Cuda małe i wielkie

Po lekturze książki Erica Matax’a zaczęłam zastanawiać się nad cudami jakich doświadczyłam we własnym życiu i cudami jakie stały się udziałem osób mi bliskich lub po prostu znajomych. Postanowiłam przytoczyć kilka historii, wydaje mi się, że będą swoistym suplementem do książki E. Matax’a.

Zacznę od dwóch, sytuacji jakie przydarzyły się osobie dobrze mi znanej. Na wstępie jednak trzeba zaznaczyć, że Małgorzata, która jest główną bohaterką tych historii, to osoba niezwykle zorganizowana i szalenie poważna. Przy tym konsekwentna i oczywiście odpowiedzialna. Można by rzecz ludzkie wydanie szwajcarskiego zegarka. Małgosia przeżyła dwie historie, których w żaden sposób nie potrafi wytłumaczyć nie włączając w to działania sił wyższych.

Pierwsza wydarzyła się dwa lata temu. Pewien znajomy zaproponował jej wyjazd do Pragi. Jechał tam w związku z prowadzoną działalnością i Małgosia mogła zabrać się z nim, dzięki czemu zaoszczędziła by na kosztach podróży. Wyjazd planowany był z wyprzedzeniem. Małgosia ma w Pradze rodzinę, którą bardzo chciała odwiedzić. Coś lub Ktoś zapobiegł jednak tej wspólnej podróży. Małgorzata wpisała do kalendarza (jako dzień wyjazdu) nie czwartek tylko piątek i tak miała zaplanowany urlop. Kiedy znajomy przyjechał po Małgosię, nie zastał jej w domu. Oczywiście dzwonił do niej, ale nie odebrała ponieważ była bardzo zajęta. Pojechał zatem sam. W drodze powrotnej stracił panowanie nad samochodem i uderzył w drzewo. Zważywszy okoliczności, wyszedł z wypadku prawie bez szwanku. Samochód od strony pasażera został dosłownie zmiażdżony. W ten sposób wielki żal jaki czuła Małgosia w związku z tak „niefortunnym zbiegiem okoliczności” przekształcił się w wielką radość. Nie po raz pierwszy , jak sama mówi „dostała odroczenie”.

Kilka lat wcześniej Małgosia pojechała w delegację do Hiszpanii. Przejęta rolą (po raz pierwszy powierzono jej tak ważną sprawę) sprawdzała wszystko po dziesięć razy, żeby w stu procentach wywiązać się ze swoich obowiązków. Nastawiła budzik w telefonie, niestety coś w systemie zaszwankowało i obudziła się sama trzydzieści minut później niż było to planowane. Nie zdążyła na pociąg. Nie tracąc ani chwili, usiłowała dostać się w umówione miejsce innymi środkami lokomocji. W tym czasie pociąg, którym planowo miała jechać, wykoleił się. Małgosia dopiero w taksówce, dojeżdżając na miejsce spotkania, zdała sobie sprawę, że telefon zawiesił się i brak połączeń oraz awaria funkcji budzenia, były tego konsekwencją. Kiedy weszła do biura swoich kontrahentów, wszyscy zaczęli ją ściskać i całować. Myśleli, że zginęła w katastrofie.

Inny przypadek, tym razem z czasu wojny. Pewna miła staruszka opowiedziała mi jak, wraz z kilkunastoma osobami, stała pod ścianą ściskając kurczowo rączkę swojej pięcioletniej córeczki, a Niemcy rozkładali karabin maszynowy aby ich rozstrzelać. Kobieta była pewna, że nie wyjdą z tego cało i że to jej ostatnie chwile. W pewnym momencie podjechał samochód i wysiadł z niego starszy pan w mundurze (dystynkcji nie znała). Zaczął krzyczeć, że on nie prowadzi wojny z kobietami i dziećmi. Ostro protestował aby nie dopuścić do tej egzekucji. Moja rozmówczyni znała niemiecki i rozumiała jego słowa. Po kilku minutach negocjacji uwolniono kobiety i dzieci. Niestety mężczyzn rozstrzelano. Zapytałam tą panią czy wierzyła i prosiła o ten cud. Jej odpowiedź była dla mnie zdumiewająca. ”Nie wierzyłam już w żaden cud, w ratunek. Prosiłam Boga żeby to się stało szybko i żeby moje dziecko nie czuło bólu. Tylko o to prosiłam”.

Teraz „mały cud”, który przytrafił się mojej Babci. Otóż Babcia w trakcie okupacji złamała sobie rękę. Kiedy, po wyleczeniu, lekarz wyjął rękę z gipsu, pewien znajomy poradził Babci aby ten gips zostawiła i zakładała wychodząc na miasto (bywało, że chorych nie wywożono). W tym czasie w Warszawie łapanki osiągnęły swoiste apogeum. Strach było wychodzić na ulicę, ale cóż przynajmniej jedzenie trzeba było jakoś zorganizować. Babcia założyła gips i wyszła z domu. Przez całą drogę jak mantrę powtarzała słowa , których nauczył ją ten znajomy „ich bin krank” ( jestem chora) . Babcia nie znała niemieckiego i zważywszy niechęć do tego języka, nauka nie przychodziła jej łatwo. Traf chciał , że zaczęła się łapanka. Babcia rozpaczliwie próbowała się ratować i pokazując na gips wykrzykiwała (jak jej się wydawało) wyuczony tekst. W pewnym momencie Niemcy zaczęli się strasznie śmiać. Jeden z nich machnął ręką i wepchnął moją Babcię do bramy. Uciekła przez podwórko na inną ulicę, a potem dostała się do domu. Jak się później okazało moja Babcia, kobieta wysoka i zdecydowanie postawna, wykrzykiwała „ich bin Schrank” (jestem szafą), co rozbawiło oprawców i w konsekwencji uratowało ją przed wywózką. Jednym słowem cudowna pomyłka.

Ktoś powie, te przypadki można logicznie wytłumaczyć. Nie zaprzeczam, że do pewnego stopnia tak. Można pomylić datę i to się zdarza stosunkowo często, tylko czy często taka pomyłka ratuje życie ?. Awaria telefonu niestety również do rzadkości nie należy. Lawina zdarzeń, którą ta awaria spowodowała, lub którym zapobiegła to już zupełnie inna sprawa.

Moja Babcia pomyliła słowa. Krank i Schrank rymują się więc nie ma w tym nic niezwykłego, mogła gdzieś usłyszeć słowo „Schrank” i choć nie znała jego znaczenia użyła go. Była zdesperowana i przerażona. Jednak nie zmienia to faktu, że ta banalna pomyłka w cudowny sposób ocaliła jej życie.

Trudno mi uwierzyć w zbieg okoliczności, nadzwyczajną koincydencję zdarzeń, która występuje przypadkowo i ma decydujący wręcz wpływ na życie danej osoby. Wierzę raczej w słowa Małgosi, która mówi o „odroczeniu ostatecznego” jako interwencji sił, które z sobie tylko znanych powodów wkraczają do akcji i zmieniają scenariusz zdarzeń zgodnie ze swoją (?) wolą. Ufam fali, która mnie niesie i wierzę w cuda, choć podobno „wierzyć to znaczy ufać kiedy cudów nie ma” (Jan Twardowski).

Samobójstwo – krzyk rozpaczy

W korespondencji od Państwa często przewija się temat samobójczej śmierci bliskiej osoby. Przez wieki Kościół katolicki traktował ten czyn jako grzech śmiertelny, a żeby jeszcze bardziej podkreślić jego wagę, ludzi którzy targnęli się na swoje życie chowano poza terenem cmentarza, często koło śmietnika lub przy samym murze cmentarnym. Pochówek w niepoświęconej ziemi, jako rodzaj wykluczenia ze wspólnoty miał odstraszać inne osoby przed zamachem na własne życie. Na dzień dzisiejszy KK przyjmuje, że samobójstwo jest wynikiem choroby psychicznej i samo w sobie nie stanowi aktu odrzucenia Boga. Mimo to osoby wierzące obawiają się o dusze swoich bliskich, co widać nawet na podstawie lektury Państwa listów.

