jakieś 25 lat. W tym przytuleniu, telepatycznie przekazała mi informacje, że to nasze spotkanie jest rzeczywiste i dzieje się naprawdę, natomiast moje obecne jeszcze życie to tylko okrutny sen. Kiedy w czasie snu uzmysłowiłem sobie, że Lidka nie żyje, że przecież był pogrzeb – sen mi się urwał i obudziłem się. Była godz.3.30. Nadmienię, że opisany sen nastąpił po tym jak dnia poprzedniego usilnie myślami prosiłem ją, aby mi przekazała jakąkolwiek wiadomość z tamtego świata. I jeszcze pozwolę sobie na inny przykład łączności ponadzmysłowej z moją Lidką. Tym razem to nie był sen. Otóż w dniu 24.lutego br. byłem na cmentarzu przy jej grobie. W zasięgu mojego wzroku nie było nikogo, dlatego pozwoliłem sobie mówić do niej na głos. Może niezbyt głośno, ale na głos. Gdyby był ktoś obok w pobliżu mógłby pomyśleć, że zwariowałem. Mówiłem jej o naszych wspólnych planach, których już nigdy razem nie zrealizujemy, o moich bieżących problemach, a także o tym, że jest mi bardzo ciężko bez niej żyć i ogromnie za nią tęsknię. Gadam do niej, gadam w nadziei, że może mnie słyszy. W pewnym momencie powiedziałem; Lidka czy ty mnie słyszysz, czy dociera do ciebie to co ja mówię? Jeżeli tak to daj mi jakiś znak. Wiesz co, poruszaj choćby jednym z tych kwiatów. Na grobie znajdował się kosz z trzydziestoma różami. Pogoda była tego dnia piękna i co ważne nie było absolutnie najmniejszego wiatru. Proszę sobie wyobrazić, że mniej więcej po ok. 15 sekundach zerwał się dość silny wiatr, solidnie potrzepał nie jednym, ale wszystkimi kwiatami na grobie. Trwało to przez ok. 10 sekund po czym nastąpiła absolutna cisza.

Innym razem przeżyłem również coś niesamowitego. Otóż aktualnie pracuję jako kierowca podmiejskiego autobusu. W dniu 01.marca do prowadzonego przeze mnie autobusu na jednym z przystanków wsiadła pewna kobieta, od razu zaznaczam, że w najmniejszym stopniu niepodobna do mojej Lidki. W trakcie jazdy mam zwyczaj spoglądać w wewnętrzne lusterko, aby obserwować pasażerów. Zwłaszcza interesuje mnie czy ktoś wstaje z siedzenia przed przystankiem, bywa bowiem, że nie ma powodów, żeby się zatrzymywać, bo nikt nie wysiada i nie wsiada. Tego pamiętnego dnia zamiast wspomnianej wcześniej kobiety ujrzałem w lusterku nie ją, ale wyraźne odbicie Lidki.

Odwróciłem na moment wzrok, nie wierzyłem własnym oczom, spojrzałem po raz kolejny w lusterko, nadal widziałem Lidkę. Trwało to co najmniej 30 sekund. Ponownie odwróciłem wzrok, bo zbliżałem się do przystanku i musiałem precyzyjnie zatrzymać się przy krawężniku. Na tym przystanku wysiadła ta kobieta, którą w lustrzanym odbiciu widziałem jako Lidkę. Zaznaczam, że jestem odpowiedzialnym kierowcą i zawsze zachowuję trzeźwość.

Z tych przytoczonych mich doświadczeń rozumiem, że Lidka żyje jako duch bez ciała, ale zachowując dotychczasową świadomość własnego jestestwa, z pamięcią jeszcze niedawnego cielesnego życia.

I tu nasuwa się moje zasadnicze pytanie, które zachęciło mnie do napisania listu do Pani. Proszę mi wyjaśnić, jak to właściwie jest z tym istnieniem po śmierci ciała. Są świadectwa, że ludzie rodzą się na nowo po raz kolejny. Ich dusze tracą znaczną część pamięci lub całą i zasiedlają ciała nowo narodzonych dzieci. Czyli następuje REINKARNACJA. Ale są również świadectwa, że ludzie po śmierci ciała istnieją jako te same osoby, którymi były na ziemi. W związku z tym, znane są przypadki spotkań ze zmarłymi wcześniej osobami jak; rodzice. Dziadkowie; rodzeństwo, małżonkowie i itd. Zatem, jeżeli wierzyć w istnienie ponownego narodzenia, to jak pogodzić tę teorię z otrzymywaniem przekazów z zaświatów od osób zmarłych- doświadczonych minionym życiem, niekiedy otrzymywaniem porad i ostrzeżeń, oglądanie ich w snach a także jako zjawy-fantomy. No bo jeżeli przyjąć, że moja Lidka ponownie się urodziła i istnieje gdzieś na świecie jako nowo narodzone niemowlę, to jak się ma do tego to że ukazywała mi się w kilku innych snach jako ona- Lidka -moja żona?

Ewentualne istnienie reinkarnacji na moim obecnym etapie świadomości bardzo mnie martwi, bo to oznacza, że po mojej śmierci nie będę mógł spotkać się ze swoją kochaną żoną Lidzią, z taką Lidzią jaką mam w pamięci po prawie 38 latach małżeństwa.”

Drogi Romanie, jestem przekonana, że spotkasz się z Lidią i razem ustalicie, jaka przyszłość jest dla Was najlepsza. Dla istoty duchowej, nad którą nie wisi miecz Damoklesa pod postacią nieuchronnego starzenia prowadzącego do unicestwienia ciała, upływ czasu nie ma najmniejszego znaczenia. Jak wynika z zapisu regresji do poprzednich wcieleń, między jedną a drugą inkarnacją może upłynąć nawet kilkaset lat. Owszem, zdarzają się osoby zdeterminowane do powrotu absolutnie wyższą koniecznością. Inkarnują się zatem, na własne życzenie, w tempie błyskawicznym. Najprostszy przykład dotyczy Lamów tybetańskich, którzy jako duchowi przywódcy i w ogóle osoby o wysokiej samoświadomości, poświęcają całe swoje istnienie (wszystkie wcielenia) do realizacji jednego celu, a jest nim służba i wpływ na rozwój duchowy ludzkości.

Proszę zwrócić uwagę, że istnieje wiele starożytnych pism, z których jasno wynika, że dusza ludzka po śmierci ciała fizycznego przechodzi pewien długi i skomplikowany proces, w trakcie którego, pozbywa się zarówno swoich ziemskich programów, jak i dokonuje swoistego rozliczenia dotychczasowych dokonań. Mam tu na myśli chociażby: Tybetańską księgę umarłych, Egipską Księgę umarłych lub Księgę bram, starożytne teksty wedyjskie, a także przekazy współczesnych Indian oraz ludów od zarania dziejów zamieszkujących obie Ameryki. Niestety dosyć kiepsko wypadają na tym tle judaizm, islam i chrześcijaństwo, rzecz jasna nie w swoich mistycznych odmianach (kabała, derwisze, gnoza), tylko w dogmatycznej, skostniałej formule. Tu niestety uproszczono ideę nieśmiertelnej duszy, czyniąc z niej lekkostrawną papkę. Taka „konsystencja myślowa” ma to do siebie, że każdy jest w stanie ją przyjąć. Pomijam w tym miejscu kwestię, jak symplifikacja procesu ewolucji duszy i sprowadzanie tak złożonej materii do trzech pojęć niebo/czyściec/piekło, posłużyło do manipulacji i nadużyć wobec wiernych.

Lidia zapewne przeszła w miejsce sobie należne, ale interesuje się mężem i używając siły, jaką jest miłość płynąca z głębi jej serca, pozostaje z nim w kontakcie. W miarę swoich możliwości przekazuje znaki, a relacje bezpośrednie prowadzi na bezpiecznej płaszczyźnie sennej. Dokonała również pewnych projekcji na planie fizycznym. Wszystko po to aby przekazać jeden prosty komunikat: Istnieję i jestem sobą. Kocham i czekam.

