Kochaj i pozwól odejść !

Akcja dzisiejszej opowieści dzieje się w latach pięćdziesiątych na Podlasiu. Rodzina Pani L. wiodła tam pracowite, ale spokojne życie. Dziadek i babcia, wtedy jeszcze pełni sił mieszkali w niewielkiej miejscowości, gdzie prowadzili gospodarstwo rolne i wychowywali piątkę swoich dzieci. Oczkiem w głowie rodziców była siedmioletnia Felcia. Dziewczynka urocza, niezwykle bystra i chętna do pomocy. Choć wszystkie dzieci w tej rodzinie były kochane i zadbane to jednak z najmłodszą pociechą wiązano największe plany na przyszłość. Dumny ojciec często powtarzał, że jego córka na pewno zostanie kimś wybitnym.

W domu każdy miał swój zakres obowiązków i pomagał rodzicom, ale zawsze w miarę swoich możliwości. Pewnego razu matka poprosiła najstarszą, osiemnastoletnią córkę, aby przyniosła wiadro wody ze studni. Dziewczyna albo nie usłyszała, albo się ociągała, nie wiadomo. W każdym razie mała Felcia, niewiele myśląc pobiegła do studni. Wyciągnęła i próbowała przenieść wiadro do domu. Niestety podczas tej czynności doszło do uszkodzenia kręgosłupa. W tamtych czasach o lekarza specjalistę było trudno nawet w dużych miastach, a co dopiero gdzieś w małej mieścinie na Podlasiu. Czy to w wyniku powikłań, czy nie właściwiej opieki medycznej, dziewczynka zmarła. Cała rodzina pogrążyła się w rozpaczy. Zwłaszcza jej ojciec nie potrafił pogodzić się ze stratą córki. Trudno się dziwić, wszak naturalną koleją rzeczy to dzieci powinny chować rodziców, a nie odwrotnie. Śmierć dziecka generuje niewyobrażalne cierpienie i często staje się ciężarem, którego dźwiganie porównać można jedynie do bolesnej tajemnicy drogi krzyżowej. Zrozpaczony ojciec pragnął zobaczyć Felusię raz jeszcze i dowiedzieć się czy aby na pewno jest jej dobrze po tamtej stronie. Modlił się o to żarliwie każdego dnia. Widać było, że jego gorące pragnienie staje się pomału obsesją. Pewnej nocy córeczka przyszła do niego we snie i prosiła, aby uwolnił ją i nie przywoływał więcej swoimi myślami, gdyż nie może przychodzić do niego na zawołanie. Rano opowiedział sen swojej żonie, ale nie zaprzestał żarliwych próśb i przywoływania córki. Całkowicie zlekceważyła przesłanie zawarte we śnie. Wkrótce w całym gospodarstwie zaczęły dziać się rzeczy, które trudno byłoby racjonalnie wytłumaczyć. Najgorsze były noce. W domu rozlegały się dziwne trzaski, naczynia spadały z półek, a gliniane garnuszki pękały. Taki stan rzeczy utrzymywał się przez dłuższy czas.  Jak łatwo się domyśleć domownicy byli nie tylko przerażeni, ale też zwyczajnie fizycznie zmęczeni nocnymi hałasami. Wreszcie matka dziewczynki udała się po pomoc do miejscowej Szeptuchy, która niezwykle sprawnie zażegnała sytuację. Nocne odgłosy ustały, a ojciec modlił się już tylko o spokój duszy Felusi.

 

Drodzy Państwo, rozpacz po śmierci bliskiej osoby to naturalna część żałoby. Jest to również gigantyczna próba dla naszej wiary i światopoglądu.  Nic nie zmieni jednak faktu, że ciało fizyczne ukochanej osoby przestało istnieć, a świadomość (dusza) odeszła w miejsce jej należne. Zakłócanie tego spokoju nie jest najlepszym pomysłem i niestety bywa, że dla żyjących kończy się nieprzyjemnie.

Pani L. opowiedziała historię z życia swoich dziadków, nie dla sensacji, ale dla refleksji nad konsekwencjami naruszania przestrzeni duchowej. Jej dziadkowie zapłacili za to własnym zdrowiem i rozstrojem nerwowym.

 

 

Powołanie aż po kres czasu

 

Dzisiejsza relacja nawiązuje częściowo do poprzednio publikowanej. Również mamy do czynienia z bardzo dramatycznym porodem i niecodzienną interwencją, która być może uratowała życie świeżo upieczonej matki.

Pani Joasia, której zawdzięczmy tą opowieść, miała wykonany planowy zabieg cesarskiego cięcia. Dzieciątko ułożyło się poprzecznie i nie było innej możliwości, aby bezpiecznie przyszło na świat. Operacja odbyła się w wyznaczonym terminie i została przeprowadzona przez ordynatora oddziału. Teraz oddaję głos głównej bohaterce:

„ Zabieg wykonywany był w pełnym znieczuleniu, a ostatnią rzeczą, jaką pamiętam zanim zasnęłam była postać zakonnicy stojąca przy stole operacyjnym. Po odzyskaniu świadomości doszłam do wniosku, że zakonnica była wytworem mojej wyobraźni lub omamem wywołanym przez podane leki. Wieczorem poczułam się bardzo źle. Miałam gorączkę i bardzo bolał mnie brzuch. Nie potrafiłam przekręcić się z boku na bok. Poprosiłam pielęgniarkę, aby zawołała lekarza. Usłyszałam, że doktor jest sam i w tej chwili operuje. Jak skończy to przyjdzie. Minuty mijały, a ja czułam się coraz gorzej. Leżałam na sali jednoosobowej, był to luksus, za który zapłaciłam żeby mieć spokój W pewnej chwili przy moim łóżku pojawiła się ta młoda zakonnica. Krzyknęłam z emocji, a ona położyła palec na swoich ustach dając mi do zrozumienia, że mam być cicho. Zakonnica stanowczym tonem oznajmiła: zaszyli w tobie gazik, walcz o siebie, bo to się może bardzo źle skończyć. Nie poddawaj się! Zakonnica zniknęła, a do sali wszedł mój mąż. Byłam tak skołowana, że nie wiedziałam, co jest jawą, a co snem. Powiedziałam do męża: ja czuję, że oni coś we mnie zostawili. Mój mąż dotknął mojego czoła, oczywiście nie jest lekarzem, ale każdy wie, że gorączka w połogu nie wróży nic dobrego. Pominę karczemną awanturę, potworny ból i niewyobrażalną obojętność lekarza. Tak czy inaczej wylądowałam na stole operacyjnym. Rzeczywiście – gazik został we mnie i był przyczyna stanu zapalnego. Po tej drugiej operacji byłam strasznie słaba. Przyszła do mnie moja lekarka, która prowadziła ciążę i dość czarno przedstawiła przyszłość, szacując mój pobyt w szpitalu na tygodnie. Następnego dnia było już lepiej. Znowu wieczorem zobaczyłam zakonnicę, która uśmiechała się do mnie takim łagodnym uśmiechem i zapewniła, że teraz wszystko będzie dobrze i za kilka dni będę już z synkiem w domu.

Nie wiem czy to dziecko tak na mnie działało, ale mój stan poprawiał się w tempie ekspresowym. Wróciłam do domu i zajęłam się własną rekonwalescencją i moim maluchem. Sprawa zakonnicy nie dawała mi jednak spokoju. Było nie było sporo jej zawdzięczałam. Udało mi się ustalić, że jeszcze podczas wojny wśród personelu szpitala zakonnice stanowiły spory procent kadry. Czyli istniała szansa, że któraś z nich pozostała na stanowisku i nadal w ten przedziwny sposób opiekuje się chorymi. Na tym moja wiedza się kończyła.