„Siostra mojej mamy była w czasie II Wojny Światowej łączniczką AK. Wykonywała bardzo niebezpieczną konspiracyjną robotę. Jak sama mówiła nie bała się śmierci tylko tortur. Była mało odporna na ból i obawiała się, że kogoś wyda, że zdradzi ważne informacje. Jakimś sposobem weszła w posiadanie kapsułki z cyjankiem potasu. Użyła trucizny kiedy Gestapo otoczyło jej dom, a wcześniej podpaliła jedno z pomieszczeń ( prawdopodobnie niszcząc w ten sposób jakieś dokumenty). Moja Mama często modliła się za siostrę, za odkupienie jej duszy. Wszyscy, nawet ksiądz, tłumaczyli jej, że nie ma racji, że ciocia na pewno poszła do nieba, ale mama mówiła ”samobójstwo to samobójstwo”. Ja myślę, że to była niewinna śmierć, ale czasami przypominają mi się słowa Mamy i nachodzą mnie wątpliwości.”

Inny mail :

„Mój brat powiesił się w Nowy Rok. Podejrzewamy, że to te leki zrobiły i najpierw była euforia, a później jeszcze gorzej . Babcia płacze, że brat nie pójdzie do nieba. Zamawia msze i modli się bez końca.”

Moim skromnym zdaniem, nikt nie odbiera sobie życia dla zabawy. Za każdym samobójstwem stoi niewyobrażalna rozpacz i dramat konkretnego człowieka. Pozostaje pytanie przed czym samobójca ucieka? Zapewne przed czymś, co wydaje mu się straszniejsze od śmierci. W pierwszym z opisanych przypadków sprawa jest oczywista. Kobieta odebrała sobie życie ze strachu przed torturami Gestapo. Był to czyn heroiczny, poświęcenie własnego życia dla ratowania towarzyszy walki, dla sprawy ważniejszej niż życie jednego człowieka. Absolutnie nie rozumiem wątpliwości niektórych członków rodziny, wszak „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich.”

Samobójstwo pod wpływem antydepresantów to klęska współczesnej farmakologii i medycyny. Kolejne pozorne wsparcie, lek, który przez pewien czas maskuje chorobę, żeby w ostatecznym rozrachunku nasilić jej objawy. Gdyby ktoś pod wpływem tych leków zamiast zabić siebie, zgładziłby kogoś innego? Przypuszczam, że nie poniósłby z tego tytułu odpowiedzialności karnej. Jak można zatem obciążać go winą za zamach na własne życie?

Ta osoba jest ofiarą pazerności koncernów farmaceutycznych wypuszczających na rynek leki, co do działania których nie ma wystarczających badań.

Na blogu publikowałam relacje niedoszłych samobójców. Wizje dziwnego, przerażającego świata, który ujrzeli odchylając ledwie zasłonę śmierci, robią rzeczywiście piorunujące wrażenie. Podobny obraz przedstawiony został w filmie „Nasz dom” , nakręconym na podstawie książek Chico Xaviera. W filmie, aby opisać to miejsce, użyto określenia czyściec. Być może właśnie tak jest. Nie przypuszczam aby chodziło tu o karę w popularnym znaczeniu tego słowa. Raczej o uporządkowanie myśli, dojście do siebie, otwarcie duszy na miłość Boga. Czyściec kojarzy się wprost z oczyszczeniem. Wejściem w nową dla siebie rzeczywistość bez starych przyzwyczajeń, nawyków i osądów. Podstawowym warunkiem wydaje się być wybaczenie, ono bowiem przerywa cierpienie. Mam tu na myśli tak wybaczenie sobie jak i innym, do których mamy żal. Nie wierzę w piekło, pochłaniające dusze na wieki potępione. Bez względu na kultywowaną religię jesteśmy dziećmi jednego Boga, który nie skazałby żadnego z nas na taki los. Miłość Boga jest doskonała – nie ma tu miejsca na okrutną kaźń.

Życie jest wielkim darem i nikogo nie trzeba chyba przekonywać, co do słuszności tego stwierdzenia. Jak je wykorzystamy zależy głównie od nas samych. Natomiast jego kres nadejdzie w momencie wypełnienia misji powierzonej każdej duszy. Jeśli jednak zdarzy się, że ktoś bliski przyśpieszy ten moment, nie fundujmy sobie dodatkowego obciążenia. Rodziny i przyjaciele samobójców całymi latami obwiniają się za to, że nie zapobiegli niepotrzebnej i bezsensownej śmierci. Każdy sam rozliczy się ze swoich czynów.

Czy można przewidzieć przyszłość?

W komentarzach do poprzedniego wpisu pojawiło się ciekawe pytanie :

 

„Pani Beato a czym, według Pani, jest to zaglądanie w przyszłość? Czy to odczytanie jednego z wielu scenariuszy, który akurat „wpadł” nam do głowy czy też przyszłość jest z góry zaplanowana a my nie możemy już nic zmienić? „

Postaram się odpowiedzieć najlepiej jak potrafię. Pragnę jednak podkreślić, że są to moje prywatne przemyślenia i absolutnie nie uważam się za samozwańczego i nieomylnego znawcę wszechrzeczy.

Jak mawia mój znajomy „kosmos jest zbyt wielki, żeby można było coś ostatecznie zaplanować ”. W jego wersji jest to opinia mocno podbudowana pokładami humoru, ale trudno odmówić jej racji. Moim skromnym zdaniem przewidzieć czy też innymi słowy odczytać można tylko to, co zostało już pomyślane, choć niekoniecznie postanowione. Przy założeniu, że wszystkie myśli, które emituje mózg ulatują w przestrzeń, ale nie po to by bezpowrotnie zginąć tylko pozostać w swoistej bazie danych jaką jest pole morficzne, odczytanie ich wydaje się być jedynie problemem technicznym. Problem ten, przy pewnym nakładzie pracy można rozwiązać i z lepszym lub gorszym efektem korzystać z tejże „bazy danych”. Posłużę się przykładem z życia wziętym.

Przyszła do mnie pani Halina, przed którą stoi poważne wyzwanie. Ubiega się o stanowisko kierownicze. Z wielu kandydatów wybrano i zaproszoną na rozmowę kwalifikacyjną właśnie ją. Halina chce wiedzieć czy rozmowa będzie miała dla niej korzystny efekt i jak ma się zaprezentować żeby wypaść najlepiej. Oczywiste jest, że istnieje już w przestrzeni „baza danych” dotycząca kandydatury Haliny na to eksponowane stanowisko. Ktoś przeglądał liczne CV i z konkretnych powodów wybrał właśnie ją, zaprezentował i uzasadnił swój wybór osobie decyzyjnej, która również przemyślała swoje stanowisko i wyraziła chęć poznani Haliny osobiście. W tej sytuacji możemy prognozować jakie cechy uznano za kluczowe (bo kwalifikacje kandydaci mieli zbliżone) i scharakteryzować osobę, z która Halina spotka się lada dzień. Wiedząc któż zacz, można przyjąć dogodną dla siebie strategię. Zaproponowałam żeby Halina podkreśliła jak ważna jest dla niej rodzina i dzieci. Z początku pomysł ten wydał jej się wręcz niebezpieczny. Okazał się jednak strzałem w dziesiątkę. Jej szef uważał, że kto szanuje rodzinę szanuje też pracę.

Inny przykład. Młoda dziewczyna pyta „czy chłopak, z którym się spotyka myśli o niej poważnie” Odpowiedź była jednoznaczna, myśli bardzo poważnie, ale jednocześnie planuje daleki wyjazd. Jeśli ona o tym nie wie to w jej interesie jest zapytać chłopaka, czemu ukrywa tak istotny dla ich związku fakt? ( Nie ważne w jakim stadium realizacji jest dany plan, wystarczy że zaistniał chociażby w myślach. ) Chłopak obawiał się jej reakcji, a trafiała mu się wyjątkowo atrakcyjna oferta pracy. Był zaskoczony i dociekał skąd ona się o tym dowiedziała. (Podejrzenie padło na mechanika, z którego usług oboje korzystali. Mechanik jako jeden z nielicznych wiedział o planowanym wyjeździe. Bardzo mnie to rozbawiło.)