W naszym świecie, zdarzają się ludzie, którzy siłą umysłu potrafią przesuwać przedmioty, zatrzymywać ruch zegarów, odnajdywać zaginionych lub przewidywać przyszłość. Generalnie są to zdolności rzadkie, a i sami predestynowani muszą włożyć sporo wysiłku, aby ich próby odniosły oczekiwany skutek. Jednak to się udaje. Działają bez użycia mięśni, swój cel osiągają posługując się tylko siłą kryjącą się w ich świadomości.

Czemu zatem nie wierzymy, że kochająca osoba może poruszyć przedmiotem (w tym wypadku kwiatami), lub w jakikolwiek inny sposób zasygnalizować swoją obecność? Tu nie chodzi oczywiście o obecność rozumianą dosłownie jako przebywanie istoności duchowej w naszym świecie. Kurtyna oddzielająca życie i śmierć jest wystarczająco cienka, aby dusze mogły działać i zza tej zasłony. Manifestacje pośmiertne są bowiem jednym z najczęstszych zjawisk z kręgu aktywności paranormalnej.

Na temat fenomenu zjaw lustrzanych, niezrównany dr Raymond Moody napisał całe tomy, więc pozwolę sobie wątpiących odesłać do literatury tematu. Polecam zwłaszcza „Odwiedziny z Zaświatów” gdzie znajdziecie Państwo pełen rys historyczno -kulturowy opisujący zarówno spontaniczne widzenia jak i niezwykłe miejsca „psychomantea”, gdzie za pomocą luster przywoływano zmarłych.

Podsumowując: reinkarnacja to proces i jako taki ma swój rytm oraz zasady. Nie jest to na pewno akt nawykowy lub innymi słowy automatyczny. Wiele wskazuje również, że przed podjęciem decyzji o powrocie otrzymujemy wsparcie i radę istot, które nazwałabym duchowymi mentorami.

Zaufajmy zatem tej niepojętej sile, która choć jest tak potężna, nie uczyniła nas bezwolnymi bio-maszynami, tylko przeciwnie obdarzyła nas wolną wolą i swobodą myśli. Tak postępuje tylko ktoś kto kocha.

[1] M. Bułhakow Mistrz i Małgorzata, Kraków KGW, str. 229

Interwencja z Zaświatów

Po przerwie związanej z premierą książki, Biuro duchów wraca do pracy. Dzisiaj proponuję lekturę niezwykle ciekawego listu, który otrzymałam od pani M.

Treść korespondencji, stanowi dla mnie kolejny, cenny dowód potwierdzający, iż bliscy przebywający w Zaświatach obserwują nas i bardzo się nami interesują. Mało tego starają się skorygować nasze poczynania, jeśli akurat niczym zbłąkani żeglarze wpływamy na manowce doczesności.

Nigdy nie wierzyłam w zjawiska paranormalne, duchy itp. Byłam wręcz wyjątkowo sceptyczna, ale jak to w życiu bywa, tylko do pewnego momentu. Po śmierci babci, z którą byłam silnie związana emocjonalnie zaczęłam wierzyć.

Od kilku lat pozostawałam w związku partnerskim, mieliśmy dziecko, własne mieszkanie. Wszystko, co niezbędne do godziwej egzystencji. Czegoś jednak mi brakowało i prowadziłam podwójne życie. Spotykałam się z innym mężczyzną. Po jednym z takich spotkań przyśniła mi się babcia. Byłyśmy u niej w mieszkaniu. Strasznie mną szarpała, krzyczała na mnie, była potwornie wściekła. Nigdy w życiu nie widziałam jej w takim stanie. Przez cały sen płakałam, bałam się i nie potrafiłam zrozumieć ani jednego słowa jakie wypowiada do mnie. Obudziłam się z potwornym bólem głowy. Wtedy jeszcze nie wierzyłam w realność tego przekazu.

Po miesiącu, może dwóch rozpadł się mój romans. Sama postanowiłam, że chcę to zakończyć. Jakiś czas później miałam kolejny sen. Ponownie znalazłam się w mieszkaniu z moją babcia. Tym razem szczęśliwa, tryskająca radością, przytulała mnie. Pamiętam, że zadawałam jej pytania, co dzieje się po śmierci, gdzie jest teraz. Odpowiedziała mi, że nie może o tym mówić, ale że zostało jej jeszcze 28 dni. Sen się zakończył, a przynajmniej nic więcej z niego nie pamiętam.

Obecnie, jestem od dwóch lat szczęśliwą mężatką. Nasza rodzina się powiększyła, kupiliśmy piękny dom. Do romansów nigdy nie wróciłam. Jestem przekonana, że sen, w którym babcia mną szarpała dotyczył właśnie mojej zdrady, a zatem zachowania dla babci nie do zaakceptowania. Pamiętam każdy szczegół z tych snów pomimo tego, że minęły prawie trzy lata. Były to sny niesamowicie realistyczne.

W ubiegłym roku miałam jeszcze jedną, bardzo dziwną sytuację. Tym razem nie był to sen. Bardzo pomogłam siostrze, z którą nigdy nie miałam dobrego kontaktu. Babcia nas dwie wychowała, jednakże nie było pomiędzy nami żadnej więzi, nawet się nie kłóciliśmy, bo po prostu nie rozmawiałyśmy ze sobą. Nie potrafiłyśmy tego robić. Sama nie wiem, dlaczego. Pomoc siostrze kosztowała mnie wiele wysiłku i nieprzespanych nocy. Dałam radę.

Kiedy już cała trudna sytuacja wydawała się szczęśliwie zakończona, a ja radosna i odprężona wracałam do domu, spotkało mnie coś szczególnego. Był późny wieczór, ale nie czułam zmęczenia. Wręcz przeciwnie dawno nie było mi tak dobrze.

Podjeżdżając do garażu, zauważyłam przed samochodem ubraną na biało postać. W takiej sytuacji rzecz pierwsza to noga na hamulec. Zatrzymałam się gwałtownie, a postać zniknęła. Trwało to ułamek sekundy, dosłownie mrugnięcie powiek. Wyszłam przestraszona z samochodu, rozejrzałam się po podwórku, ale nikogo nie było, choć po dzisiejszy dzień pamiętam dokładnie tę jasną poświatę, bijącą od sylwetki szczupłej osoby. Zarejestrowałam ze szczegółami wyraz twarzy i ubiór. Jestem przekonana, że była to moja babcia. Tylko dlaczego mi się ukazała? Być może w podziękowaniu za pomoc okazaną siostrze? Od tamtej pory nie wiem jakim cudem, ale znalazłyśmy z siostra wspólny język i dogadujemy się. Kolejna, już ostatnia sytuacja miała miejsce niedawno. Przeszłam ciężką operację ratująca moje życie. Po powrocie do domu ze szpitala miałam kolejny sen. Byłam w szpitalu, a obok mojego łóżka siedzieli dziadkowie. W czasie mojego pobytu w szpitalu nie żyli już oboje. Dziadek powiedział do mnie, -Ty wiesz wnusia, że oni wszyscy myślą ze my nie żyjemy. Po czym zaczął się śmiać. Babcia również się śmiała. Powiedziała tylko jedno zdanie „teraz już wszystko będzie dobrze”. Sen się skończył.

W Boga nie wierzę, ale zaczęłam wierzyć, że śmierć nie jest końcem wszystkiego. Zastanawia mnie tylko dlaczego w jednym ze snów babcia powiedziała, że zostało jej 28 dni? Skoro obserwuje mnie, to dlaczego nie przyśni mi się w momentach, kiedy jej potrzebuje??? Czemu tak naprawdę miała służyć wizyta białej postaci na moim podwórku?

Droga M., bardzo dziękuję za tę niezwykle szczerą i głęboką relację. Pozwolę sobie zauważyć, że jeśli uznajesz za fakt ciągłości życia po śmierci ciała, to tym samym wierzysz w inteligentną, pełną miłości Siłę, która panuje nad wieloma światami i zachowuje najwartościowszą cząstkę naszego istnienia, czyli duszę w dobrostanie. Dzisiaj chyba już niewiele osób wyobraża sobie Najwyższego jako siwego starca, siedzącego na tronie z chmur. Choć, być może, nigdy nie ogarniemy istnienia tej Siły rozumem, to mamy szansę pojąć ją sercem. Inteligencja serca, nie jest na dzień dzisiejszy kwestią wiary i okazuje się, że nie pomylił się Mickiewicz przekonując „Miej serce i patrzaj w serce”.