Kilka miesięcy później mój mąż zachorował na zapalenie oskrzeli. Lekarz doradził, aby postawić bańki. Moja mama przyprowadziła do nas panią Leosię, emerytowaną pielęgniarkę. Byłam zaskoczona ile wigoru ma w sobie ta blisko siedemdziesięcioletnia kobieta. Pani Leosia nie chciała przyjąć pieniędzy, więc zaproponowałam jej kawkę i ciasto. Zgodziła się chętnie, bo jak sama stwierdziła najważniejsze to być między ludźmi. Wiedziałam od mamy, że pani Leosia pracowała w szpitalu, o który mi chodziło. W trakcie rozmowy postawiłam wszystko na jedna kartę i opowiedziałam, co mi się przytrafiło. Pani Leosia nie była wcale zaskoczona. -A to na pewno nasza siostra Róża pomogła. Pracowałam z osobami, które siostrę Różę znały i każdy mówił, że ona już za życia była święta. Pracowita niesamowicie, a przy którym chorym się modliła ten był uratowany. Nie przeżyła wojny, niestety. Po śmieci zaczęto ją widywać w szpitalu. Ja sama ją raz widziałam i uważam, że spotkał mnie zaszczyt. Najlepsza historia, jaką pamiętam wydarzyła się na początku lat osiemdziesiątych. Przywieźli na chirurgię takiego partyjnego barona z atakiem wyrostka. Operował go najlepszy chirurg. Oczywiście leżał w pojedynkę, a nam przykazano koło niego skakać. W noc po operacji ten pacjent zaczął krzyczeć: zabierzcie mi stąd tę zakonnicę, ja chcę normalną pielęgniarkę. Byłam na dyżurze z panią doktor i od razu żeśmy się zorientowały, o co chodzi. Żebyś zobaczyła jego minę, jak mu lekarz powiedział, że tu żadna zakonnica nie pracuje, a on widział ducha. Niesamowita to była sytuacja. Róża jeszcze niejedno życie uratuje, takie jej powołanie.

Znalazłam odpowiedź na nurtujące mnie pytanie. Kiedy o tym mówię wydaję się to nierealne, ale przecież wiem, co widziałam”.

Historie o lekarzach i pielęgniarkach pozostających na stanowisku nawet po śmierci nie należą do rzadkości. Większość szpitali z tradycjami, ma urzędującego ducha, który jest widywany nie tylko przez pacjentów. Jeśli miałabym pokusić się o osobistą refleksie to wydaje mi się, że te szlachetne dusze, przechodzą (po wyjściu z ciała) pewną transformację i dobrowolnie wracają, jako opiekunowie w wybrane przez siebie miejsca. Wracają, aby pomagać, kiedy nasze życie jest zagrożone.

Nietypowa realcja ze stanu poza ciałem

 

Dzisiaj przytoczę pewną historię spisaną już ładnych parę lat temu. Jest to opowieść bardzo nietypowa i przez to dająca do myślenia. Zwykle opuszczając ciało spotykamy świetlistą istotę, bliskich zmarłych lub wkraczamy bezpośrednio w nieznany nam świat. Bohater dzisiejszego artykułu opuścił ciało, aby stanąć twarzą w twarz z człowiekiem, którego zabił.

Tą opowieść zawdzięczam szczerości Anny, a jej głównym bohaterem jest jej dziadek Henryk. Otóż, kiedy Anna dostała się na swoje wymarzone studia medyczne jej dziadek nagle stracił przytomność, znalazł się w szpitalu gdzie jego stan się pogorszył. Przeżył tam dwukrotnie śmierć kliniczną, zapadł w śpiączkę, ale po trzech dniach obudził się i zażądał rozmowy w cztery oczy z Anną. W tej rodzinie życzenie dziadka było rozkazem. Dodać należy, że starszy pan przez lata zajmował wysokie stanowisko na szczeblu partyjnym, co nawet w warunkach szpitalnych zapewniało mu pewne przywileje. Był też zdeklarowanym ateistą, choć swojej żonie nie przeszkadzał w praktykach religijnych i nie oponował, kiedy chrzciła ich dzieci. Pan Henryk miał sześciu wnuków i tylko jedną wnuczkę Annę, którą zawsze rozpieszczał, dając pozostałym wnuczętom nieustające powody do zazdrości. Kiedy doszło do spotkania, Anna usłyszała swego rodzaju spowiedź, która brzmiała mniej więcej tak:

„ Powiedzieli mi, że umarłem i to dwa razy. Chyba mają rację i niestety muszę przyznać, że po drugiej stronie coś jest. Martwi mnie to, bo całe życie myślałem inaczej, a ja nie lubię się mylić. Jest jeszcze coś gorszego, ja po tamtej stronie spotkałem Mietka. Widzisz, nie wiem jak ci to powiedzieć, ale ja tego Mietka zabiłem. Stało się to jak byłem w partyzantce i nie było działaniem celowym. ( Henryk uciekł do lasu, kiedy Niemcy aresztowali jego brata. Brat wyrwał się z rąk żandarmów i po pewnych perypetiach również dołączył do oddziału. Starszy brat był dla Henryka niezwykle ważny. Od niego dowiedział się, że „religia to opium dla mas” i nie ma to jak komunizm).

Anna struchlała, bo do tej pory dziadek jawił się jej, jako wieczny święty Mikołaj. Nie wyobrażała sobie, żeby mógł kogoś skrzywdzić.

„W szpitalu na moment odzyskałem przytomność, a później wpadłem w taki czarny tunel, z którego wyleciałem niczym z procy. Upadłem na coś twardego. Kiedy otworzyłem oczy znalazłem się w miejscu tego całego nieszczęścia, a Mietek na mnie czekał. Podszedłem do niego, a ten bez niczego wykrzyknął:, że mnie zastrzeliłeś rozumiem, że zakopałeś byle gdzie to trudno. Woda już dawno kości po świecie poniosła. Mnie jest przykro, żeś ty mnie nie wspominał, nie żałował, jednej modlitwy nie zmówił. Tyle lat na ciebie czekałem w tym miejscu to sobie teraz razem tu posiedzimy. Nagle coś mnie wyrwało i odzyskałem świadomość. Uwierz mi ja go nie chciałem zabić. Wiesz, że do domu nie miałem powrotu. Przygarnęli mnie do oddziału. Najpierw byłem taki odnieś podnieś pozamiataj, ale mi zaufali, podszkolili i dostałem poważniejsze zadania. Tej nocy stałem na warcie. Wcześniej doszły nas słuchy, że Mietek nie żyje. Kiedy go zobaczyłem wpadłem w panikę i strzeliłem w jego kierunku. Szybko oprzytomniałem i podbiegłem do niego, ale już nie żył. Ze strachu wepchnąłem ciało do rowu i przykryłem gałęziami. Oczywiście koledzy przyszli sprawdzić, co się dzieje. Skłamałem, że broń sama wypaliła. Oberwałem po pysku. Przez kilka nocy szykowałem mogiłę dla Mietka. Zrozum byłem gołowąsem, w nocy nastała pełnia i w świetle księżyca wszystko wydawało się takie dziwne. Przypomniały mi się historie o różnych utopcach i duchach, które opowiadała moja babka. Wydawało mi się, że zaraz coś upiornego się pojawi, a tu bęc, Mietek. Jeszcze żeby, choć tej plotki nie było o śmierci Mietka to może sprawy potoczyłby się inaczej.