Są to przykłady banalne, ale chodzi mi jedynie o uchwycenia samego mechanizmu. Ranga problemu jest tu sprawą drugorzędną. Refleksja pozostaje ta sama:

Gdyby nie istniała globalna baza danych  to skąd miałabym pozyskiwać takie informacje?

Pilot samobójca również planował swój czyn.( Nie był zresztą jedynym pilotem, jaki popełnił samobójstwo rozszerzone o wszystkich pasażerów i członków załogi.) Stąd właśnie wziął się mój sen.

Oczywiście „to co nam wpada do głowy” jest tylko jednym z możliwych scenariuszy. Innymi słowy jest on aktualny dziś – tu i teraz. Jest on również statystycznie najbardziej prawdopodobny. Inna sprawa to wizje profetyczne, które stanowią przepowiednię wydarzeń odległych. Tutaj trzeba przyjąć do wiadomości dwa fakty. Pierwszy (dla niedowiarków) jest taki, że politycy, rządy czy chociażby przywódcy różnych grup wyznaniowych, planują swoje działania z dużym wyprzedzeniem. Wiele posunięć jest obmyślonych i zatwierdzonych do realizacji całe lata wcześniej niż dowiaduje się o tym opinia publiczna. Na przykład strategie wojskowe i związane z nimi nowe typy broni, przewroty, pucze i wszelkiej maści rewolty.Druga informacja (dla wierzących) jest taka, że nawet najbardziej „wydajny” prorok może się mylić, lub źle zinterpretować swoją wizję. Powód omyłki bywa banalny, na przykład prorok nie zna konkretnej technologii.Znamienny jest jeszcze jeden fakt. Często prorokami byli ludzie prości, niepiśmienni, którzy poza swoja wioską świata nie widzieli. Trudno więc podejrzewać ich o prognozowanie na podstawie znajomości faktów, zagadnień politycznych czy socjologicznych. Okazuje się, że w tym wypadku IQ nie ma znaczenia.

Kolejne zagadnienie to samoistne „podłączanie” się do „bazy danych”, które zdarza się głównie we śnie i często dotyczy osób przypadkowych, a przynajmniej nie zabiegających o taka wiedzę. Oczywistością wydaje się fakt, że to właśnie we śnie jesteśmy sobą i pozbywamy się krępujących nas więzów i uprzedzeń. Otwarty umysł przyjmuje więcej informacji, niż umysł rozproszony tysiącem bodźców i „zapieczętowany” przekonaniem, że nam się to nie przytrafi. Takie zdarzenie to dobry pretekst do zastanowienia nad tym jak bardzo lekceważymy własną intuicję i ile na tym tracimy.

Moim zdaniem nic nie jest  z góry przesądzone. Gdyby było inaczej wolna wola, która jest cechą przypisaną tylko wolnym duszom i nieodzowna dla ich rozwoju osobistego, stałaby się farsą niegodną Stwórcy.

 

 

„Druga szuflada” czyli opera mydlana po polsku

Dzisiejsza historia opowiada nie tylko o doświadczeniu paranormalnym, ale odnosi się również do sfery obyczajowej. Generalnie stronię od tematów, które dotykają wprost kwestii religijnych . Chociaż wiadomo, że każda instytucja tak wyznaniowa jak i świecka nie uniknie patologii. Jak wspomniałam nie jestem Charlie. Czasami jednak pewnych wydarzeń przemilczeć się nie da, trudno też dyskutować z faktami.

Moja rozmówczyni ma na imię Agata, jej mąż jest lekarzem, a jego brat księdzem. Agata mówi o sobie przekornie „urodzona heretyczka”  . Przez swoje małżeństwo weszła do rodziny, w której praktyki religijne były istotne, a posiadanie w swoim gronie księdza podkreślane i reklamowane zawsze i wszędzie. Jej mąż jako dorosły człowiek zachował wprawdzie znaczny dystans do pewnych tradycji, ale dewocję całej reszty jego rodziny musiała znieść. Kilka lat temu po długiej chorobie zmarł jej teść. Agata usiłowała jakoś podtrzymać na duchu teściową, często do niej dzwoniła, proponowała pomoc. Kiedyś teściowa powiedziała – „najgorsze to są kwestie finansowe, teraz mam do dyspozycji tylko część emerytury taty”. Te słowa, w uszach nieświadomej pewnych spraw Agaty brzmiały jak dąsy rozpieszczonej pani domu. Przecież ten kawałek emerytury to była co najmniej, trzykrotna emerytura przeciętnego Polaka! Pozostawiła tą wypowiedź bez komentarza.

Kilka miesięcy później zmarła również teściowa. Doznała wylewu i mimo, że syn stawał na głowie i chciał ratować ją za wszelką cenę, zgasła nie odzyskawszy przytomności. Organizacją pogrzebu zajęła się Agata. W trakcie uroczystości zwróciła uwagę na dziwne zachowanie swojego szwagra, księdza. Był rozdrażniony i arogancki. Żadnych oznak smutku, tylko gniew. Kilku żałobników również zwróciło na to uwagę i komentowało sprawę krótko „do Watykanu jeździ, robi karierę i w głowie mu się poprzewracało”. Po pogrzebie ksiądz wyjechał podkreślając, że wkrótce się odezwie.

Teściowa przyśniła się Agacie po raz pierwszy dokładnie dwadzieścia jeden dni po pogrzebie.Takie ezoteryczne „oczko”. Nastąpiła krótka przerwa i sny zaczęły się powtarzać z męczącą regularnością. Teściowa jak mantrę powtarzała te same słowa. „Jesteś zaradna, szukaj w drugiej szufladzie. Honor jest najważniejszy” Wytrzymałość Agaty skończyła się kiedy, jak twierdzi, podczas parkowania w podziemiach centrum handlowego, zobaczyła twarz zmarłej w lusterku.

Agata nie potrafiła tego zrozumieć. Owszem było jej przykro z powodu śmierci teściowej, ale nie doznała w związku z tym głębokiej traumy. Po namyśle doszła do wniosku, że wizyta w mieszkaniu teściów i przeszukanie wszystkich „drugich szuflad”, których tam nie brakowało,będzie dla jej psychiki prawdziwym katharsis. Jak pomyślała tak zrobiła. Nie spodziewała się żadnych rewelacji, chciała tylko odzyskać spokój i zdrowy sen. Jak to zwykle bywa, gdy szukamy czegokolwiek, dopiero w ostatniej z „drugich szuflad” znalazła ciekawe rzeczy. Zdjęcie małego chłopca, kilka listów i starannie ułożone dowody wpłaty. Wszystkie jak jeden opiewające na kwotę dwóch tysięcy złotych i skierowane do tej samej kobiety. Bardzo szybko poukładała sobie fakty. ”To było straszne. Takie rzeczy dzieją się w najpodlejszej klasy telenowelach, ale nie w prawdziwym życiu. Wydawało mi się to tak nieracjonalne, że aż śmieszne. ” W domu podzieliła się z mężem tymi rewelacjami. „Twój brat ma syna. Dziadkowie od lat płacili alimenty. Sądząc po datach na dowodach wpłaty, braciszek mocno zapomniał się pod koniec seminarium. Tu masz dokumenty, znalazłam je w mieszkaniu rodziców” Kiedy pierwszy szok minął mąż zapytał Agatę skąd przyszło jej do głowy, żeby rewidować szuflady i szukać Bóg wie czego? To był dla Agaty trudny moment. Mimo wahania wyznała prawdę. Spodziewała się bardzo emocjonalnej reakcji. Zawiodła się srodze. Jej mąż westchnął tylko i powiedział „No tak, cała matka. Jak czegoś chciała zawsze znalazła sposób, żeby to osiągnąć. „ Okazało się, że ten dzień, który dla Agaty zaczął się niemal jak u Hitchcock’a istnym trzęsieniem ziemi, jeszcze się nie skończył. Zadzwonił telefon, a podekscytowany brat- ksiądz poinformował ją, że znalazł już kupca na mieszkanie po rodzicach. Napięcie rosło. Doszło do karczemnej awantury podczas, której mąż Agaty zarzucił bratu kłamstwo, bezduszność i brak jakichkolwiek zasad moralnych tak względem rodziców jak i własnego dziecka. Zapowiedział, że nigdy nie weźmie udziału w żadnym odprawianym przez brata nabożeństwie.