„W opublikowanej w 1991 r. książce „Neurokardiologia” dr J. Andrew Armoura udowadniał, że serce ma złożony system nerwowy, który można nazwać małym mózgiem składającym się z czterdziestu tysięcy komórek nerwowych. W 1995 r. inny naukowiec – dr Ming He-Huang z Akademii Medycznej w Harvardzie – odkrył, że komórki te są identyczne z tymi, które znajdują się w mózgu. Oznacza to, że serce i mózg mają ze sobą łączność elektromagnetyczną, dzięki której przesyłają sobie nawzajem informacje.[1]
Sceptyk wytłumaczyłby każdy z Twoich snów, używając argumentów zaczerpniętych tak z psychologii głębi jak i behawioryzmu. Ot, skrywane wyrzuty sumienia, potrzeba potwierdzenia własnych działań, zaspokajanie atawistycznego lęku przed unicestwieniem itd.

Dla sceptyka, życie we wszystkich przejawach, jest tak naprawdę, tylko podniecającą grą, jaką jego intelekt toczy z własnym ego. Dla osoby bogatszej o doświadczenie pozazmysłowe świat otaczający jawi się jako jedna z wielu możliwości istnienia, a resztę podpowiada dusza.

Babci mogło nie podobać się Twoje zachowanie, lecz przypuszczam, że nie o jej subiektywną ocenę chodziło. Babcia prawdopodobnie wiedziała jak destrukcyjne mogą być konsekwencje tego romansu. Wiele snów, w których pojawiają się bliscy zmarli ma charakter proroczy. Zadaj sobie pytanie, co by się stało, gdyby ów romans wyszedł na jaw? Czy Twoje życie byłoby równie zadawalające jak obecne? Osobiście uważam, że tak bliska twemu sercu osoba, usiłowała powstrzymać Cię przed wejściem na życiową równię pochyłą z wszystkimi następstwami tego działania.

Jeśli chodzi o te 28 dni, o których babcia wspomniała, to myślę, że odniosła się do zakończenia pewnego etapu jej duchowej wędrówki. Wszystkie wielkie religie mają swoją wizję wydarzeń rozgrywających się po opuszczeniu ziemskiej powłoki. Na przykład w buddyzmie istniej pojęcie stanu bardo, w którym przechodzenie do subtelnej formy istnienia nie następuje ad hoc, tylko stanowi pewien proces, podzielony na etapy rozgrywające się w konkretnych ramach czasowych. Skoro tak mocno zaakcentowała te 28 dni, to można założyć, że przejście tej fazy było dla niej bardzo ważne, a może wręcz decydujące. Myślę, że była przy Tobie zawsze, kiedy jej naprawdę potrzebowałaś, a w innych niełatwych momentach widocznie wierzyła w Ciebie i wiedziała, że sobie poradzisz. Poza tym, weź pod uwagę, że częste wizyty babci mogłyby wpłynąć nie tylko na Twoją wolną wolę, ale przede wszystkim zachwiać pewnością siebie, a w najgorszym razie uzależnić od zewnętrznej i subiektywnej opinii. Nasi bliscy mogą próbować nam pomóc, ale życia za nas nie przeżyją.

Temat świetlistej postaci, która ukazała się w tak ważnym dla Ciebie momencie jest niezwykle interesujący. Czy była to babcia? Nie wiem. Bezsprzecznie był to sygnał świadczący o zdjęciu jakieś blokady, która umiejscowiła się w Twojej świadomości i ograniczała kontakty z siostrą. Doświadczenie uczy, że z samym sobą także można wejść w dość szczególną relację, również pozazmysłową. Zajmując się problemem siostry, zrekompensowałaś lub innymi słowy wypełniłaś dobrem przestrzeń, która do tej pory pozostawała ziemią jałową i właśnie w tej przestrzeni wasze relacje mogły odrodzić się na nowo. Z mojej perspektywy, zaskoczyła Cię najlepsza cząstka Ciebie samej. Zmieniła się po prostu obraz ciał subtelnych, co mogło spontanicznie zamanifestować się w świecie fizycznym. Oczywiście, jest to tylko i wyłącznie moja hipoteza.

Sen, w którym odwiedzili Cię dziadkowie, zapewne miał zrekompensować traumę jaką była operacja, od wyniku której zależało Twoje życie. Ich zachowanie było kojące, a przekazana informacja cenna. Zakładam, że wiele osób przyjęłoby ją z radością i wdzięcznością.

Dziękuję za list i poświęcony czas.

Mam nadzieję, że dla Państwa ta korespondencja była równie wartościowa jak dla mnie.

 

[1] http://www.poradnikzdrowie.pl/psychologia/emocje/neurokardiologia-naukowcy-dowodza-ze-serce-czuje-i-rozumie_41356.html

 

Spokojnie, tylko spokojnie

 

Napisał do mnie Pan Roman:

„Od pewnego czasu czytam tego bloga i zastanawiam się czy istnieją ludzie, którzy są w stanie przeżyć spotkanie z duchem, tak na spokojnie? Jestem facetem po pięćdziesiątce i uchodzę za osobę odważną. W swoim czasie służyłem w Czerwonych Beretach, gdzie trzeba było pozostać twardym, a strachu żaden z nas nie znał. Jednak wydaje mi się, że w kontakcie z czymś tak dziwnym i niejednoznacznym, chyba bym skrewił. Nie byłem nigdy w takiej sytuacji. Podejrzewam, że gdyby niespodziewanie z ciemności wyłoniła się przede mną jakaś bladolica postać to (przepraszam za dosadność) obawiałbym się o swoje zwieracze.”

Panie Romku, jest Pan bardzo bezpośrednim człowiekiem, ale to dobrze bo takich ludzi lubię najbardziej. Postawił Pan ciekawe pytanie, a ja postaram się udowodnić, że istnieją osoby potrafiące przyjąć z otwartym sercem, również byty duchowe.

Trudno powiedzieć, co właściwie decyduje o postawie jaką przyjmujemy wobec istności duchowych. Z moich obserwacji wynika, że nie ma tu znaczenia ani wiara (rozumiana jako religijność) ani wiek osoby, doświadczającej takiego kontaktu, a już na pewno o jakości i rodzaju tegoż, nie decyduje postawa reprezentowana w codziennym życiu. Innymi słowy ktoś odważny jak żołnierz Czerwonych Beretów, może w relacji paranormalnej czuć się bezradny i przerażony. Natomiast osoba, która na samą myśl o skoku ze spadochronem blednie, przyjmuje bezcielesną obecność naturalnie i bez lęku. Być może, znaczącą rolę odgrywa tutaj jeden z rodzajów naszej inteligencji, a konkretnie inteligencja emocjonalna ze szczególnym uwzględnieniem typu interpersonalnego. Osoba spełniająca kryteria charakterystyczne dla tego typu doskonale rozumie potrzeby innych ludzi, jest wysoce empatyczna i znakomicie czyta mowę ciała. Taka osoba świetnie rozróżnia emocje i co istotne potrafi nad nimi panować. Można powiedzieć, że „czyta” innych ludzi niczym otwartą księgę. Czemu zatem nie miałaby sobie poradzić z rozpoznawaniem intencji w kontaktach między wymiarowych?

Oto relacja nadesłana przez Panią Jolantę:

„Historia miała miejsce po wojnie, na Ziemiach Odzyskanych, prawdopodobnie gdzieś na Dolnym Śląsku. Mieszkająca na wsi rodzina nauczycieli poszukiwała pani do prowadzenia domu. Młode małżeństwo z dzieckiem mieszkało na terenie budynku szkolnego. Babcia mojej koleżanki chętnie przyjęła tę posadę. Zdziwiła się wprawdzie, kiedy zaproponowano jej przestronny, ładniejszy pokój z dużym łóżkiem, a rodzice z dzieckiem pozostali w małym pokoju.