Nie roztrząsałem tego, co zaszło. Wielokrotnie brałem udział w wydarzeniach, które mnie przerastały. Kiedy wojna dobiegła końca pomagałem matce Mietka, bo tylko ona z jego rodziny żyła. Myślałem nawet żeby jakoś zorganizować mu porządny pochówek, ale przyszła powódź i krajobraz się zmienił, nie potrafiłem znaleźć jego mogiłki. Powiedz mi, co ja mam teraz zrobić? Anna nie potrafiła sama przeanalizować tej sprawy. Brat jej koleżanki był zakonnikiem. Przyjął imię Antoni. Pojechała do niego i poprosiła, aby rozmowę z nią potraktował na warunkach spowiedzi. Wysłuchał ją cierpliwie i zaproponował mszę gregoriańską za duszę Mietka, a w przyszłości również za jej dziadka. Dodał otuchy i wytłumaczył, że być może to widzenie na granicy życia i śmierci miało skłonić jej dziadka, aby przemyślał swoje postepowanie i pojednał z Bogiem. Anna zapytała: jak myślisz, czy ten zmarły rzeczywiście na niego czekał, czy dziadek spotkał dusze kolegi? Po długim namyśle zakonnik odpowiedział, że jeśli jakieś działanie może człowieka zbliżyć do miłości bożej to wszystko jest możliwe.

Po rozmowie z Anną dziadek zgodził się na spotkanie z Antonim. Anna była ciekawa reakcji dziadka. Henryk powiedział jej tylko tyle: gdyby mi Boga przedstawiano tak jak robi ten zakonnik to bym wierzył. Mnie Bogiem tylko straszono, no to się zbuntowałem.

W tej sprawie pewnie wiele do powiedzenia miałby psycholog. Wszak wyparcie powodować może konsekwencje rzutujące na całe życie człowieka. Nie jestem psychologiem. Wierzę, że Henryk spotkał swojego kolegę w świecie, który najmocniej go przyciągał i w realiach, z którymi rezonował. Pozostaje mieć nadzieję, że obydwaj doznali łaski spokoju.

Rozmyślania przed Świętem Zmarłych

 

 

 

Cytowany poniżej list porusza wiele problemów naszych czasów i być może zainspiruje kogoś do przewartościowania pewnych aspektów życia.

„Pani bloga podczytuję od kilku miesięcy. Bardzo poruszył mnie ten ostatni wpis o samobójcach i dlatego, mimo wielu zajęć, postanowiłem opisać swoją historię.

Urodziłem się i mieszkałem w Warszawie. Jesteśmy jak to się teraz mówi „słoikami”- moi rodzice pochodzili z małych miejscowości i po prostu przyjechali tam na studia. Zawsze byłem bystry, bez problemu skończyłem dwa kierunki i w dobie transformacji ustrojowej rozpocząłem pracę w korporacji. Szybko pojąłem zasady gry i stopnie awansu zaliczałem w biegu. Ożeniłem się i kupiłem eleganckie mieszkanie. Było mnie stać na wszystko. Minęło kilka kolejnych lat i to ja rozdawałem awanse. Władza to jednak silny narkotyk. Pierwsze opamiętanie przyszło kiedy zostawiła mnie żona. Byłem wściekły, bo odeszła ze swoim licealnym kolegą, nauczycielem angielskiego. Wtedy uważałem, że zostawiła mnie dla frajera, który zarabia grosze. Wszystko mierzyłem w pieniądzach.

Pocieszałem się w ramionach wielu kobiet. W korporacji łatwo o seks zwłaszcza jak jest się szefem. W wyniku różnych zawirowań i zmian w polityce firmy, dowiedziałem się, że nie przedłużą ze mną kontraktu. Świat mi się zawalił. Próbowałem walczyć i szukać pracy gdzie indziej, ale proponowane oferty wydawały się poniżej mojej godności. Wylądowałem u psychiatry. Nie będę się rozpisywał dość, że dotarło do mnie, że zmarnowałem małżeństwo, zdeptałem wiele osób w drodze na szczyt i de facto to ja jestem frajerem. Postanowiłem się zabić. Miałem mnóstwo prochów więc wydawało się to bardzo proste. Zaplanowałem  to tak, że najpierw obejrzę film, który bardzo lubiłem oglądać z żoną, a po seansie odejdę do lepszego świata.

Wie Pani długo się zastanawiałem, rozważałem za i przeciw, ale dochodzę do wniosku, że jednak jest jakaś siła, która nad nami czuwa. Proszę sobie wyobrazić, że ja w trakcie oglądania filmu zasnąłem. Po prostu nagle zrobiłem się strasznie słaby. Śnił mi się mój pradziadek, który był stolarzem. Znałem go tylko z opowieści i raz w życiu widziałem jego warsztat (zanim moi rodzice sprzedali jego dom). Byłem z nim w tym warsztacie i on powiedział do mnie „Twoja praca była nic nie warta, obracałeś nieistniejącymi pieniędzmi i dla tego twoje życie jest jakie jest. Weź się za konkretną robotę to wszystko się zmieni. Zobacz ten stół przetrwa pokolenia. To jest coś konkretnego.”

Następnego dnia kolejny szczególny „przypadek”: wyszedłem wieczorem po papierosy i spotkałem córkę sąsiadów, chodziła z pieskiem i płakała. Zapytałem ją, co się stało. Powiedziała, że rodziców nie ma, a jej opiekunka nie potrafi zrobić modelu studni i ona znowu jako jedyna w klasie nie będzie miała zadanej pracy. Pod wpływem impulsu obiecałem, że jej ten model zrobię. Pojechałem do sklepu, kupiłem parę rzeczy i studzienka wyszła jak ta lala. Kiedy to dziecko z radości zarzuciło mi ręce na szyje, dosłownie kolana mi zmiękły. Złapałem za telefon i zadzwoniłem do mojej mamy. Była zaskoczona bo do tej pory pamiętałem o niej tylko od święta. Powiedziałem: Mamo pojedź ze mną w swoje rodzinne strony, nie pytaj o nic tylko jedź. Mama na to – jedziemy! Pojechaliśmy dwa dni później. Oczywiście miał miejsce kolejny ”przypadek”. Mój nowy samochód odmówił posłuszeństwa. Rogatki miasteczka, a tu taka sprawa. „Przypadkiem” przejeżdżał tamtędy właściciel warsztatu samochodowego (obecnie mój szwagier), który odholował nas do siebie. Kiedy on oglądał samochód moja mama poszła na spacer. Po kilkunastu minutach wpadła zdyszana do warsztatu – synu nie uwierzysz tam na sklepie wisi ogłoszenie, dom po dziadkach jest na sprzedaż. Scena z mojego snu oraz całe moje życie stanęły mi przed oczami. Samochód odpalił. Mechanik nie chciał pieniędzy, bo jak powiedział, auto po prostu ruszyło. Dalej historia potoczyła się jak w telenoweli. Kupiłem ten dom wraz z przyległościami, poznałem moją żonę i dziś jestem właścicielem firmy, którą mam nadzieją przejmą moje dzieci, a mam ich troje, syna plus bliźniaczki. Czasami myślę, co by było gdybym wtedy nie zasnął. Odganiam te myśli bo nie są miłe”.

Nie każda historia kończy się tak dobrze jak wyżej opisana. Ludzie popełniają samobójstwa z przyczyn ekonomicznych i to jest bodaj największa tragedia wśród wszystkich samounicestwień. Presja ekonomiczna dotyczy zwłaszcza mężczyzn, na których zwyczajowo spoczywa utrzymanie rodziny. Zmiana statusu finansowego, degradacja zawodowa i brak perspektyw to ekstremalne wyzwanie dla każdej osoby, bez względu na wiek. Wiele istnień gaśnie z powodu decyzji wszechwładnych urzędników i sędziów, którzy wydając kuriozalne wyroki pozostają bezkarni. Wszechobecna obojętność i egoizm dopełniają czarę goryczy.

Mam nadzieję, że to się zmieni i ludzie zyskają nową, wrażliwszą świadomość. Żyjemy wszak w dobie wielkich zmian tak globalnych jak i społecznych. Na naszych oczach dzieją się rzeczy, które jeszcze dziesięć lat temu uznalibyśmy za niemożliwe.