Pomińmy tu rodzinne korowody, podział majątku i tym podobne tematy. Ksiądz chciał sprzedać mieszkanie rodziców i „rozwiązać ostatecznie kwestię dziecka”, wpłacając na konto jego matki okrągłą sumę, co miało zapewnić mu spokój i nie przeszkadzać w dalszej karierze. Jak sam powiedział” trudno żeby jeden błąd przekreślił tyle starań”. Nie osądzam tego człowieka. Od rozliczania uczynków jest Ktoś sprawiedliwy i niezawodny.

Agata przyszła do mnie aby poradzić się w sprawie podjęcia ewentualnego kontaktu z matką dziecka, było nie było to bratanek męża. Nie mogła też zrozumieć, dlaczego ją wybrała teściowa do realizacji swojego celu. Agata nie czuła się w żaden sposób predestynowana do kontaktów z drugą stroną. Zakładała, że w jej życiu nie wydarzyło się nic, co zbliżyłoby ją do tej przestrzeni. Poprosiłam ją aby wyciągnęła z talii kart Tarota jedną, z intencją odpowiedzi na nurtujące ją pytanie  . Intuicyjnie wybrała osiemnastą kartę Wielkich Arkanów, czyli Księżyc. Zapytałam ją czy w dzieciństwie topiła się? Dość spontanicznie wykrzyknęła – „O cholera zapomniałam o tym!”.

Pojawia się pytanie czy rzeczywiście osoby, które albo doświadczyły śmieci, albo znalazły się w stanie zagrożenia życia rzeczywiście mają te szczególne predyspozycje? Odpowiadam: moim zdaniem tak. Problem polega na tym, że wiele osób nie zdaje sobie sprawy czy nie pamięta dokładnie, co wydarzyło się w ich dzieciństwie. Agata nie jest przypadkiem odosobnionym. Jeden z moich rozmówców również zarzekał się, że nigdy nie wydarzyło się nic groźnego dla jego życia. Później skontaktował się ze mną i skorygował swoją wersję. Okazało się, że podczas porodu wystąpiły komplikacje, miał szyję okręconą pępowiną i przyszedł na świat praktycznie bez oznak życia. Mama nie powiedziała mu o tym. Nie miała ochoty, wspominać tych strasznych dla niej chwil. Postaram się w najbliższym czasie wrócić do tego tematu.

Wszechstronnie utalentowany Karol

Przedstawiam dzisiaj opowieść, którą miałam przyjemność wysłuchać osobiście. Streściłam ją nieco i prezentuję, aby po raz kolejny zwrócić uwagę na to jak nomen omen, żywy jest kontakt z „tamtym światem” i jaki wpływ może wywierać na naszą rzeczywistość. Niejednokrotnie rozwój wypadków, bez tej ingerencji były zupełnie inny. Z doświadczenia wiem, że wiele osób zawdzięcza sporo wskazówkom i radom otrzymanym od zmarłych. Niektórzy poprawę standardu życia, inni inspirację do działania, a są i tacy, którzy zawdzięczają ocalenie od śmierci.

Moja rozmówczyni to Pani Anna, jej brat ma na imię Karol. Rodzice Pani Anny wychowali się w sierocińcu. Pochodzili z bardzo dobrych rodzin, byli rozpieszczanymi jedynakami. Koszmar wojny przerwał ich sielskie dzieciństwo. Dziadkowie Anny ze strony matki zginęli walcząc w powstaniu Warszawskim. Ciotka, która wzięła pod opiekę Marysię (mamę Anny) zmarła na atak serca i w ten sposób dziewczynka trafiła do sierocińca prowadzonego przez siostry zakonne. Dziadkowie ze strony ojca zostali zamordowani podczas rzezi Woli,jest to jedna z najstraszniejszych chwil w historii stolicy. Ojciec Anny (Wiktor) twierdził, że nie pamięta prawie nic z tamtych wydarzeń. Całą rodziną ukryli się w piwnicy. Kiedy usłyszeli zbliżających się Niemców i zdali sobie sprawę, że ta kryjówka ich nie uratuje, matka kazała mu wejść do starego kufra i narzuciła na tenże jakieś zniszczone ubrania. Potem słyszał płacz, krzyk i wreszcie wielki huk. Stracił przytomność. Po pewnym czasie ocknął się i wyszedł na ulicę. Błąkał się jakiś czas, miał szczęście, ponieważ pierwszą osoba, na jaką się natknął był Polak. Po różnych perypetiach znalazł się u zakonnic. Tam poznał Marysię, a ich dziecięca przyjaźń w miarę upływu czasu przekształciła się w miłość. Matka Anny skończyła szkołę pielęgniarską, ojciec technikum. Pobrali się i zamieszkali w wynajętym, maleńkim pokoju. Wtedy odezwała się dalsza krewna Marii. Odnalazła ją po tylu latach, co wydawało się cudem samym w sobie. Krewna ta jeszcze przed wojną wyjechała z Warszawy i osiadła na południu kraju. Młodzi małżonkowie przeprowadzili się do niej i dzięki temu ich dzieci Anna i Karol zyskały „przyszywaną” babcie. Karol od najmłodszych lat uwielbiał rysować. Można powiedzieć, że na podstawie prób i błędów sam doskonalił swoją technikę. Nauczyciel plastyki podkreślał wielokrotnie, że chłopak ma niezwykły talent i trzeba go wspierać. Niestety sytuacja materialna rodziny nie była najlepsza. Ojciec uległ poważnemu wypadkowi i był na rencie. Matka brała dodatkowe dyżury w szpitalu, ale i to nie wystarczało. W pobliżu ich domu mieścił się stary żydowski cmentarz i mocno zdewastowany dom pogrzebowy. W tamtym czasie cmentarz nie był porządnie ogrodzony i wielu mieszkańców okolicznych ulic chodziło tamtędy skracając sobie drogę. Karol natomiast przesiadywał tam często i namiętnie szkicował. Pewnego razu do rodziców Anny przyszła sąsiadka i bardzo zaniepokojona oznajmiła, że z Karolem dzieje się coś złego. Widziała kilkakrotnie jak podczas rysowania rozmawia sam ze sobą. Kiedy sąsiadka poszła, rodzice zawołali Karola i zapytali:, czemu mówisz sam do siebie? Na, co chłopak spokojnie odpowiedział, że nie mówi do siebie tylko rozmawia z panem, który jest bardzo miły i zna mnóstwo ciekawych historii. Ze sterty rysunków wyciągnął kilka, na których jak twierdził przedstawił tego właśnie pana. Rodzice zaniemówili. Przyjęli, że skoro sąsiadka nikogo nie widziała to Karol wymyślił sobie tą postać. Na wszelki wypadek zabronili mu chodzić na cmentarz. Oczywiście chłopiec nie posłuchał. Kiedy Maria dowiedziała się, że znowu rysuje na kirkucie (zasługa usłużnej sąsiadki) poszła po niego. Na miejscu zastała Karola i jakiegoś eleganckiego pana, który z nim rozmawiał. Była zdenerwowana i potraktowała obu dość nieprzyjemnie. Mężczyzna ten przywitał się grzecznie. Po chwili zaczął tłumaczyć, że odwiedza groby przodków i kiedy zauważył szkicującego chłopca podszedł do niego. Rysunki, które zobaczył tak go urzekły, że gotów jest za nie zapłacić. Chce, bowiem koniecznie pokazać je swoim znajomym. Maria wybrała parę szkiców i wręczyła je nieznajomemu. Nie przyjęła wtedy pieniędzy. Po kilu tygodniach, podczas dyżuru jedna z lekarek poprosiła ją o chwilę rozmowy na osobności. Niby nic nadzwyczajnego, jednak jak się później okazało ta rozmowa miała wielki wpływ na życie całej rodziny, a Karola w szczególności.