W wolnej chwili, babcia poszła zwiedzać urokliwe okolice. Dotarła na miejscowy cmentarz, gdzie jej uwagę zwrócił grób ulokowany pod płotem w dodatku jako jedyny pozbawiony krzyża. Zaintrygowało ją czemu ten grób nie ma krzyża. Nastała noc, babcia położyła się do łóżka, a po chwili ukazała się jej zakonnica. Po prostu stała w nogach łózka i odezwała się do babci: ”Ja się tutaj powiesiłam”.

Babcia nie przelękła się tylko spokojnie odpowiedziała tak: „To skoro się tu powiesiłaś, to ja się pomodlę za Twoją duszę”. Babcia koleżanki modliła się, a zakonnica przestała ją nawiedzać. Po pewnym czasie babcia dowiedziała się, że grób bez krzyża na cmentarzu był grobem tej właśnie zakonnicy.”

Proszę zwrócić uwagę, że bohaterka tej historii przyjęła duszę zakonnicy szlachetnie, odnosząc się z wielkim współczuciem do jej tragedii. Prawdopodobnie tak samo postąpiłaby również z żywym człowiekiem w potrzebie.

Pozwolę sobie przedstawić historię dotyczącą osoby z mojej rodziny. Rzecz dzieje się w Warszawie, po wyzwoleniu. W mieście rozpoczyna się może jeszcze nie odbudowa w pełnym tego słowa znaczeniu, ale gruntowne porządki. Lewobrzeżna Warszawa to jeden wielki cmentarz, pod gruzami leżą zwłoki, które trzeba pochować.

Julia przetrwała wojnę, ma dach nad głową, właściwie można powiedzieć, że wygrała los na loterii życia. Po pracowitym dniu kładzie się spać, marzy o wannie pełnej wody. Po raz kolejny śni ten sam sen. Młoda dziewczyna stoi wśród ruin. Jula poznaje to podwórko z charakterystyczną kapliczką. Przed wojną mieszkała tam jej najlepsza przyjaciółka. Dziewczyna ze snu jest wyjątkowo ładna. Prawą ręką wskazuje na kilka grobów, i mówi:

-Ten pierwszy jest mój, mam na imię Irena, powiedz moim rodzicom, że tu jest moje ciało. Proszę cię, oni się martwią, wszędzie mnie szukają. Powiedz im, niech wiedzą.

Dziewczyna podaje adres rodziców. Ten sen jest tak realistyczny, że trudno w niego nie wierzyć.

Julia się waha, nie wie czy odnajdzie tych ludzi, jak ją potraktują? Odkłada podjęcie decyzji. Przełom następuje w chwili kiedy dziewczyna ukazuje się jak żywa w kuchni i patrzy błagalnie, swoimi ogromnymi brązowymi oczyma. Jest środek dnia. Jula nie boi się umarłych, tylko reakcji żywych. Zdezorientowana idzie na plebanię. Ksiądz Marek to bardzo mądry człowiek, coś wymyśli. Ze względu na wieloletnią znajomość rozmowa odbywa się bez ogródek. Julia ma nadzieję, że ksiądz zaleci modlitwę za zmarła i zwolni ją z tej posługi (bo tak postrzega prośbę zmarłej). Tymczasem Marek słucha uważnie i mówi:

-Musi pani to zrobić. Sam nie wierzę, że to mówię, ale tak trzeba. Dwa lata temu śniłem o moim mentorze i przyjacielu, księdzu Piotrze. Był strasznie wyniszczony, blady, ale uśmiechnięty. Powiedział do mnie Marku całe życie walczyłem ze złem, ale ono mnie dopadło. Zemściło się okrutnie, moja męka trwała rok, ale dziś nadeszło wyzwolenie. Teraz już mnie nie dosięgną, nie skrzywdzą. Żegnaj.

Ja zapisałem datę tego snu. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że ksiądz Piotr przebywał przez rok w obozie koncentracyjnym i tam zmarł na tyfus. Niemcy skrupulatnie zapisali datę jego śmierci. Obie daty są zgodne, nie mam wątpliwości, że są dusze, którym dana jest łaska łączności ze światem żywych. Jeśli pani chce, pójdziemy razem pod wskazany adres.

Julia zapytała: – czy to nie jest okrutne odbierać tym ludziom nadzieję, może tylko tym żyją? Ksiądz odparł:- ta dziewczyna zna ich lepiej niż my i skoro przyszła to wie, co robi. Załatwimy sprawę razem.

Tak właśnie się stało. Odnaleziono rodzinę Ireny. We wskazanym miejscu dokonano ekshumacji, a zachowane przedmioty pozwoliły na identyfikację. Nie było to zadanie łatwe, ale rodzice wykazali się ogromną determinacją i ciało córki, spoczęło w mogile obok jej dziadków.

Julia odwiedziła później ten grób. Zapytała też księdza Marka:

-Czemu ona przyszła do mnie? Czemu musiałam przeżyć, coś tak dla mnie trudnego?

Spodziewała się długiego wywodu o niezbadanych wyrokach Boga, a otrzymała prostą odpowiedź: To do ciebie przyszło, bo byłaś gotowa.

Moja Babcia mawiała, że Sprawiedliwi świecą jasnym światłem, widocznym dla świata nadprzyrodzonego. Wygląda na to, że jak zwykle miała rację.

Robert A.Gajdziński Dyktowania ludzi w duchu

Mam wielkie szczęście poznawać ludzi niezwykłych. Zupełnie jakby jakaś niepojęta siła kierowała ich w moją stronę. Co nie mniej ważne, mam również przyjemność przedstawiania niebanalnych postaci na tym blogu.

Niedawno los zetknął mnie z Robertem Aleksandrem Gajdzińskim, osobą ze wszech miar nietuzinkową. Robert przez wiele lat był korespondentem Newsweeka i Wprost, podróżował po świecie. Z czasem osiadł na stałe w Londynie. Tam poznał pewną szczególnie uzdolnioną osobę – medium Nell Halinę Noell.

Przez kilka lat wynajmował u niej mieszkanie, a z czasem stał się świadkiem dyktowań, jakie odbierała Pani Halina. Na dzień dzisiejszy Robert jest depozytariuszem ponad pięciuset dyktowań. Chodzi oczywiście o tak zwane dyktowania ludzi w duchu. Niespotykanie rzadko zdarza się medium obdarzone tym, nie bójmy się tego słowa, darem duchowym.

Co ciekawe media, mimo, że mieszkają w różnych, często odległych krajach otrzymują przekazy dokładnie tej samej treści. Spójność treści potwierdza, w mojej ocenie, ich autentyczność.

Część przekazów można odnaleźć i zapoznać się z nimi, pod warunkiem oczywiście dobrej znajomości języków obcych. Nie każdy jednak jest poliglotą, a przekład nie zawsze trafnie oddaje istotę rzeczy.

Pani Nell Halina Noel, (bo tak o sobie mówiła) spisywała swoje przekazy w języku polskim, mimo że od młodych lat mieszkała w Londynie, gdzie rzuciła ją wojenna zawierucha. Mamy, więc niepowtarzalną okazję czytać przekazy bez zniekształceń związanych z tłumaczeniami.

Tematyka dyktowań jest niezmiernie szeroka. Duszami dyktującymi byli filozofowie, artyści i naukowcy, ale także święci i mistycy. Szczególną kategorię stanowią, ze zrozumiałych względów, dyktowania Jezusa Chrystusa.

Oczywiście dla pewnej grupy osób dyktowania mogą mieć charakter kontrowersyjny. Pytam jednak: czy istnieje tylko doktrynalna Prawda o Bogu? Każdy z nas posiada rozum i sumienie, a to wystarczające narzędzia do poznania Prawdy.

Podkreślam też, że co do zasady dyktować mogą tylko czyste duchy, których intencje są szlachetne. Nawet dusze samobójców są z dyktowań wykluczone.

Szanowni państwo, obok tego tematu nie sposób przejść obojętnie. Robert poświęcił wiele lat życia, aby spuścizna Pani Haliny dotarła do większej liczby osób. Dzięki jego staraniom ukazały się dwie książki zawierające teksty dyktowań. Jest to jednak przysłowiowa kropla w morzu, zważywszy ilość zebranych materiałów.