Tymczasem przy okazji zbliżającego się Święta Zmarłych może warto pokusić się o refleksje i zastanowić nad losami przodków. Przecież to nie byli mitologiczni tytani, tylko ludzie tacy jak my. Jakim więc cudem przetrwali zabory, wojny, zesłanie, obozy koncentracyjne i wracali znajdując w sobie dość determinacji aby odbudować dom, rozwijać się i dać życie następnym pokoleniom? Skąd brali siłę aby mimo tak wielkich przeciwności iść dalej? Ileż kobiet zostało wdowami i wychowało samotnie kilkoro dzieci? Czy przetrwały tylko dzięki heroicznej mocy macierzyństwa?

A może to my chcemy zbyt wiele, ponieważ wmawia się nam, że „musimy mieć”? Czy w oczekiwaniu na spektakularne sukcesy nie pomijamy małych radości ?

Uważam, że zawsze warto wracać do korzeni i tam szukać zrozumienia życia i samych siebie.

Życzę Państwu aby ten szczególny czas pozwolił na refleksję tak osobistą jak i w gronie rodzinnym. Kierowcom wybierającym się w długą trasę życzę bezpiecznej podróży.

 

Obraz autorstwa Pani Krystyny Siejki

Zamek w Suchej Beskidzkiej – historia niezwykła

Dzisiaj zapraszam Państwa do pięknego renesansowego zamku położonego u stóp góry Jasień w Suchej Beskidzkiej. Pretekstem do tej wyprawy z duchem w tle stał się ten oto mail od Czytelniczki :

„Przeczytałam wszystkie wpisy na Pani blogu i doszłam do wniosku, że też mam ciekawą historię. Opisze pewne zdarzenia w imieniu mojej mamy. Powojenne losy moich przodków były bardzo skomplikowane i właśnie w wyniku przedziwnych i strasznych zawirowań życiowych, moja mama przez pewien czas zmuszona była mieszkać w internacie. Nie było to byle jakie miejsce. Internat wraz z liceum mieściły się na zamku w Suchej Beskidzkiej. Mama opowiadała, że zaraz po zakwaterowaniu, wieczorem chciała znaleźć toaletę i na korytarzu zobaczyła coś dziwnego. Kobieta w czarnej staroświeckiej sukni stała po środku tego korytarza i rozglądała się jakby kogoś szukała. Mama stanęła jak wryta. Po chwili ta kobieta rozpłynęła się w powietrzu. Mama z krzykiem wróciła do swojej sypialni i powiedziała koleżankom o tej zjawie. Jedna z dziewczyn skwitowała to słowami „widzenie zjawy to zapowiedź rychłej śmierci”. Chyba to głupie dziewczę nie zdawało sobie sprawy jaki cios zadało mojej mamie. Jak wspomniałam sytuacja w rodzinie była trudna i zapowiedź śmierci wydawała się mamie możliwa do spełnienia. Na szczęście inna dziewczyna pocieszała mamę i powiedziała, że trzeba się czegoś o tej zjawie dowiedzieć. Tamta dziewczyna była śmiała i potrafiła zagadać nawet do obcej osoby. Szybko dowiedziały się, że rzeczywiście okoliczni mieszkańcy wierzą w tę zjawę i jest to duch dawnej właścicielki. Była to kobieta oschła i bardzo surowa dla poddanych. Opowiedziano im różne historie, a to o złodzieju, który po widzeniu tej zjawy się nawrócił, a to osobach, które tam pracowały i również ją widywały. Najlepsza była historia o tym jak zjawa pokazała się Niemcom, którzy plądrowali zamek. Jeden pan zaklinał się, że żołnierze zobaczyli ją chociaż nie było całkiem ciemno. Spanikowali i zaczęli strzelać w jej kierunku. Panika osiągnęła taki poziom, że o mały figiel, a sami by się tam pozabijali. Mama tej zjawy więcej nie widziała, a po dwóch latach udało jej się wrócić do rodziny i tam skończyć liceum. W latach dziewięćdziesiątych mama jechała w delegację i w przedziale spotkała inną koleżankę, która również mieszkała w internacie. Mimo, że mama w młodości nie lubiła tej dziewczyny to zaczęły ze sobą rozmawiać. Okazało się że to miła osoba i doskonale pamięta moją mamę oraz historię ze zjawą. Ta pani przyznała, że również widziała widmo w czarnej sukni. Było to przed jej maturą. Z nerwów nie mogła zasnąć i poszła ukradkiem zapalić papierosa. W pewnej chwili zobaczyła zjawę, a ta uniosła ciemną woalkę spojrzała na nią i pogroziła palcem, następnie widmo rozpłynęło się w powietrzu, a jej zrobiło się bardzo zimno. Przyznała, że z wrażenia się zmoczyła.

Byłam w Suchej Beskidzkiej i zwiedzałam zamek. Teraz mieści się tam muzeum, a duch to podobno Anna Konstancja z Lubomirskich. Jeśli to, co o niej mówią jest prawdą to nie dziwię się, że pokutuje w tym właśnie miejscu.”

Cóż, ja również, jako dziecko, byłam w Suchej Beskidzkiej na koloniach letnich. Miałam wtedy góra dziesięć lat i niewiele pamiętam. Postanowiłam zweryfikować pewne fakty korzystając z mojej mojej biblioteki. Jerzy Sobczak w przepięknie wydanej książce „Duchy w polskich zabytkach” pisze : „ W historii suskiego zamku w sposób szczególny zapisała się Anna Konstancja z Lubomirskich (1669-1726) (…). Po śmierci drugiego męża wiodła żywot niezwykły, rządząc –jak mawiano- żelazną ręką w „państwie suskim”. Ustanawiając specjalne prawa, swych poddanych karała za cokolwiek chłostą lub wtrąceniem do lochów. Ponoć osobiście w asyście uzbrojonej służby wyruszała ubrana w męski strój przeciwko rozbójnikom krążącym w okolicy, zaś schwytanych często skazywała na śmierć. (…) Przylgnął do niej przydomek „Sroga” lub „Surowa Pani”. „

Wzmiankę o Surowej Pani znalazłam również w „Leksykonie duchów” autorstwa Petera Haining’a – wydanie wzbogacone dla polskiego czytelnika o hasła dotyczące naszego kraju przez Bognę Wernichowską. I tak : „Anna Konstancja dożyła sędziwego wieku. Pochowaną ją z wielką pompą w krypcie miejscowego kościoła. Poddani i służba odetchnęli, ale jeszcze nie wypaliły się znicze na grobowej płycie, kiedy na przykościelnym cmentarzu i w zamkowych krużgankach zaczęło się pojawiać jej widmo. (…) Anna Konstancja prześladowała nie tylko zamkowych gości, ale również straż obywatelską istniejącą w suchej w latach międzywojennych. Zmieniający się co noc wartownicy obchodząc ulice miasteczka nieraz, ku swojemu przerażeniu, napotykali w pobliżu kościoła czy obok zamku cień we wdowim welonie. W czasie okupacji Anna Konstancja ucieszyła wielce mieszkańców Suchej , kiedy wywołała panikę wśród niemieckich posterunków kwaterujących na zamku. Gdy w pierwszych miesiącach okupacji niemieccy żołnierze palili na zamku książki z zamkowej biblioteki, przez krużganki przesunęła się wyniosła postać kobieca w czarnej krynolinie z twarzą zasłoniętą welonem- szła wolno nieczuła na kule. Jeszcze kilka lat po wojnie widzieć można było na murze ślady kul, jakie ogarnięci przerażeniem niemieccy żołnierze wystrzelili w kierunku zjawy. „

Przyznam, że pierwsza myśl jaka naszła mnie po przeczytaniu tekstów historycznych dotyczyła wszystkich „pochowanych z pompą”, na cmentarzach zasłużonych, w marmurowych grobowcach . Iluż z nich pokutuje w miejscach swoich zbrodni, iluż żałuje, że nie wybrało inaczej i nie spoczęło w żebraczej mogiłce?