Lekarka na wstępie poprosiła , aby wszystko, co zostanie powiedziane zostało między nimi. Najpierw zapytała Marię, czy Karol przychodzi na stary kirkut (o tym, że chłopiec jest uzdolniony plastycznie wiedział cały szpital), Kiedy uzyskała potwierdzenie, powiedziała, że jest Żydówką i na spotkaniu w bliskim jej gronie osób, ktoś pokazywał rysunki niezwykle uzdolnionego chłopca. Na podstawie opisu domyśliła się, że może chodzić o Karola. Zaproponowała, aby Karol narysował wszystkie macewy i zrobił więcej portretów tego szczególnego mężczyzny, z którym rozmawia. Wytłumaczyła oniemiałej Marii, że ten pan na rysunkach to ostatni przedwojenny rabin, jaki pełnił swoje obowiązki w tym miejscu. Rabin został zamordowany dawno temu, ale skoro ukazał się chłopcu to znaczy, że ma coś istotnego do przekazania. Podkreśliła raz jeszcze, że nie ma wątpliwości, co do tożsamości osoby rabina.

Zaproponowała w imieniu własnym i przyjaciół, wysoką zapłatę za rysunki oraz stypendium dla dziecka wypłacane do czasu ukończenia edukacji.

Anna poznała treść tej rozmowy podsłuchując rodziców, którzy przez wiele godzin dyskutowali jak zachować się w takiej sytuacji. Mieli mnóstwo wątpliwości, a kontakt Karola z duchem rabina wydawał im się nierealny. Z drugiej strony wiedzieli, że dziecko samo z siebie nie byłoby w stanie stworzyć perfekcyjnego portretu osoby, której nigdy nie widziało. Perspektywa stypendium oraz dużej kwoty na bieżące potrzeby nie pozostała bez znaczenia. Doszli do wniosku, że Karol może zarabiać rysując, co do reszty uznali, że dzieją się rzeczy, o których i tak nie są w stanie rozstrzygać.

Karol rozmawiał z rabinem, a treść tych rozmów przekazywał wyznaczonej osobie. Rysował też macewy i budynek przycmentarny, jego dzieła masowo opuszczały nasz kraj. Regularnie spływały zamówienia na następne. Chłopiec pozostawał pod opieką świetnie wykwalifikowanych nauczycieli. Dzisiaj jest architektem, maluje z tym samym zapałem, co kiedyś. Niechętnie rozmawia o kirkucie i tamtych wydarzeniach, twierdzi, że to zbyt osobiste. Jednak portret starego rabina wisi w jego domu. Anna jest zdania, że brat i jego talenty wyprowadziły rodzinę z wielkiego impasu. Otworzyły wszystkich nie tylko na nowe możliwości, ale także bardzo rozwinęły duchowo.  Jej ojciec do końca życia zgłębiał temat kontaktów osób żyjących z zaświatami.

 

 

Pod Kukułką

W związku z historią, którą pragnę dzisiaj opisać, nurtuje mnie pewna kwestia. Czy między zwierzęciem, a duchem może dojść do swego rodzaju mistycznej relacji? Z wielu różnych teorii przemawia do mnie ta: zwierzęta nie maja wolnej woli w tym sensie, że nie dostrzegają różnic moralnych między swoimi czynami. Innymi słowy skoro ich nie pojmują to nie są zdolne do świadomego wyboru między dobrem, a złem. Służą osobie, która w jakimś sensie ma nad nimi władzę. Jeśli dodatkowo założymy, że autonomia świata pozagrobowego jest ogromna i śmiało można powiedzieć, że rządzi się on własnymi prawami to właściwie taka sytuacja jest możliwa. Przynajmniej teoretycznie można założyć, że duch bliskiej nam osoby, aby przekazać wiadomość o czymś, co przyniesie nam korzyść może posłużyć się zwierzęciem. Inaczej nie jestem w stanie wytłumaczyć sobie opisanego poniżej przypadku.

Pani Justyna wraz ze swoją mamą Hanną wojnę przetrwały dzięki krewnym, którzy po prostu nie pozwolili im wrócić do domu, uznając podróż za zbyt ryzykowną. Miasto, w którym obie przyszły na świat stało się łupem wojennym Rosjan. Pani Hanna drżała o życie swoich rodziców, zwłaszcza, że dochodziły do niej straszne wieści na temat postępowania Rosjan wobec polskiej inteligencji. Z czasem udało się jakoś przekazać wiadomość. Hanna dowiedziała się, że matka ocalała, ale ojca zabrali. Los polskiego adwokata, piłsudczyka i wielkiego patrioty w tamtych okolicznościach był przesądzony. Kolejnym ciosem była wiadomość o śmierci ojca Pani Justyny. Zginął już w pierwszych dniach wojny. Jej mama załamała się całkowicie. Jednym słowem, gdyby nie życzliwość krewnych, ich bezinteresowne wsparcie dramat mógłby się jeszcze pogłębić.

Po wielu perypetiach wróciły w rodzinne strony. Ich piękne mieszkanie zajmował jakiś „czerwony arystokrata”. No cóż, zwycięzcy biorą wszystko. W podwórku znajdowała się suterena, a w niej magiel. Pani Hanna odkupiła ten magiel od właścicielki i zamieszkała z córką w pokoiku, który znajdował się na tyłach magla. Było im ciężko. Hanna często wpatrywała się w okna swojego dawnego mieszkania i bezgłośnie płakała. Babcia Justyny zginęła bez wieści. Stara dozorczyni, która przetrwała wojnę, przyniosła ukradkiem wiklinowy kosz, a w nim rzeczy, które nowi lokatorzy chcieli wyrzucić, jako niepotrzebne. Dla Hanny były to pamiątki rodzinne. Długo dziękowała kobiecie za ich przechowanie.

Justyna zaczęła śnić o swojej babci. W tym śnie siedziała na babcinych kolanach słuchając dziecięcej wyliczanki. W pewnym momencie babcia milkła i szeptała do ucha Justyny: – pod kukułką, pamiętaj pod kukułką! Sen powtarzał się dość często. Justyna opowiedziała go matce. Jej mama nie rozumiała przesłania. Powiedziała, że w ich domu nie było nigdy zegara z kukułką i nie wyobraża sobie jak można to wszystko odczytać inaczej. Pewnego dnia pod drzwiami magla znalazły czarną kotkę. Była wygłodzona i poraniona. Przygarnęły ją i odkarmiły. Pewnej soboty kotka zniknęła. Było to bardzo smutne wydarzenie. Następnego dnia po mszy obie kobiety udały się na cmentarz, aby tradycyjnie już pomodlić się za swoich bliskich. Ten swoisty rytuał przynosił ulgę. Justyna rozglądała się po cmentarzu, uwielbiała patrzeć na figury aniołów. Nagle usłyszała miałczenie. Mimo napomnień matki pobiegła w tamtym kierunku. Ku swojej wielkiej radości znalazła kotkę. Zwierzątko było uwięzione w przedsionku do dużego rodzinnego grobowca. Drzwi były wykonane z metalowych, bogato rzeźbionych prętów. Hanna była zdumiona, nie mogła pojąć jak kotka tam weszła. Justyna przyjrzała się płaskorzeźbie wiszącej nad wejściem. Zapytała czyj to grób. Jej mama złapała się za głowę. To grób rodzinny Kukułków! Przesłanie babci poraziło ją niczym grom z jasnego nieba. Dzięki pomocy pracownika cmentarza udało się oswobodzić kotkę. W drodze do domu, matka opowiedziała Justynie o tej rodzinie. Zamożni ludzie, wykształceni, zasiadali nawet w radzie miejskiej. Dziadek przyjaźnił się z nestorem rodu. Justyna zapytała w końcu: mamusiu czy to nie jest wytłumaczenie słów babci? Może ona coś schowała w grobowców tych państwa? Hanna długo biła się z myślami. Minęły miesiące zanim zdecydował się dostać „pod kukułkę”. Rzeczywiście odnalazła niewielką skrzynkę należącą wcześniej do jej matki. Było tam trochę biżuterii i lista osób, u których zapobiegliwa starsza pani ukryła różne przedmioty.