Dzięki audycjom zrealizowanym przez Studio VTV1 możecie Państwo poznać Roberta Gajdzińskiego niejako osobiście i wyrobić sobie własną opinię, sugerując się czymś więcej niż mój, nawet wyczerpujący opis.

Zdaję sobie sprawę, że część z Czytelników nie korzysta z mediów społecznościowych. Ze względu na Państwa wygodę postanowiłam udostępniać kolejne audycje z Robertem Gajdzińskim.

 

Zapisz

Zapisz

Przeczucie śmierci – czy istnieje?

 

Często piszecie Państwo o snach, znakach i dziwnych sytuacjach poprzedzających wiadomość o śmierci kogoś bliskiego lub przynajmniej znajomego. Co ciekawe, te swoiste zwiastuny mają charakter powtarzalny i stają się motywem towarzyszącym danej osobie przez całe życie.

Przytoczę przykłady:

„Od dzieciństwa sny o wypadających zębach były dla mnie ostrzeżeniem. Pierwszy raz, kiedy śniłam ten sen, zapytałam mamę, co taki sen oznacza? Odpowiedziała mi, że to może oznaczać czyjąś śmierć lub chorobę. No i stało się, umarła bliska nam sąsiadka. Kiedy następny raz miałam ten sen zmarł jej mąż. Te zgony nastąpiły w krótkim czasie. Do dzisiejszego dnia tak mam. Sen wyprzedza wiadomość o śmierci.”

„Jako nastoletnia dziewczyna topiłam się i cudem mnie uratowano. W wodzie szybko straciłam przytomność i nie mam żadnych nadzwyczajnych wspomnień. Jednak od tego wydarzenia bardzo wyostrzyła się moja intuicja. Poza tym pojawił się sen, który zawsze przepowiada śmierć kogoś z rodziny lub osoby z kręgu znajomych. Śni mi się wielka sala. Po środku sali stoi duży stół nakryty przepięknym białym obrusem. Nie ma żadnej zastawy itp. przedmiotów. Jedyna ozdoba to ogromny kryształowy wazon pełen kwiatów. Obchodzę ten stół, wącham kwiaty, ( co ciekawe za każdym razem innego gatunku) i czuję się tak jakbym na kogoś czekała. Po latach nie mam już wątpliwości, że za chwile zadzwoni telefon, albo spotkam kogoś, kto przekaże mi smutną wiadomość.”

Czy osoby umierające mogą, jak najdosłowniej, zawiadomić nas o swojej śmierci? Wszystko wskazuje na to, że istnieje taka możliwość.

„Rosyjski klinicysta, prof. G. Sergiejew, dokonując pomiarów termodynamicznych w powietrzu otaczającym głowę umierającego, stwierdziła krótkotrwały wzrost emisji energii tuż przed ostatnim uderzeniem serca. Wiele wskazuje na to, że nośnikiem informacji o śmierci są fale elektromagnetyczne zbliżone długością do nadfioletu. Informacja odebrana telepatycznie przez śpiącego oddziałuje na proces skojarzeń w czasie marzeń sennych, przy czym powstałe wizje mogą mieć charakter symboliczny”[1].

Jest to bardzo przekonujące wytłumaczenie. Zwłaszcza, jeśli wierzymy w istnienie pola morfogenetycznego, które łączy nas wszystkich.

Symboliczny charakter tych wizji pozostaje sprawą indywidualną. Prawdopodobnie ktoś, dla kogo wizyta u stomatologa, jest doświadczeniem apokaliptycznym, skojarzy śmierć z chorymi zębami. Wszak wypadający ząb jest martwy i nic nie jest w stanie na powrót połączyć go z dziąsłem. Jest to swoista alegoria śmierci.

Czy stół przykryty białym obrusem nie kojarzy się Państwu z katafalkiem? Na stole nie ma zastawy, nie ma wspaniałych potraw. Po prostu, pokarmy fizyczne nie są już potrzebne. Kryształowy wazon, to dla mnie metafora kruchości ludzkiego życia. Natomiast zmieniające się bukiety kwiatów nasuwają myśl o ostatnim pożegnaniu, ale też o różnorodności ludzkich charakterów, które mogą reprezentować. Zarozumiały narcyz, piękna róża, ciepły i zawsze radosny słonecznik, melancholijny irys, można by długo wymieniać.

Nasuwa się kolejne pytanie, czy nie będąc ekstrasensem można przewidzieć czyjąś śmierć?

A może wszyscy mamy takie zdolności, tylko z nich nie korzystamy?

„Jest takie zdarzenie, które szczególnie zapadło mi w pamięć. Lata temu, w dzień mojej imprezy urodzinowej, kiedy składał mi życzenia mój brat, tak po prostu przyszła mi myśl, że to jest nasze „ostatnie pożegnanie!!” W takim sensie, jakbym widziała czarną wstążkę na wiązance pogrzebowej. W tamtym momencie ogarnęło mnie przerażenie i czuję je również teraz jak o tym wspominam. Niestety mój brat kilka tygodni później zmarł. Do dnia dzisiejszego nie mogę tego pojąć.”

My, istoty żyjące w ciałach fizycznych „nie znamy dnia ani godziny”. Nasza świadomość jest tak zaprojektowana i dobrze, bo cóż by to było za życie, gdybyśmy znali dokładną datę śmierci? Jestem natomiast głęboko przekonana, że nasza dusza doskonale zna datę opuszczenia ciała i jakoś się na to wydarzenie przygotowuje. Być może w ten sposób wychwytujemy taki „sygnał odejścia” i dla tego zdarzają się sytuacje, jak ta opisana powyżej.

Inny przykład:

„Moja siostra i szwagier to zapaleni podróżnicy. Mieszkają od lat w Holandii, powodzi im się dobrze i po prostu stać ich na egzotyczne wyjazdy. Kiedy urodził im się syn Alan, nie zrezygnowali ze swojej pasji. Nasza mama miała im nawet za złe, że podróżują z tak małym dzieckiem. Siostrzeniec zawsze cieszył się na każdy wyjazd, żartowaliśmy, że pasję wyssał z mlekiem matki. Cztery lata temu (gdy Alan miał 6 lat) zaplanowali wyjazd zimowy. Piękna okolica i pensjonat urządzony „pod dzieci”. Dwa dni przed wyjazdem Alan miał w nocy zły sen, obudził się z płaczem. Powiedział, że nie chce wyjeżdżać, bo „boi się tamtego miejsca” Jakoś go jednak przekonali. W drodze wydarzył się okropny wypadek. Najbardziej ucierpiał

Alan. Jego serduszko przestawało bić aż trzy razy. Lekarze, którzy go ratowali, nie przyjmowali podziękowań. Powiedzieli, że on sam wywalczył swoje życie. Kiedy Alanek odzyskał przytomność powiedział „ Mówiłem wam, że boję się tego miejsca. Mój przyjaciel (Alan przyjaźnił się z Felixem, który zmarł pół roku przed wypadkiem) ostrzegł mnie, żebym został w domu. Ja wiem, że umarłem, ale tylko na chwilę. Najpierw się bałem, ale Felix się pojawił i kazał mi biec do siebie, wracać do domu.” Czy możliwe jest, żeby takie małe dziecko przeczuło to wszystko? Praktycznie przewidziało własna śmierć?„

Parafrazując słowa wieszcza „Czucie i wiara, silniej mówią do dzieci niż mędrca szkiełko i oko”. Na poziomie -poza ciałem-, czyli, częściowo również we śnie, wiek człowieka nie ma znaczenia. Czy Alan miał przeczucie śmierci? Nie wiem, czy tak można nazwać jego lęki. Na pewno otrzymał ostrzeżenie.

Dzieci są niezwykle wrażliwe nie tylko na poziomie fizycznym, ale również duchowym. Warto ich zatem słuchać, a czasem zawierzyć ich przeczuciom.

Ilustracja: autorstwa Azuma Itsuko

 


[1] Krzysztof Boruń „Spór o duchy”

Dziecko w konfrontacji ze śmiercią cz. III

 

 

Otrzymałam kilka interesujących wiadomości od Państwa i właśnie pod wpływem tej lektury postanowiłam napisać raz jeszcze o dzieciach, którym dane było zajrzeć za kurtynę śmierci.