Wracając jednak do listu Czytelniczki, zakładam, że tak wiele osób na przestrzeni wieków nie mogło mieć omamów. Dusza Anny Konstancji pozostała w miejscu, które wiele dla niej znaczyło, w miejscu gdzie może rozpamiętywać wszystkie swoje uczynki. Możemy wspomóc ją w modlitwie lub medytacji, ale to ona sama zdecyduje o tym kiedy przejść w przestrzeń sobie należną. Na podstawie faktów i pogłosek dotyczących życia tej, na swój sposób, nietuzinkowej kobiety, można wnioskować, że szczerą miłością darzyła jedynie zamek, który rozbudowywała, doposażała i upiększała, nie szczędząc czasu ani środków. Lata mijają, a fatalne zauroczenie trwa nadal.

Skuteczne metody komunikacji

Wobec korespondencji, którą od Państwa otrzymuje doprawdy trudno pozostać obojętnym. Każda wiadomość to kolejna ciekawa relacja, dowód na istnienie świata, którego mieszkańcy choć są niewidoczni gołym okiem, to okazują nieustanne zainteresowanie naszymi sprawami. Przekazują wiadomości, ostrzegają i troszczą się o nas .

Nasi opiekunowie działają często w zakamuflowany sposób. Dla mnie to oczywiste i jasne. Gdyby mieli ukazać się w swojej prawdziwej formie, lub manifestowali swoją obecność, jako anioł w ujęciu lansowanym przez ikonografię chrześcijańską, to na widok wielkich skrzydeł i jasnej poświaty ludzie lądowali by w szpitalu, a nie zastanawiali nad treścią konkretnego przekazu. Innymi słowy uważam , że widzimy i słyszymy to, na co jesteśmy gotowi. Forma przekazu dostosowana jest do okoliczności i jeśli sytuacja tego wymaga ma zachęcić nas do natychmiastowego działania.

Oto fragment poruszającej historii jednego z czytelników :

„ Żona namówiła mnie żebym napisał do pani i opowiedział historię, która przydarzyła mi się trzy lata temu. Jeżdżę ciężarówką i po długim kursie wracałem do domu. Jadę sobie spokojnie i nagle na drodze widzę psa. Wypisz, wymaluj mój Barii . Pies, którego miałem przez 10 lat. Zmarł ze starości kilka lat temu. Myślę sobie pies do psa podobny, ale coś jednak nie dawało mi spokoju. Zwolniłem i tak sobie pomyślałem, że może to ostrzeżenie. Po kilku kilometrach znowu widzę na drodze tego psa. Zdecydowałem, że czas się zatrzymać i wypić jakąś kawę na oprzytomnienie. Nagle patrzę, a tu na drodze stoi Tir na światłach awaryjnych, minąłem go i popatrzyłem we wsteczne lusterko i co widzę? Barii stoi obok tego Tira i wyje. Wie Pani, aż mi się zimno zrobiło, zaparkowałem na poboczu i podszedłem do tego Tira. Psa tam nie było, ale patrzę, a obok Tira na takiej górce leży nieprzytomny człowiek. Nachyliłem się nad nim. Nie poczułem alkoholu, ale on nie reagował zupełnie. Wezwałem Policję i Pogotowie. (…) Jak się okazało był to zawał. Tego człowieka udało się uratować i do dziś utrzymujemy dobry kontakt. Moja żona powiedziała, że to Anioł Stróż chciał żebym zrobił dobry uczynek. Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, ale faktem jest, że lata temu kiedy umarła moja babcia Barii wył całą noc jak oszalały. Nie dało się go uspokoić. Babcia mieszkała w Sanoku, to jest 160 kilometrów od mojego domu rodzinnego. I wie Pani co? Kiedy na drodze spojrzałem w to lusterko to nie tylko widziałem wyjącego Barika, ale też go słyszałem.”

Jeszcze jeden list:

„(…) W prezencie ślubnym od teściów dostaliśmy grunt pod budowę domu. Nasze działki graniczą ze sobą i co muszę podkreślić, bardzo dobrze ze sobą żyjemy. Teściowa już nie pracuje, ale teść jeszcze jest aktywny zawodowo i czasem jeździ w delegacje. (…) To była letnia noc. Mój mąż już spał, a proszę mi wierzyć sen ma wyjątkowo mocny. Ja kończyłam jakąś pilną robotę i położyłam się po północy. Nagle usłyszałam dziwne dźwięki od strony tarasu. Podeszłam do oszklonych drzwi i zobaczyłam kota, który niesamowicie rozrabiał. Zrzucił mi dwie doniczki, przewrócił suszarkę i jeszcze parę innych rzeczy. Wkurzyłam się bo włożyłam wiele pracy w upiększanie tarasu. Otworzyłam drzwi i przegoniłam go. Po kilku chwilach wrócił i znowu hałasował. Tym razem założyłam szlafrok i postanowiłam się z nim energicznie rozprawić. Na mój widok zeskoczył z tarasu. Poszłam za nim i w świetle latarni zobaczyłam przepiękne zwierzę. Kot był wyjątkowo duży i miał wielkie zielone oczy. Nigdy wcześniej nie widziałam takiego w okolicy. Wiedziona jakimś przymusem wewnętrznym chciałam go dotknąć. Przeszłam kawałek, a kot odskoczył, ale nie uciekł tylko siedział na krawędzi trawnika jakby chciał żebym za nim szła. Poszłam. W pewnej chwili przeskoczył płot na posesji moich teściów. Ze zdziwieniem zauważyłam, że pali się u nich światło w salonie i w kuchni. Zaniepokoiło mnie to, bo teściowa była sama w domu, a zwykła kłaść się spać z kurami. Zawróciłam do domu, żeby obudzić męża. Na tarasie znów siedział ten kot jakby pilnował czy robię to, co on chce. Z mężem poszliśmy do domu rodziców i okazało się, że teściowa leży nieprzytomna na podłodze. Wezwaliśmy pomoc.(…) Miała udar i szybka pomoc okazała się niezwykle ważna. Teraz już doszła do siebie i jest dobrze. Pytałam wszystkich mieszkańców okolicznych domów czy ktoś ma lub widział w okolicy takiego kota? Wszyscy zaprzeczali. Sama nie wiem, co mam o tym myśleć. Kot na balkonie był i ślady jego demolki również. Gdyby nie on to oczywiście nie latałabym w szlafroku po całym terenie i nie odkryłabym , co spotkało moją teściową. I jeszcze to, że wrócił kiedy pobiegłam po męża, a potem zniknął jak kamfora.”

Czy można znaleźć racjonalne wytłumaczenie dla opisanych sytuacji? Owszem można, jak mawiają ludzie szczególnie asertywni” wszystko można zrobić”. Ja dodaję od siebie, ale nie wszystko warto robić. W opisanych przypadkach dzięki szybkiej reakcji uratowano ludzkie życie. W czasach znieczulicy i obojętności , w czasach gdy po prostu strach zatrzymać samochód gdzieś na odludziu , taka „zachęta” ze strony Opiekunów jest niezbędna, a dla tych którym ratunek niesiemy , jest błogosławieństwem. Widać, że Opiekunowie to istoty praktyczne, które rozumieją zasady prawidłowej komunikacji i z definicji działają skutecznie.