Część osób oddała własność Hanny, niestety nie wszyscy. Kotka już nigdy więcej nie oddaliła się od domu.

Po dwóch latach „czerwony arystokrata” awansował i opuścił mieszkanie. Zostało ono podzielone na dwa mniejsze. Jedną cześć odzyskała Pani Hanna. Na ścianie w pokoju wisiał duży obraz z gatunku „jelenie na rykowisku”. Kiedy kobiety zdjęły go ze ściany okazało się, że zasłaniał napis, który przebijał spod białej farby  „Haniu – pod kukułką”.

 

Płaczka – opowieść czytelniczki

 

Bohaterka dzisiejszej historii ma na imię Anna. Rzecz dzieje się niespełna dwa lata temu.

 

SONY DSC

 

Telefon od kuzyna odebrała późno w nocy. Zawiadamiał ją o śmierci swojego ojca, a jej wuja oraz o planowanym terminie pogrzebu. Anna była zszokowana, przecież niedawno widziała wujka Zbyszka, który wyglądał kwitnąco, oczywiście jak na swój wiek. Nie zmrużyła oka aż do rana. Przeglądała stare albumy. Wujek zawsze pomagał jej rodzicom. Zawdzięczała mu bardzo wiele od letnich wakacji, spędzanych w jego domu po stypendium, które pozwoliło jej ukończyć studia. Oczywiście sama przed sobą przyznawała, że wujek był postacią kontrowersyjną. Dla niej dobroczyńca i przyjaciel dla innych komuch i dorobkiewicz.

Z uzyskaniem wolnego nie było problemu, Anna pracowała w firmie swojego teścia. Martwiła ją tylko podróż. Mąż Anny, pracownik korporacji, został oddelegowany na szkolenie za granicę. Owszem miała do dyspozycji samochód, ale swoje umiejętności, jako kierowcy oceniała dość nisko. W dodatku od kilku dni czuła się niezbyt dobrze, za, co winiła dużą porcje frytek zjedzoną w przydrożnym barze. Ambicja nie pozwoliła jej zrezygnować z wyjazdu. Poza tym była winna wujkowi przynajmniej pożegnanie.

Dojechała szczęśliwie, a na miejscu przywitała ją zapłakana ciotka Krystyna. Ciotka urodziła trzech chłopców, a Annę traktowała jak własną córkę, której bardzo pragnęła. Była wdzięczna Annie, że przyjechała tak szybko i nie zostawiła jej bez wsparcia. Dwa dni później odbył się pogrzeb. Przybyły tłumy ludzi. Przedstawiciele władz, różnych organizacji i zrzeszeń, do których wujek należał. Anna w myślach skonstatowała, że to najgłośniejsze ostatnie pożegnanie, w jakim brała udział. Następnego dnia poszła na cmentarz sama, aby w ciszy i spokoju pożegnać Zbyszka. Kiedy stała nad świeżą mogiłą, usłyszała płacz. Głośno i wyraźnie. Podążyła za tym dźwiękiem. Cmentarz był duży i gęsto zadrzewiony. W bocznej alejce, nieopodal starego grobu rodzinnego, zobaczyła kobietę, która głośno płakała. Anna zbliżyła się do niej. Wtedy kobieta gwałtownie się odwróciła. Miała piękną twarz, ale w jej spojrzeniu było coś przerażającego. Annie zrobił się słabo, resztką świadomości oparła się o sąsiedni grób. Po chwili oprzytomniała, rozejrzała się, dokoła, ale kobiety już tam nie było. O swojej przygodzie nie wspomniała nikomu z domowników. W nocy śniła o kobiecie z cmentarza. Był to dziwny sen pełen niezrozumiałych szeptów i obrazów. Zaraz po przebudzeniu miała przemożną ochotę, aby z kimś porozmawiać. Niestety ciotka na środkach uspakajających ledwo kontaktowała, kuzyni – pewnie by ją wyśmiali. Postanowiła przejść się po okolicy. Przyszło jej do głowy, aby przy okazji odwiedzić mieszkającego po sąsiedzku kolegę. Widziała go na pogrzebie. Kilka miesięcy wcześniej Anna wraz z mężem bawiła się na jego weselu. Została bardzo mile przyjęta. Razem z nimi mieszkała babcia. Kobieta ponad dziewięćdziesięcioletnia, ale zadziwiająco sprawna.. Kiedy Anna została z babcią Heleną sama, starsza pani zapytała, wprost; Co cię gnębi? Anna tylko na to czekała, wyrzuciła z siebie całą historię nieomalże jednym tchem. Babcia Helena złożyła dłonie jak do modlitwy – Płaczkę spotkałaś. Ale nie martw się nie ty pierwsza i pewnie nie ostatnia. Babciu, kim jest ta kobieta? To zabłąkana dusza. Czy babcia chce mi powiedzieć, że spotkałam ducha? Tak, pewnie, dlatego zasłabłaś. Anna miała kompletny bałagan w głowie i na tę chwilę nie wiedziała jak ma przyjąć to, co właśnie usłyszała. Babciu czyj to duch? Wiesz to stare dzieje. Podczas tamtych wydarzeń miałam paręnaście lat. Ty znasz inny świat, ale wtedy wszystko tutaj to znaczy las, jezioro, mnóstwo ziemi należało do jednego właściciela. Ludzie go szanowali, jak to się drzewiej mawiało ludzki był z niego pan. Jednego roku wysłał żonę wraz z synami do sanatorium. Słabego zdrowia były te jego dzieci. Kiedy szofer odwoził ich na stację po zakończeniu turnusu doszło do strasznego wypadku. Śpieszyli się i automobil wpadł do rzeki. Zginęli wszyscy nie wyłączając szofera. W majątku nastała straszna żałoba.

Po jakimś czasie na odmianę wybuchł skandal. Okazało się, że właściciel przywiózł do majątku kobietę z kilkuletnim chłopcem. Miał z nią romans. Ksiądz udzielił im ślubu w kaplicy, wszystko po cichu. W majątku mieszkała jeszcze jego matka, która ścierpieć nie mogła tego, co się stało. Jedna znajoma mojej świętej pamięci mamy pracowała w kuchni i słyszała jak starsza pani wyzywała na nową synową – lepiej żebyś to ty się w rzece utopiła, a nie moja prawdziwa synowa i wnuki. Pewnego razu ta dziewczyna poszła na spacer z synkiem i nie wróciła. Wieczorem zarządzono poszukiwania. Chłopca znaleziono w lesie. Był przerażony nie potrafił nic powiedzieć. Zwłoki jego matki pływały w jeziorze. Boże, co to była za sprawa. Policjanci przyjechali z miasta stołecznego. Przeczesali całą okolicę. Badali ciało i lekarz stwierdził, że to była czynna napaść. Ona chciała żyć i mocno walczyła. Ktoś ją utopił. Oczy wszystkich skierowały się w stronę starszej pani. Wyszło na jaw, że krótko przed tą tragedią dwukrotnie kazała wozić się na stację kolejową. Synowi mówiła, że krewną odwiedza, ale kto ją tam wie. Winnego nie odnaleziono. Może byłoby inaczej, ale w trakcie śledztwa starsza pani doznała udaru i do śmierci pozostała sparaliżowana. A, co było z chłopcem? Wychował się, ale był dziwny, unikał ludzi i bardzo się jąkał. Jego matka zawsze płacze i ukazuje się na cmentarzu lub w okolicach jeziora. Może to tylko przesąd, ale uważaj na siebie. Potraktuj to jak przestrogę.