Przedstawię fragment listu od Pani Joanny, mamy Piotra. Obecnie, chłopiec jest gimnazjalistą, a patrząc na tak zdrowo wyglądającego młodzieńca, nikomu przez myśl by nie przeszło, że urodził się, jako wcześniak i do siódmego roku życia był niezwykle chorowitym dzieckiem. Ważny dla tej historii jest jeszcze jeden fakt. Mianowicie biologiczny ojciec Joanny zginął w wypadku samochodowym, kiedy była bardzo małą dziewczynką. Piotruś żył w przekonaniu, że drugi mąż matki Joanny jest jego „prawdziwym” dziadkiem. Joanna ojczyma bardzo kocha i jak napisała wiele mu w życiu zawdzięcza. Rodzina uznała, że opowiedzą chłopcu o zmarłym dziadku, kiedy będzie starszy. Piotruś miał niespełna sześć lat, gdy zachorował na anginę. Przebieg choroby był ciężki i dziecko trafiło do szpitala.

„ Siedziałam przy nim bez przerwy. Wreszcie moja mama przekonała mnie żebym pojechała do domu odpocząć i się wykąpać. Okazało się, że pod moją nieobecność stan syna gwałtownie się pogorszył i na chwilę jego serduszko przestało bić. Lekarze podejrzewali sepsę, a ja zaczęłam tracić nadzieję. Po kolejnych trzech dobach walki, sytuacja zaczęła się normować. To była wielka ulga. Pierwsze słowa synka po odzyskaniu przytomności brzmiały: miałem dziwny sen. Po powrocie do domu Piotruś opowiedział nam ten „sen”. Mówił o jasnym korytarzu, na którym nie było nikogo poza nim. On się trochę przestraszył, chyba właśnie tej całkowitej samotności. Wtedy pojawił się mężczyzna z psem. Opis był tak szczegółowy, że nie mieliśmy żadnych wątpliwości, o kogo chodzi. Pamiętam, że mama zawołała mnie do kuchni, zaczęła płakać i zapytała czy ma pokazać Piotrkowi zdjęcia mego biologicznego ojca? Zrobiłyśmy to i Piotr potwierdził: tak to tego pana widziałem. Oczywiście wytłumaczyłam mu, kim jest mężczyzna, którego widział w swoim „śnie”. Jeśli chodzi o psa to syn również dokładnie go opisał. Moja mama powiedziała mi, że tata jeszcze za kawalerskich czasów miał suczkę, która posiadała ogólnie ciemne umaszczenie, ale na czole miała białą łatkę, kształtem przypominającą gwiazdę, stąd jej imię Gwiazdka.

Jednym słowem, mój zmarły ojciec zaopiekował się Piotrusiem, kiedy synek opuścił swoje ciało. Serce Piotrusia nie biło przez około sześć minut. Chyba ludzki rozum nie jest w stanie ogarnąć, jak to możliwe, że tata znalazł się gdzie trzeba we właściwym momencie. Z całą stanowczością podkreślam, że Piotruś nie widział wcześniej zdjęć mojego ojca.”

Dla mnie faktem oczywistym jest, że sześcioletnie dziecko nie będzie konfabulowało na temat swojego „snu” i to jeszcze na zawołanie. Piotruś spotkał dziadka, a ten po prostu uspokoił chłopca i w pewnym sensie zapobiegł niepotrzebnej traumie. Absolutnie wierze w autentyczność tej relacji. Poza tym w literaturze tematu można znaleźć  podobne historie, chociaż, że zrozumiałych względów nie są one zbyt powszechne.

Osobiście spotkałam tylko jedną osobę o podobnym doświadczeniu. Miała na imię Anna i pod drugiej stronie poznała swoją zmarłą siostrę bliźniaczkę. Anna urodziła się na mazurach, a kiedy skończyła trzy lata rodzice wyprowadzili się do Wrocławia. W wieku około czternastu lat zaczęła odczuwać ból w podbrzuszu. Lekarze zbagatelizowali objawy. Uznali, że dziewczynka pewnie za kilka dni zacznie miesiączkować i stąd te dolegliwości. W nocy ból stał się tak silny, że Annę przewieziono do szpitala, gdzie chirurg zdiagnozował ostre zapalenie wyrostka robaczkowego. Trafiła na stół operacyjny, niestety doszło do „rozlania wyrostka”. W tym czasie, mówiąc kolokwialnie, Anna odpłynęła. Znalazła się poza ciałem. Spotkała tam dziewczynkę, bardzo do siebie podobną. Ta dziewczynka oświadczyła, że ma na imię Marysia i jest jej zmarłą siostrą bliźniaczką. Powiedziała też: musisz wracać, mamie pęknie serce, jeśli straci również ciebie.

Anna wracać nie chciała. Bardzo podobał jej się niezwykły świat, który ujrzała, a poza tym nie potrafiła rozstać się z siostrą. Od początku nie miała żadnych wątpliwości, kogo widzi.

W swojej relacji użyła ciekawego określenia: „Ogarnęła mnie absolutna pewność, że jestem w świecie poza kłamstwem. Marysia była realna. Czułam jej dotyk i zapach.”

Po kilku dniach opowiedziała całą historię swoim rodzicom. Ci rozpłakali się i przyznali, że Anna rzeczywiście miała bliźniaczkę, która zmarła na trzeci dzień po urodzeniu. Dostały na imię Anna i Maria, ponieważ ojcu bardzo podobała się piosenka Czerwonych Gitar pod tytułem „Anna Maria”. Lekarz pediatra poradził, aby nie mówili Annie, że miała siostrę „nie będzie wiedziała i nie będzie tęskniła” Rodzice posłuchali.

O bólu i operacji Anna zapomniała szybko. Wspomnienie związane z siostrą miało wpływ na całe jej życie. Po latach sama urodziła bliźniaczki i jednej z nich nadała imię Maria.

Bardzo głęboko wierzę, że człowiek posiada nieśmiertelną duszę, która przechodzi do innego wymiaru. Sprawę reinkarnacji również uważam za oczywistą. Nieznani krewni, pojawiający się podczas doświadczeń poza ciałem, są najlepszym dowodem nie tylko na nieśmiertelność, ale również na głębię i swoistą nierozerwalność relacji powstałych w ciągu naszego życia, przed nim i po nim.

 

Zapisz

Dziecko w konfrontacji ze śmiercią cz. II

 

 

Mili Państwo, po przemyśleniach postanowiłam uzupełnić poprzedni wpis i rozwinąć poruszony wcześniej temat. Istnieje bowiem jeszcze jeden bardzo ważny aspekt pojawiający się właśnie w konfrontacji dziecka ze śmiercią. Dotyczy on wszelkiego rodzaju kontaktów, jakie usiłują nawiązać z dziećmi osoby zmarłe. Zważywszy percepcję dziecka, które postrzega świat bez uprzedzeń i schematów właściwych osobom dorosłym, nie dziwi fakt, że to właśnie z dziećmi zmarli tak często nawiązują kontakt, a czasem wręcz budują trwałą relację. Dodać by można, co nieco na temat czakry korony i tego jak aktywna jest ona u dzieci, ale może to spojrzenie na sprawę nie każdego interesuje.

Zacznijmy od tak zwanego „wymyślonego przyjaciela”. Zjawisko znane i szczegółowo opisane w psychologii. Jeśli ów przyjaciel ma cechy przeciętnego dziecka w zbliżonym wieku lub w ostateczności jest elfem, albo jednorożcem to właściwie nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Sytuacja komplikuje się, kiedy przyjaciel jest kimś bardzo wyjątkowym. Przywołam w tym miejscu list od Pani Anny mieszkającej w Austrii.