Na zakończenie jeszcze jedna historia:

„Moja mama twierdziła że gdyby nie pies, który jej się ukazał mój tato wypadłby z okna. Mama spała i nagle poczuła że coś liże ją po ręce. Otworzyła oczy i ze zdziwieniem stwierdziła że to duży czarny pies, który błagalnym wzrokiem jakby prosił żeby szybko poszła za nim do kuchni. Postanowiła za nim pójść i zobaczyła że mój ojciec o mało co nie wypadnie z okna…Przyszedł z pracy zmęczony, chciał powyglądać w oknie i chyba zasnął…mama w ostatniej chwili wciągnęła go za nogi…Zawsze twierdziła że zjawa psa uratowała mu życie. Chyba nie muszę mówić że nie mieliśmy psa nawet nikt z sąsiadów. Gdy mama wciągnęła ojca po psie nie było śladu…Tak zastanawiam się czasem nad tym co opowiadała mama ale mówiąc to była zawsze tak przejęta że nie sposób podejrzewać było ją o oszustwo…”

 

Nie na wszystko jesteśmy gotowi

Pragnę dzisiaj odnieść się do tematu lęku przed kontaktem z duchami. Nawet jeśli są to duchy bliskich nam osób w momencie pełnej lub częściowej materializacji wpadamy w panikę. Zdarza się, że samo przypuszczenie iż osoba zmarła znajduje się blisko nas napawa trwogą i prowokuje reakcje, których sami po sobie byśmy się nigdy nie spodziewali.

Mam wrażenie, że źródłem tego lęku sterują dwa mechanizmy. Pierwszy z nich to przekaz kulturowy. Od najmłodszych lat dowiadujemy się od osób, którym ufamy, że dusza ludzka istnieje i jest nieśmiertelna. Słuchamy opowieści z dreszczykiem bądź to z ust naszych dziadków, bądź na przykład na obozach czy koloniach. Kultura masowa kreuje (rzec można na pęczki) przeróżne historie z duchami w tle lub nawet duchem w roli głównej. Pół biedy jeśli mamy do czynienia z filmami wybitnymi (polecam film „Inni” z Nicole Kidman). Takie dzieła zawierają pewien ładunek emocjonalny i nie pozostawiając widza obojętnym zmuszają do przemyślenia wielu aspektów życia i śmierci. Gorzej kiedy mamy do czynienia ze szmirą lub filmami, których jedynym celem jest doprowadzenie widza do skrajnego przerażenia. Po obejrzeniu takiej produkcji własny kot, wyłaniający się nagle z ciemności może stać się przyczyną zejścia śmiertelnego.

Drugi mechanizm to nasza własna aura. Jestem przekonana, że nasza aura to w znacznej mierze specyficzny acz bardzo skuteczny system wczesnego ostrzegania. Każdy z nas ma aurę, która doskonale odzwierciedla nie tylko stan emocjonalny, ale w nie mniejszym stopniu, stan zdrowia i nasze myśli. Mniej lub bardziej świadomie reagujemy na aury innych ludzi. Nie bez kozery zdarza nam się kogoś nie lubić, mimo że kiedy pragniemy racjonalnie uzasadnić tę niechęć, nie znajdujemy żadnych argumentów na jej wytłumaczenie. W ten sam sposób rozpoznajemy tak zwane „wampiry energetyczne” czy chociażby nieszczere, kłamliwe i dwulicowe osoby. Wyobraźmy sobie, co by się działo gdyby ten system ochronny nie wykrywał obecności bytów bezcielesnych? No cóż, byłoby z nami źle. Każda istota pozbawiona ciała, a więc możliwości pożywiania się mogłaby dosłownie garściami czerpać z naszej energii, a my nieświadomi niczego zmienialibyśmy się w bezwolnych żywicieli.

Z tej przyczyny niechęć do kontaktów z duchami manifestująca się jako strach jest zdrową reakcją obronną organizmu.

Pozwolę sobie zilustrować sytuację przykładami:

„Babcia była osobą związaną ze mną od moich narodzin aż do moich 15 urodzin (babcia pilnowała mnie jako dziecko, później chodząc do szkoły spędzałam u babci większość czasu).
Babcia od lat chorowała miała kilka zawałów serca + przeszła śmierć kliniczną (o której nigdy nie ciała opowiadać). Zmarła na zawał w wieku 60 lat, ja miałam wówczas 15 lat nie byłam więc już małym dzieckiem ale jej śmierć bardzo przeżyłam…do pewnego zdarzenia doszło właśnie w dzień jej śmierci. Ponieważ babcia zmarła w domu to moja mama z tatą poszli się z nią pożegnać…zostałam w domu z 4 letnim bratem który jak teraz pomyślę spał w drugim pokoju.Wszystko zaczęło się od „przygaszającego” się gazu na kuchence. Wiadomo jak to bywa, spadki gazu, złudzenia optyczne itd…piętnastolatka potrafi znaleźć sobie wytłumaczenie 🙂 ale nagle poczułam obecność kogoś…zapytałam „babciu to ty?” gaz znów zmalał i po chwili powrócił do pierwotnej postaci, miałam wrażenie że ktoś siedzi w fotelu, bardzo się przestraszyłam i nie mogąc opanować płaczu, strachu schowałam się pod koc…nie wiem ile ten stan trwał nie jestem w stanie tego opisać, ale rodzice wrócili i nie mogli mnie uspokoić. Przez krzyk i łzy powiedziałam mamie co się wydarzyło po czym ona tylko wykrzyczała: Mamo! dlaczego ją straszysz? tak bardzo ją kochałaś” i to wszystko się zakończyło……………..Bałam się iść na pogrzeb, mama powiedziała coś czego nie rozumiałam że mam się nie bać i pierwsze co to z daleka spojrzeć babci na nogi…hmmm do dziś nie wiem dlaczego ale to pomogło. Pożegnałam się z ukochaną mi osobą.”

Drugi mail był bardzo długi w związku z czym postanowiłam go dla Państwa streścić. Otóż Pani Emilka w wieku lat szesnastu straciła ukochanego dziadka. Dziadek, najpierw pojawił się we śnie, co ją ucieszyło bo bardzo za nim tęskniła. Któregoś wieczoru tuż przed zaśnięciem zobaczyła dziadka w rogu pokoju. Zamknęła oczy myśląc, że to tylko złudzenie. Kiedy ponownie je otworzyła dziadek stał tam nadal i uśmiechał się do niej. Uciekła z pokoju i zaalarmowała rodziców. Na początku jej nie uwierzyli. Widzenie, które miała uznali za objaw żałoby i wybujałej wyobraźni nastolatki. Postać dziadka manifestowała się jeszcze kilkakrotnie. Pani Emilka nadal reagowała emocjonalnie choć nieco spokojniej niż za pierwszym razem. Przez myśl jej nie przeszło żeby się odezwać i poprosić dziadka aby odszedł. Sytuacja rozwiązała się kiedy dziadek ukazał się swojej córce czyli mamie Pani Emilki. Kobieta była przerażona i krzyczała „tato odejdź stąd, odejdź gdzie twoje miejsce”. Więcej wizyt nie było.

Ja sama przeżyłam podobną sytuację:

http://biuro-duchow.blog.onet.pl/2013/06/15/znak-z-zaswiatow/.

Kopiuję link ponieważ nie chcę się powtarzać.

Czasami jest nam przykro, że nakrzyczeliśmy na swoich bliskich zmarłych, którzy próbowali zbliżyć się do nas w jedyny dostępny sobie sposób. Mamy wrażenie, że potraktowaliśmy ich grubiańsko, że zachowaliśmy się histerycznie. Ta ostatnia myśl pojawia się zwłaszcza w głowach osób, które w życiu doczesnym chcą kontrolować siebie i wszystko wokół. Nie na każde zdarzenie jesteśmy gotowi. Choć w gruncie rzeczy sami jesteśmy przede wszystkim duszami to jednak pewne sytuacje narzucają na nas ograniczenia. Wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Kiedy porzucimy fizyczną powłokę to będzie właściwy czas na kontakt z innymi bezcielesnymi. A miejsce spotkania? Podobno każdy ma takie niebo jakie sobie wymarzy.