W drodze powrotnej Anna miała wypadek samochodowy. Na szczęście nie groźny. Mimo wszystko trafiła do szpitala. Podczas badania USG okazało się, że jest w ciąży. Oczywiście odwiedza swoich krewnych, nadal jednak unika cmentarza.

 

  • Tekst powstał na podstawie maila od czytelniczki. Nie mogłam posłuż się oryginałem, gdyż był zbyt chaotyczny. Za jej zgodą uporządkowałam całość.
  • Zdjęcie autorstwa mojego kolegi Mateusza  Sokołowskiego

 

 

Światopogląd materialistyczny

Chciałabym dzisiaj przedstawić rozmowę sprzed kilku dni. Utkwiła mi ona w pamięci, ponieważ w obrazowy sposób pokazuje jak bardzo się od siebie różnimy i jak dalece te różnice kształtują nasze widzenie świata.

Moja rozmówczyni to kobieta około sześćdziesiątki, bardzo drobnej postury, niezwykle energiczna o ekspresyjnym sposobie bycia. Przy tym szalenie elegancka i zadbana. Zawodowo związana z projektowaniem budynków. Wykształcenie wyższe, studia inżynierskie. Rozmawiałyśmy wcześniej kilka razy. Zastanowiło mnie skąd u tak delikatnej fizycznie istoty tyle pragmatyzmu i surowej logiki myślenia. Staram się nie ulegać stereotypom, ale chyba każdy patrząc na ten klasyczny przykład „filigranowej urody”, zakłada, że raczej leży i pachnie, a jej myśli krążą wokół poezji, nie wyceny żelbetonu.

Ponieważ była ubrana na czarno, niemal odruchowo zapytałam, co się stało. Okazało się, że zmarł jej teść, z którym była silnie związana uczuciowo. Cała rodzina odczuwa tę stratę. Jej teść został umieszczony w szpitalu specjalizującym się w problemach neurologicznych. Znam ten szpital.

– „ To się stało tak nagle zabrali go do szpitala i od razu powiedzieli nam, że to udar mózgu. Mój mąż z tych nerwów dostał jakiegoś strasznego rozstroju żołądka. Pół nocy się męczył, a rano było niewiele lepiej. Postanowiłam, że sama pojadę na miejsce dowiedzieć się o stan zdrowia teścia. Wyjechałam wcześnie żeby zaraz po obchodzie rozmawiać z ordynatorem. Nie ma pani pojęcia, jaką idiotkę z siebie zrobiłam w tym szpitalu, aż mi wstyd się przyznać. Zaparkowałam samochód spory kawałek od wejścia, wszystkie miejsca bliżej były zajęte. Szłam dość wolno, bo wie pani tam wszędzie są te kocie łby i obcasy mi się zapadały w szpary między kamieniami. Nagle zobaczyłam mojego teścia stojącego na schodach przed budynkiem. Miał na sobie piżamę, którą mu wcześniej przywiozłam i machał do mnie ręką. Uśmiechał się i szczerze to wyglądał jakby mu nic nie było. Matko moja, zaczęłam biec. Myślałam, jak można dopuścić, aby człowiek w takim stanie wyszedł na zewnątrz budynku? Widziałam go wyraźnie. W pewnej chwili mało się nie przewróciłam, a obcas zablokował się na dobre. Na chwilę odwróciłam głowę, musiałam jakoś się uwolnić. Kiedy mi się to udało teścia już tam nie było. Wpadłam na oddział jak ostatnia wariatka. Zrobiłam karczemną awanturę pielęgniarkom za to, że nie pilnują pacjentów. Wreszcie jedna z nich powiedziała żebym się uspokoiła i usiadła. Zaczęła tłumaczyć, że coś musiało mi się przywidzieć. Obchód jest opóźniony i wszyscy pacjenci czekają w łóżkach. Nadmieniła, że na całym oddziale jest tylko kilku pacjentów, którzy są w stanie samodzielnie się poruszać. Zapytałam, czemu obchodu jeszcze nie było. Pielęgniarka powiedziała. Że najpierw stan jednego z pacjentów gwałtownie się pogorszył i został przeniesiony na salę intensywnej terapii. Później okazało się, że inny pacjent zmarł i to był właśnie mój teść. Stało się to około pół godziny przed moim „spektakularnym wejściem”. Nie zdążyły nawet zadzwonić. Nogi się pode mną ugięły. Zaczęłam je przepraszać za moje zachowanie. Powiedziały, że się nie gniewają, że to stres, zmęczenie i tak dalej. Nie mogę sobie wybaczyć, że z powodu jakiegoś przywidzenia zbeształam te kobiety. Jeszcze w życiu nie zrobiłam z siebie takiej idiotki.”

Przez myśl mi nie przeszło, żeby przedstawić mój punkt widzenia względem jej „przywidzenia”. Dane jej było piękne pożegnanie ze strony bliskiego człowieka, nie każdy tego  doświadcza. Jednak nie sądzę, aby takie argumenty trafiły do mojej rozmówczyni. Jej świat jest zamknięty w ścisłych ramach określonych paradygmatem nauki. Oczywiście pocieszyłam ją i zapewniłam, że pielęgniarki pracujące na tak ciężkich oddziałach nie raz doświadczają różnych, często bardzo emocjonalnych reakcji ze strony rodzin pacjentów. Jej „wyczyn” na pewno nie jest aż tak wyjątkowy jak się wydaje. Teść był już w podeszłym wieku i odszedł spokojnie, bez cierpienia i męki psychicznej. Ufam, że po tej rozmowie trochę kobiecie ulżyło.

Zastanawiam się jak wiele osób zupełnie obojętnie przechodzi obok cudownych rzeczy, które dzieją się w ich życiu? Zawsze, kiedy o tym myślę dochodzę do wniosku, że jednak wolę swoje „nawiedzenie” ( z wszystkimi tego stanu wadami i zaletami) niż owo przysłowiowe „racjonalne myślenie”, które moim zdaniem ogranicza i zamyka nas, utrzymując umysł w ryzach „szkiełka i oka”.

Jeszcze raz o rzeczach z drugiej ręki

Dzisiaj chciałabym sięgnąć do historii sprzed kilkunastu lat. Moja koleżanka i ja podjęłyśmy pierwszą pracę praktycznie w tym samym czasie. Monika pracowała w Kancelarii Adwokackiej założonej przez dwóch młodych prawników. Jeden z nich był jej sąsiadem i sam zaproponował współpracę. Obaj panowie mieli wielkie ambicje i udało im się wejść do palestry, która jak wiadomo jest środowiskiem niezwykle hermetycznym, mimo braku odpowiednich koneksji rodzinnych. Monice pracowało się tam bardzo dobrze. Bez problemów mogła kontynuować własne studia i nie obciążać rodziców ich kosztami. Pewnego razu zadzwoniła do mnie mocno poddenerwowana i prosiła o pilne spotkanie. Chciała koniecznie abym przyszła do Kancelarii pod nieobecność adwokatów. Spełniłam jej prośbę. Pracowałyśmy bardzo blisko siebie, więc zwolniłam się pod jakimś pretekstem i poszłam odwiedzić koleżankę. Drzwi do kancelarii były uchylone, kiedy Monika zauważyła, że idę wyszła na korytarz i zakomunikowała; – Nastaw swoje czujniki tam coś jest. Zauważyłam, że ma bardzo zasinioną dłoń, zapytałam, co się stało.

-Wiem, że to zabrzmi idiotycznie, ale biurko mnie atakuje.