„Mieszkamy w Austrii od piętnastu lat. Właśnie tam poznaliśmy się z mężem i po dwóch latach znajomości wzięliśmy ślub. Wkrótce potem urodziła się nasza córka Lena. Kiedy mała skończyła cztery latka postanowiliśmy się przeprowadzić. Mój mąż zajął się szukaniem nowego mieszkania. W końcu zabrał nas w miejsce absolutnie cudowne. Piękna duża kamienica w spokojnej okolicy, sąsiadująca z olbrzymim parkiem. W tym miejscu wcześniej mieścił się szpital dziecięcy, a właściwie jego oddział. Były tam leczone dzieci chore na gruźlicę i inne choroby zakaźne. Kiedy w mieście wybudowano nowy szpital, piękny budynek pozostał pusty. Wyremontowano go i przerobiono na budynek mieszkalny. Wprowadzałam się tam z głowa pełna marzeń. (…) Po jakimś czasie zauważyłam, że Lena z kimś rozmawia. Tak całkiem normalnie, jak rozmawiamy z innymi ludźmi. Znajoma lekarka wytłumaczyła mi, że dzieci tak mają i wymyślają sobie przyjaciół. Pierwszy szok przeżyłam przy śniadaniu, kiedy córka powiedziała: mamusiu Marlen siedzi koło ciebie i mówi, że jesteś ładna. Zbagatelizowałam sytuację, a jednocześnie zaczęłam wypytywać córkę o Marlen. Córka powiedziała, że Marlen zmarła w tym szpitalu, opowiadała różne anegdoty o lekarzach i innych pacjentach. Znała historię szpitala. Zaniepokoiliśmy się z mężem na poważnie. Zapisałam nazwiska lekarzy wymienianych przez Marlen i okazało się, że wszystkie są prawdziwe. Praktycznie wszystkie fakty się zgadzały. Przyjaźń między moją Leną, a tą zmarłą dziewczynką zacieśniała się, a my byliśmy bezradni.(…) Na dodatek okazało się, że jestem w ciąży. Oczywiście cieszyliśmy się z tego dziecka, ale mąż naciskał, aby przeprowadzkę, którą mi obiecał, przełożyć na później. Chciałam opuścić to miejsce. Ja się po prostu bałam, że ktoś usłyszy o Marlen i zainteresują się sprawą tutejsze urzędy do spraw dzieci. Autentycznie bałam się, że odbiorą nam córkę, albo jeszcze oskarżą o jakieś straszne czyny przeciwko niej.(…) Natychmiast po urodzeniu syna wyprowadziliśmy się w inne miejsce. Lena tęskniła za „przyjaciółką”, ale poszła do szkoły i tam jej jakoś przeszło. Do końca życia będę pamiętać tamte wydarzenia i nie zamieszkam w starym budynku, mało tego nie chcę żadnych antyków ani innych przedmiotów nieznanego pochodzenia.”

Doskonale rozumiem obawy Anny dotyczące odebrania dziecka. Nasi polscy dziennikarze śledczy dostarczają coraz to nowych materiałów na ten temat. Niestety łatwo jest odebrać dziecko Polakowi, zwłaszcza, jeśli nie ma obywatelstwa kraju, w którym mieszka.

Wracając do Leny, przy tak zaawansowanym kontakcie z istotą bezcielesną, przeprowadzka wydaje się być sensownym rozwiązaniem. Nie od rzeczy byłoby też wezwać kogoś, aby pomógł owej Marlence, tkwiącej między wymiarami i pewnie bardzo samotnej.

Bywa, że nasze dziecko tuz po śmierci dziadka czy innej bliskiej osoby twierdzi, że widuje ją/ jego w swoim pokoju. Jakże często bagatelizujemy takie słowa. Uciekamy przed problemem, wmawiając dziecku, że to przywidzenia lub, co gorsza, krzyczymy i upominamy by nie fantazjowało i nie opowiadało głupot. W końcu dziecko zamyka się w sobie i zostaje samo z czymś, czego nie rozumie, a instynktownie się tego obawia. Proponuję zapoznać się z historią Pani Karoliny.

Dom rodzinny Karoliny był dostatni, a rodzice rozpieszczali jedynaczkę, zatem dobrze wspomina ona swoje dzieciństwo. Ojciec zbierał zegarki i zegary. W kolekcji miał jeden szczególny, wygrywający bawarską melodyjkę. Babcia Karoliny szczerze lubiła zięcia, ale nie znosiła tego zegara, ponieważ przypominał jej dramatyczne chwile. Jako nastolatka została wywieziona wraz z matką na roboty do Niemiec. Wylądowała na wsi. Tam nikt nie liczył się z jej wiekiem i zmuszano ją do pracy ponad siły. W domu tego niemieckiego gospodarza wisiał taki sam zegar z kurantem. Babica zmarła, kiedy Karolina miała dwanaście lat. Wnuczka widywała ją w swoim pokoju niemal każdej nocy. Rodzice najpierw bagatelizowali sprawę, tłumaczyli jej, że duchów nie ma. Z czasem niechętnie wysłuchiwali kolejnych opowieści, a w końcu zaczęli krzyczeć. Sytuacja zagęszczała się aż do spektakularnych wydarzeń, jakie miały miejsce, pewnej marcowej nocy.

„Wydarzenia tamtej nocy to jak scenariusz z marnego horroru. Nie dość, że szalała burza to ja miałam gorączkę i ogólnie czułam się podle. Zdrzemnęłam się na chwilę, a kiedy się przebudziłam zobaczyłam babcię. Przedtem widziałam ją w rogu pokoju, a wtedy nachylała się nade mną. Zaczęłam krzyczeć. Rodzice przybiegli i znowu tłumaczyli, że żadnej babci tu nie ma, a ja po prostu majaczę z gorączki. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale zaczęłam się szarpać z ojcem, przy czym krzyczałam: pokaż się, zrób coś, niech wiedzą, że tu jesteś, przez ciebie zrobią ze mnie wariatkę itp. W pokoju ojca coś grzmotnęło. Spadł ten nieszczęsny zegar i rozbił się na kawałki. Tej nocy wylądowałam w szpitalu. Mogę przyjąć, że majaczyłam z powodu gorączki, ale przecież wcześniej byłam zdrowa.

Od tamtych wydarzeń minęło 15 lat. Ojciec nie próbował nawet naprawiać tego zegara, a mama często zamawia msze za duszę babci. Ja wiem tylko, że człowiek to coś więcej niż ciało. Do dzisiaj czuję się jakoś tak niepewnie podczas burzy.”

 

 

Duszy nie ogranicza czas i przestrzeń

 

 

Otrzymałam bardzo interesujący list od Pani Marty mieszkającej na Florydzie. Ponieważ tekst jest dość długi postaram się go dla Państwa streścić.

Otóż Marta przebywa w Stanach już od kilkunastu lat. Ułożyła sobie szczęśliwie życie, ma męża i dwóch synów. W Częstochowie mieszkają jej rodzice i do swojej śmierci mieszkała również babcia, która odeszła w zeszłym roku dożywając sędziwego wieku.

Dzień, który zrelacjonuje, nie zapowiadał się jakoś niezwykle. Marta wprawdzie czuła dziwny niepokój i nawet przez moment pomyślała, czy aby z babcią wszystko w porządku? Jednak wir codziennych obowiązków wciągnął ją niemal natychmiast, nie pozostawiając miejsca na roztrząsanie duchowych rozterek. Wieczorem, padła ze zmęczenia i usnęła na kanapie przed telewizorem. Obudziła się w środku nocy. Zaniepokoiły ją odgłosy dobiegające z ogródka. Ich domowy pieszczoch, pies Skip, ni to skamlał, ni piszczał. W każdym razie coś było ewidentnie nie tak i Marta postanowiła to sprawdzić. Wiedziała, że Skip jest mądrym i ułożonym psem, który nie zachowuje się w podobny sposób bez powodu. Było tuż po pełni i księżyc świecił mocno. W ogrodzie rośnie duże drzewo. W jego cieniu, Marta ustawiła wiklinowe krzesła i sofę. Już z daleka zauważyła, że pies podbiega do jednego z foteli przez chwilę waruje i znowu oddala się o kilka metrów, cały czas obserwując fotel. Kiedy podeszła bliżej w fotelu zauważyła postać, odruchowo przywołała psa, ale nie zareagował. Marta mieszka w bardzo spokojnej okolicy, więc śmiało podeszła jeszcze bliżej. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że tą postacią jest jej babcia. Martę zamurowało, to nawet nie był strach tylko ogromne zaskoczenie. Babcia uśmiechnęła się i powiedziała „pięknie się tu urządziłaś, teraz jestem spokojna”. Marta nie wydobyła z siebie ani jednego dźwięku, a zjawa babci po prostu się rozpłynęła.