Nic na siłę, proszę nic na siłę!

Piszecie Państwo do mnie w różnych sprawach. Otrzymuję korespondencję od osób, które niedawno utraciły kogoś bliskiego i szukają wsparcia oraz odpowiedzi na dramatyczne pytanie; dlaczego On/Ona musiał odejść? Dlaczego dobrzy ludzie cierpią i umierają w męczarniach? Czasami proszona jestem o pomoc w wyjaśnieniu okoliczności śmierci. Jeśli jestem w stanie zawsze staram się pomóc. Spora grupa Czytelników dzieli się ze mną swoimi przeżyciami z pogranicza śmierci lub z szeroko pojętej sfery paranormalnej. Za wszystkie maile bardzo dziękuję.

Zdarzają się jednak maile, które bardzo mnie drażnią i napawają niechęcią. Chodzi mi o wiadomości pisane przez ludzi, którzy desperacko pragną nawiązać kontakt z osobą zmarłą lub innymi metodami uzyskać wskazówki w sprawie dóbr materialnych przez nią ukrytych. Choć często listy te pisane są w sposób bardzo elegancki, a autor wznosi się na wyżyny sztuki epistolarnej (byle tylko nie nazywać rzeczy po imieniu) to treść od tych zabiegów nie zyskuje. Jak mawia pewien ojciec z Torunia: „Nie mylmy szamba z perfumerią”.

W skrócie korespondencja ta wygląda mniej więcej tak: „ Moja ciotka/babka/stryjek za życia zgromadzili sporo złota/kosztowności/waluty. Na własne oczy widziałem szkatułki/słoiki/pudełka z których dobra wręcz przelewały się na zewnątrz. Jestem/jesteśmy jedyną rodziną i oczekiwaliśmy tego spadku (moim zdaniem powinno być czekaliśmy na ten zgon, ale kłócić się nie będę). Ciotka/babka/stryjek żyli skromnie. Po przeszukaniu mieszkania/domu/ogrodu nigdzie nie znaleźliśmy owych precjozów/waluty. Powstaje pytanie- gdzie zostały ukryte? (gdzie ta stara sknera je ukryła). Jesteśmy spadkobiercami i nam się to po prostu należy.

Niektórzy spadkobiercy łatwo się nie poddają ”wynajęliśmy człowieka , który sprawdził teren wykrywaczem metali”, „Wezwaliśmy radiestetę”, „Byliśmy na seansie i dziadek powiedział, że schował to i owo w garażu i przedpokoju. Niestety po skuciu kafelek i zdarciu boazerii nic nie znaleźliśmy. Dziadek z nas zakpił albo ta kobieta z seansu była jakaś głupia”.

Drodzy, zawiedzeni spadkobiercy jedno jest pewne: nic wam się nie należy. Każda osoba (pomijając oczywiście ubezwłasnowolnione sądownie) do ostatnich chwil swej ziemskiej egzystencji ma prawo w pełni decydować o swoim majątku. Powołujecie się na więzy krwi, na tradycję i rodzinne obyczaje. Zapytam nieśmiało: gdzie byliście kiedy krewny was potrzebował? Ile razy daliście do zrozumienia, że jest zbędny, że marudzi, że nie macie dla niego czasu? Czy przez więzy krwi i tradycję rozumiecie telefon lub kartkę z życzeniami trzy razy do roku?

Jeśli jak twierdzicie ktoś babcię/ciotkę/stryjka omotał i namówił do przekazania swojego majątku to pytam gdzie wtedy byliście? Oczywiście nie neguje, że trafiają się sprytni naciągacze. W polskich sądach toczą się sprawy o podważenie wiarygodności testamentu. Rodziny sądzą się tak z osobami świeckimi jak i duchownymi. Zdarzają się zwłaszcza zakony, które choć z nazwy ubogie i bose to mieszkaniem w dobrej lokalizacji nie pogardzą.

Zapytam zatem raz jeszcze, gdzie byliście spadkobiercy kiedy owi „opiekunowie” systematycznie odwiedzali seniora i zapewniali mu to czego pragnął tj. zainteresowanie i opiekę? Starsi ludzie bywają naiwni, ale w sprawach dziedziczenia nie jest łatwo przekonać ich aby de facto wydziedziczyli wnuki/bratanice/siostrzeńca i przekazali dorobek życia obcej osobie lub jakiejś instytucji. Taki senior-delikwent musi być urabiany miesiącami jeśli nie latami żeby postąpił zgodnie z wolą swoich „opiekunów”.

Poruszę jeszcze temat seansów spirytystycznych i wykorzystywania pozyskanej tam wiedzy do celów eksploracyjnych. Po pierwsze uważam, że ściąganie duszy z innego wymiaru w celu wypytania o lokalizację szkatułek/słoików/pudełek jest tak wielkim nietaktem, że aż brak mi słów aby to wyrazić. (Oczywiście brak mi słów w języku ludzi kulturalnych. W każdym innym służę bardzo mięsnymi określeniami).

Przy stoliku gromadzi się energia osób uczestniczących w seansie. Jak wiemy prawo sympatii lub jak kto woli zasada przyciągania podobieństw działa we wszechświecie bez zarzutu, a co za tym idzie możemy się spodziewać, że przy stoliku „spadkobierców” pojawi się byt odpowiadający ich nastawieniu. Taki nieproszony gość ma zapewne niezły ubaw odpowiadając na zadane pytania. Jeśli nawet na to zaproszenie zareaguje ów zmarły krewny to pytam jakie jest prawdopodobieństwo, że z perspektywy zaświatów, zmieni zdanie i ujawni ukryte przedmioty? Moim zdaniem niewielkie bądź żadne.

Zawiedziony spadkobierco, skoro nie interesowałeś się krewnym za życia, to po śmierci tym bardziej daj mu spokój. Jeśli coś ze swego majątku ukrył, to miał do tego prawo. Jeśli przekazał na inny cel niż zasilenie Twojego konta, widocznie taka była jego wola.

Zawiedziony spadkobierco stań przed lustrem tam znajdziesz powód jego/jej decyzji.

 

Betty J. Eadie „Po schodach do nieba”

Wszyscy znamy powiedzenie „życie jest najlepszym nauczycielem”. Po lekturze książki autorstwa Betty J. Eadie, doszłam do wniosku, że paradoksalnie śmierć i doświadczenia z pogranicza posiadają ogromną wartość dydaktyczną. Wiedza jaką pozyskujemy w tym szczególnym stanie i niezwykłym czasie pozwala wrócić do świata fizycznego na nowych zasadach, z nową perspektywą. Po takim doświadczeniu nic nie będzie takie jak dawniej.

 

Na skutek perypetii rodzinnych, mała Betty znalazła się w szkole z internatem prowadzonej przez zakonnice. Z tamtego okresu wyniosła przekonanie, że Bóg to osoba niecierpliwa i zagniewana. Poznała Boga, który nie kocha bezwarunkową miłością tylko obserwuje i osądza. Dorosła Betty, jako matka sześciorga dzieci wiodła pracowity żywot. Nie miała ani czasu ani ochoty aby zastanawiać się nad sensem istnienia.

Wszystko zmieniło się w ciągu jednej doby. Betty poddała się zabiegowi histerektomii. Nic niezwykłego, ot planowa operacja jakich wykonuje się setki każdego dnia na całym świecie. Jednak tym razem nie wszystko poszło zgodnie z planem. W wyniku powikłań pooperacyjnych serce Betty przestało bić. Opuściła ona swoje ciało i wyruszyła w podróż, która na zawsze zmieniła ją samą, a pośrednio życie jej i wielu innych osób.

Jej opowieść jest prosta, szczera i piękna. Jeśli komuś wydaje się, że skądinąd nieoceniony Raymond Moody w swoich książkach zawarł i ogarnął już wszystko, jest w błędzie.

Betty bardzo długo zwlekała z opisaniem swoich doświadczeń. Wydawały się jej bowiem tak bogate, porywające i cudowne, że brakowało słów aby oddać cały ładunek emocjonalny jaki ze sobą niosły. Dojrzała jednak i znalazła siły aby podzielić się pozyskaną wiedzą z innymi i przekazać przesłanie dla świata „kochajcie się, bo to jest najważniejsze”.

Od siebie dodam tylko tyle: Betty, dziękuję Ci za każde słowo. Twoja relacja to kolejny dowód na życie po życiu, które w rzeczywistości jest wspaniałym powrotem do domu.

 

Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Znak Litera Nova

Opętania w czasach współczesnych

Jakiś czas temu otrzymałam wiadomość od Pani, która podejrzewa, że jej siedemnastoletnia bratanica została opętana. Dziewczyna po serii niepokojących incydentów objęta została opieką psychiatry. Jej stan stopniowo pogarszał się (obecnie przebywa w zakładzie zamkniętym), a zaordynowane leki jedynie otępiają, nie przynosząc wymiernych korzyści. Pani opisała szczegółowo znaki i symbole znajdujące się w pokoju dziewczyny oraz cytowała słowa wykrzykiwane przez nią jak w transie. Dziewczyna podczas jednego z napadów okaleczyła się i własna krwią namalowała pentagram. Zdarza jej się mówić językami, których nie rozumie nikt z obecnych. I choć opis tej sytuacji przypomina scenariusz horroru klasy B to niestety jest prawdziwy. Ojciec dziewczyny nie przyjmuje do wiadomości, że choroba córki może mieć swoje podłoże w sferze duchowej, a nie fizycznej. Pojawia się pytanie: „jak mam przekonać mojego przeintelektualizowanego brata, że bratanica jest opętana? Przecież to „coś” ją zamęczy, a psychiatra już rozkłada ręce i proponuje leki uspokajające dla rodziców. Najdziwniejsze jest to, że mój brat uważa się za osobę wierzącą.”

Od wieków Kościół (jako instytucja) usiłował nakłonić ludzi aby kochali Boga ze strachu przed Nim samym. Oczywiste jest, że przez zastraszanie nie sposób wzbudzić uczuć pozytywnych. Czasy się zmieniały, a ludzie stawali się coraz bardziej krytyczni wobec teorii o mękach piekielnych i zwierzopodobnej istocie, która grasuje po świecie siejąc zgorszenie i zamęt. Przypomina się stare porzekadło o wylewaniu dziecka z kąpielą. Tak się stało i tym razem. Prymitywna idea lansowana przez wieki została zweryfikowana przez oświecone umysły i wylądowała na dnie śmietnika z napisem absurd. Niestety przy okazji zło traktowane na znacznie głębszym poziomie, razem z zagrożeniami jakie ze sobą niesie pozostało jedynie w świecie idei, z wykluczeniem jakiejkolwiek personifikacji. Oczywiście zły może być pies lub człowiek, ale zły duch to już pojęcie z obszaru ciemnoty i zabobonu.

Egzorcyzm, rozumiany jako uwolnienie od bytu, który wbrew woli człowieka zawładnął jego ciałem, nie jest domeną kościoła katolickiego. Od zarania dziejów każda religia, w której występowali dobrzy i źli bogowie lub dobre i złe duchy przewidywała możliwość opętania i stosowała właściwe sobie remedia w celu uwolnienia człowieka od istoty zawłaszczającej jego ciało. Takie uwolnienia do dzisiejszego dnia praktykują szamani, kapłani Voodoo oraz księża, a nawet egzorcyści świeccy. Żydzi z kolei wierzą, że ciałem człowieka może zawładnąć duch zmarłej osoby czyli Dybuk. W takiej sytuacji uwolnienia dokonuje rabin odprawiając stosowne rytuały. Jest to bardzo, rzec można, praktyczne podejście do sprawy, ponieważ opętania demoniczne zdarzają się zdecydowanie rzadziej niż opętania duchowe. Zapewne wiele dusz , które nie potrafią bądź nie chcą, znaleźć drogi do miejsca sobie należnego szuka możliwości wtargnięcia w ciało osoby żyjącej aby poprzez jej zmysły nadal doświadczać życia fizycznego we wszystkich jego aspektach.

Współczesna psychiatria ukuła wiele zgrabnych terminów, aby wytłumaczyć zachowania, które nie mieszczą się w przyjętych normach. Mamy osobowość dyssocjalną, psychopatyczną czy socjopatyczną. Opisano multum chorób psychicznych – sama schizofrenia ma kilka odmian . Oczywiście nie twierdzę, że lekarze wymyślili sobie nieistniejące choroby. Po prostu nie we wszystko jestem w stanie uwierzyć. Jaskrawym przykładem są dla mnie przypadki seryjnych morderców, którzy wydają się być bardzo przeciętni tak pod względem zaradności życiowej jaki i wydolności intelektualnej, a w momencie planowania i popełniania morderstw nagle w cudowny sposób rośnie ich IQ. Ludzie ci są w stanie zacierać wszystkie ślady, przewidywać działania Policji czy innych służb i wodzić za nos całą rzeszę fachowców.

Jak to możliwe, że kochający i troskliwy ojciec nagle, pod wpływem siły, której nie potrafi zdefiniować, zabija swoją żonę i dzieci ? Czy mobbing lub utrata pracy mogą tłumaczyć taką zmianę zachowania?

Czy młoda, zdolna kobieta, która niejednokrotnie dawała dowody miłości i troski wobec swoich bliskich w przeciągu jednej nocy zaczyna ich nienawidzić i morduje z zimną krwią , ot tak?

Czy naprawdę tylko mnie przeszło przez myśl, że ktoś lub coś im pomaga, lub innymi słowy, że stają się jedynie bezwolnym narzędziem kierowanym przez prawdziwego sprawcę?

Wracając jednak do przypadku opisanego na wstępie, uważam, że absolutnie kwalifikuje się do egzorcyzmu. Młodzież często nosi ubrania z napisami i symbolami, których albo nie rozumie, albo lekceważy siły które mogą one przywołać. Chcąc wyrazić swój bunt wobec świata młodzi ludzie organizują rytuały podszyte czarną magią, a tablice Ouija traktują z równą beztroską, co tarczę do gry w lotki. Można założyć, na granicy pewności, że dziewczyna brała udział w takich praktykach i otworzyła drogę do zniewolenia własnej osoby. W tej chwili leki nie pomagają i nie pomogą, chyba że byt opętujący znudzi się tak bezużyteczną zabawką i opuści jej ciało. W polskich szpitalach rzadko zdarzają się lekarze, a zwłaszcza ordynatorzy gotowi na współpracę z egzorcystą. Zdumiewa mnie to ponieważ pacjent (lub jego opiekun prawny) mogą domagać się obecności osoby duchownej i praktyk związanych z wyznawana przez siebie religią, a egzorcyzm w katolicyzmie traktowany jest jako sakrament.

Zdaje sobie sprawę, że dla wielu osób moje zdanie może być bardzo kontrowersyjne. Wszystkim, którzy uwolnienie (egzorcyzm) stawiają na równi z literackim „włożeniem Rozalki na trzy zdrowaśki do pieca” życzę aby nigdy nie musieli konfrontować swoich przekonań ze stanem faktycznym.

Nie dalej jak wczoraj młody mężczyzna zamordował dziewczynkę siekierą. Jak twierdzi zrobił to pod wpływem impulsu. Być może ten niepojęty czyn był wynikiem długotrwałej frustracji. Na pewno nie popełnił tej zbrodni w pełni świadomie. Zło zawsze znajdzie sposób by przypomnieć o swoim istnieniu.

Rodzicom zamordowanej dziewczynki składam szczere, z serca płynące wyrazy współczucia.