Jak się Państwo domyślacie, Marta pobiegła do domu i zadzwoniła do rodziców. Babcia odeszła we śnie, bardzo spokojnie. Rodzice nie zdążyli jeszcze ochłonąć na tyle, żeby myśleć o powiadamianiu wnucząt.

Pani Marta zastanawia się jak to możliwe? Przecież od bliskich dzielą ją tysiące kilometrów!

Nie tylko Pani Marta dziwi się możliwościom, które osiągamy przebywając poza ciałem. Lata temu inna kobieta sięgnęła dla mnie do swoich wspomnień. Zofia, (bo tak miała na imię) mieszkała na Kresach. Jako „element szkodliwy” została wywieziona wraz z rodzicami na Syberię. (Jej dziadkowie mieszkali w Warszawie). Na „nieludzkiej ziemi” wegetowali w strasznych warunkach. Pewnej nocy obudził Zofię płacz matki, która niezwykle przejęta opowiadała ojcu Zofii, że śniła o swoich rodzicach, którzy pożegnali się z nią. Była pewna, że obydwoje nie żyją. Po latach, kiedy całej trójce udało się wrócić do kraju, ustalili, że dziadkowie Zofii zginęli dokładnie dzień lub dwa przed nocnym „widzeniem” jej matki. Była to egzekucja uliczna. Sąsiedzi, będący jednocześnie świadkami, ocaleli i zdali relację, co do szczegółów śmierci dziadków Zofii.

Jak widać dla duszy nie istnieją przeszkody mogące zatrzymać ją w drodze do celu.

Jeśli przyjmiemy, że dusza lub jak kto woli świadomość, jest niczym innym jak boską cząstką w nas samych to czy taką moc ograniczy czas i przestrzeń? Takie właśnie „widzenia” w pełni odzwierciedlają, czym w istocie jest dusza i co znaczy potęga jej woli.

Pani Marcie dziękuję za piękną, osobistą historię i ślę moc pozdrowień przez ocean czasu tudzież Ocean Atlantycki.

Dom z bogatą historią i elegancki duch

Wielokrotnie już na tym blogu publikowałam historie osób, które doświadczyły kontaktu z „druga stroną”, co w dłuższej perspektywie, owocowało zmianami w ich życiu. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że nic nie dzieje się przez przypadek. Powiem więcej, dusze, komunikując się na poziomie werbalnym lub symbolicznym działają w naszym, dobrze pojętym interesie. Moim skromnym zdaniem, istoty duchowe doskonale wiedzą jak osiągnąć najlepszy efekt lub wręcz jak dozować napięcie, aby taki kontakt pozostawił niezatarty ślad w psychice obserwatora. Pomijając dusze zdegenerowane, oni nie chcą nas straszyć, ani bawić się naszym kosztem. Przekazują komunikaty, ostrzegają lub inspirują do działania.

Z wielką przyjemnością publikuje dzisiaj list od Pani Bożeny :

„Moja mama po rozwodzie z ojcem poszukiwała mieszkania. Znalazła u koleżanki z pracy – Pani Basi. Mieszkanie było podzielone na dwa -jedno i dwupokojowe ze wspólnym użytkowaniem kuchni i łazienki. Chodziłam wtedy do szkoły średniej.

Miałam 16 lat siedziałyśmy obie z panią Basią w kuchni przy oknie. Na kuchennym stole pani Basia kładła dla mnie pasjansa dwiema taliami holenderskich kart. Pięknymi kartami, mocno zniszczonymi, przedwojennymi, z graficznym przedstawieniem symboli i postaci.Był jesienny wieczór, zapalone światło, naprzeciwko stołu otwarte drzwi na ciemny przedpokój.

Nagle kątem oka zauważam postać, odwracam głowę i widzę jakiegoś mężczyznę przechodzącego przez przedpokój. Nie widać jego twarzy, na głowę naciągnięty kapelusz, podniesiony kołnierz długiego płaszcza trenczu, związanego paskiem. Szerokie spodnie z mankietami, brązowe, skórzane buty. Całość ubioru w kolorze khaki, mniej więcej w stylu lat trzydziestych. Ręce włożone do kieszeni.

Nie słychać było otwieranych drzwi, człowiek pojawił się bezszelestnie.

Pani Basia spojrzała na mnie i spytała:

-Widzisz to, co ja?

-Tak!

Wstałyśmy od stołu, złapałyśmy się za ręce, zapaliłam światło w przedpokoju – nikogo tam nie było….Otwierałyśmy drzwi do kolejnych pokoi, zapalałyśmy światło, ale w żadnym pomieszczeniu nikogo nie było…..

Pani Basia spojrzała na mnie:

-Gdybym była sama uwierzyłabym, że miałam jakieś przywidzenia, ale jesteśmy we dwie, więc na pewno ta postać przywidzeniem nie była.

-Gdybym była sama, bez pani, pomyślałabym tak samo.

Obie byłyśmy nieco zmieszane, w końcu nie często widuje się ducha.

Byłam wtedy świeżo po przeczytaniu książki ks. Klimuszki „Moje widzenie świata”, (księdza z mojego miasta), więc nabrałam jakiejś wewnętrznej pewności, że ten człowiek właśnie zmarł i przyszedł odwiedzić swoje dawne miejsce.

Wtedy szukałam informacji o moim domu, okazało się, że został wybudowany w latach trzydziestych dla pracowników stoczni Schichau w Elblągu (https://pl.wikipedia.org/wiki/Ferdinand_Schichau), produkującej później na potrzeby wojenne, stąd wynikła szybka budowa (spore osiedla w tym stylu) domów dwu- trzy-piętrowych z dwuspadowym dachem.

Wydawałoby się, ze to już koniec historii, a jednak….Minęło wiele lat (20?) od tamtego wydarzenia, wyszłam za mąż, miałam dzieci.

Któregoś dnia byliśmy na spotkaniu u przyjaciół.  Zebrało nam się na opowiadania historii z własnego doświadczenia – „nie z tej ziemi”. Niewytłumaczalne zjawiska z punktu widzenia nauki. Opowiedziałam swoją historię. W momencie opisu wyglądu „mojego ducha” koleżanka wykrzyknęła:

– Ten sam człowiek odwiedzał panią G. spod jedynki!

Okazało się, że rodzice mojej znajomej znali rodzinę mieszkającą pod nr 1.  Z relacji rodziny poznali historię wizyt tego osobnika w ich mieszkaniu. Byłam lekko wstrząśnięta, pani Basia już dawno nie żyła, więc nie było nikogo, kto mógłby potwierdzić czy uwiarygodnić moją historię, a tu jednak jest!

Przy okazji zaczepiłam sąsiadkę z zapytaniem o odwiedziny ducha. Pani G. potwierdziła, był kilkakrotnie u nich w mieszkaniu, nawet siadał na fotelu. W związku z tym prosili księdza o poświęcenie mieszkania.

I to jest koniec tej historii. Jednak od tamtego czasu miewam „kontakt” z bliskimi zmarłymi, którzy na krótki moment pojawiają się albo w mojej świadomości, albo we śnie, uspakajając mnie lub prosząc o coś. Nie czuję lęku, wiem, że świat jest o wiele bardziej złożony niż mój ludzki umysł jest w stanie sobie wyobrazić.

Nie tak dawno, jakieś 3 lata temu, zainteresowałam się metodą kwantową 2p. Zrobiłam kursy, można rzec weszłam na ścieżkę rozwoju duchowego ( cokolwiek pod tym pojęciem rozumiemy) a inaczej mówiąc – życia świadomego. Tylko nie wiedziałam, że fizyka kwantowa tak bardzo zbliży mnie do Boga, za to jestem wdzięczna. Za każde doświadczenie, które przyszło mi lub przyjdzie przechodzić. Te doświadczenia zawsze czemuś służą, nawet, jeśli nie jestem w stanie na dzień dzisiejszy zauważyć ich głębszego sensu.”

 

Autorce dziękuję za poświęcony czas oraz wielką szczerość i życzę samych sukcesów we wszystkich aspektach życia.