Szczerze mówiąc zdębiałam. Monika zawsze była osobą bardzo trzeźwo myśląca, żyła zdecydowanie orientując się na „tu i teraz”. Jej pogodne usposobienie i zaraźliwy wręcz optymizm dodawał otuchy wielu osobom w tym i mnie. Postanowiłam pomóc, a przynajmniej wysłuchać, co ma do powiedzenia. Nalegała, aby opowiedzieć mi pokrótce przebieg wydarzeń jeszcze na korytarzu.

Mieliśmy w Kancelarii kapitalny remont. Chłopaki cały zysk inwestują w wystrój pomieszczeń. Powiększa się grupa eminentnych klientów. Nakupili mebli w Desie i u jakiegoś pośrednika, który też zajmuje się antykami. Najpierw myślałam, że mam przywidzenia, że na przykład drobne przedmioty porozrzucane na biurku to robota nowej dziewczyny. Ona przychodzi około szesnastej i zostaje do zamknięcia. Ja nie dawałam rady, czasami ostatni klient wychodził po dziewiątej wieczór. Słuchaj czuję czyjąś obecność, dziwne zapachy jakby oddech pijaka. Odór wódki wymieszany z papierosami. To coś trzaska drzwiami. Wszystkie kwiaty chorują. Czuję chłodne dłonie na ramionach. Dwa dni temu zostałam sama, na krótko jakieś trzydzieści minut. Znowu poczułam ten odór. Nie wytrzymałam, krzyczałam żeby to się wyniosło. Miałam otwartą szufladę włożyłam rękę do środka dosyć głęboko, bo nie mogłam znaleźć takiej małej pieczątki. Wszystko wyglądało jak scena z tandetnego horroru. Ja wiedziałam, że to stoi za mną, zrobiło mi się zimno. Nagle uwierz lub nie szuflada poruszyła się. Chciałam szybko wyjąć rękę, ale nie zdążyłam. Błagam cię uwierz mi. Nie chcę stąd odchodzić, ale dłużej tego nie wytrzymam. Nawet z toalety korzystam po sąsiedzku. Czuję się podglądana. Jeden z adwokatów też to czuje rozmawialiśmy, kiedy niemal jednocześnie ja poczułam smród, a on poruszył się i powiedział niby żartem „oj chyba śmierć obok mnie przeszłą, jakoś mi się strasznie zimno zrobiło”. Nie wiem, co to jest, ale przywlekli to razem z meblami.

Sprawa przedstawiała się bardzo poważnie. Zapytałam czy wejdzie ze mną, Monika odparła, że tak, ale chce pozostać w pomieszczeniu kuchennym. Wystrój wnętrza zapierał dech w piersiach. Jak mawia mój znajomy „pieniądze kapały ze ścian” Ktokolwiek wszedł tu po raz pierwszy niechybnie nabierał przekonania, że oto znalazła się w miejscu o wieloletniej tradycji, w Kancelarii prowadzonej od pokoleń z wielkimi powodzeniem. Sam fakt, że adwokaci wybrali na siedzibę starą kamienicę tylko uwiarygodnił ten wizerunek. Szczerze powiedziawszy przypomniał mi się jeden z odcinków Czterdziestolatka i epizod z „portretem przodka”. Tylko takiego właśnie portretu brakowało. Moje „czujniki” zareagowały natychmiast. Instynktownie skierowałam się do pokoju położonego na wprost. W tej chwili usłyszałam za sobą głos Moniki, która przez uchylone drzwi powiedziała – tam jest najgorzej, uważaj. Nie bałam się mając przy sobie osobiste wsparcie i ochronę energetyczną mogłam wyjść naprzeciw kolejnej ludzkiej tragedii.

W pokoju znajdowały się dwie istoty. Zdziwiłam się bardzo, bo jedna z nich był opiekun, a druga ta zagubiona duszyczka. Opiekun powiedział – nie mogę go powstrzymać, mogę tylko czekać. Przyjmijmy, że duch miał na imię Marian. Był zły, gdy byle, kto dotykał jego rzeczy. JEGO RZECZY. W myślach zapytałam, czemu atakuje Monikę. Okazało się, że nienawidzi kobiet. Był agresywny krążył wokół roztaczając swój specyficzny „aromat”. Mimo wszystko chciał rozmawiać. Zasugerowałam spotkanie w astralu ( w moim wypadku we śnie). Postawiłam warunek kategorycznie zażądałam zaprzestania wszelkich aktów agresji wobec Moniki i pozostałych osób w Kancelarii, nie wyłączając tych „zapachowych”.

Monice wytłumaczyłam, że na razie istota jest opanowana, a w najbliższym czasie odejdzie całkowicie. Marianek cierpliwy nie był i rozmawialiśmy już najbliższej nocy. Jak podejrzewałam zapił się na śmierć. Jego opowieść można skwitować słowami piosenki „nic nie boli tak jak życie”. Marian pochodził z biednej wiejskiej rodziny. Był bystrym, ciekawym świata dzieckiem. Nowy ustrój otworzył przed nim wiele możliwości. Skończył studia techniczne, a następnie handel zagraniczny. Oczywiście, jako dobry towarzysz był promowany i wspierany prze resztę ferajny. Pierwsze małżeństwo rozpadło się już po dwóch latach. Drugie trwało nieco dłużej, ale również zakończyło się fiaskiem. Marian wspierał swoją rodzinę, która pozostała na wsi. Z czasem ograniczył jednak kontakty do absolutnego minimum. Nie mógł znieść niewybrednych żartów rodzeństwa na temat własnej męskości. Nie spłodził dzieci. Drugie małżeństwo uświadomiło mu jego bezpłodność, żona już podczas sprawy rozwodowej była w ciąży z nowym partnerem. To go dobiło. Marian kupował coraz droższe samochody, meble, ubrania. Zagłuszał i zapijał samotność. Wreszcie ożenił się po raz trzeci. Nowej żonie nie przeszkadzała jego bezpłodność, za to pogłębiająca się choroba alkoholowa owszem. W tym czasie doszło do transformacji ustrojowej i nietrzeźwy Marian nie zdążył odpowiednio się ustawić. Wielu starych druhów nie wyciągało ręki w jego stronę. Próbował się leczyć, bez powodzenia. Umarł na zawał.

W pewnej chwili powiedział, że bardzo żałuje wielu uczynków, skrzywdził przecież mnóstwo osób, a najbardziej siebie. Chciałby przeżyć życie jeszcze raz. Oj, tu cię mam bratku, pomyślałam. Zasugerowałam delikatnie, że może to zrobić. Wystarczy odejść do światła i w odpowiedniej chwili wrócić do nowego ciała. Marian w związku z pracą wiele podróżował był między innymi w Indiach. Zapytał czy to prawda, że może się odrodzić, jako zwierzę. Chyba się tego bał. Odpowiedziałam zgodnie z moją wiedzą.  Jest kilka szkół, część z nich wyklucza możliwość odrodzenia się w ciele zwierzęcia lub pod postacią rośliny. Starałam się wytłumaczyć, że tkwiąc między wymiarami pogarsza swoją sytuację, a dręczenie żyjących jest karygodne. Nie wiem, czemu, ale wyrwało mi się: Marian wierzę w ciebie. Odszedł w asyście swojego przewodnika.

Dwa dni później zadzwoniła Monika. Nikt jej nie atakował, ale koniecznie domagała się rytuału. Nie wiem dokładnie, co miała na myśli. Pewnie coś spektakularnego. Przeczuwałam, że nie odzyska spokoju, jeśli nie dam jej odrobiny „magii”. Dla niej siła perswazji to żaden argument. Oczywiście wróciłam do Kancelarii, paliłam zioła i mantrowałam. Terapia leczenia lęków okazała się skuteczną.

 

Historia pewnej niezwykłej kobiety

Historia, która opisuję została mi przekazana przez babcię mojej koleżanki podczas rozmowy telefonicznej dosłownie kilka dni temu. Moja rozmówczyni Pani Krystyna urodziła się na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej. Jej ojciec był weterynarzem, a mama położną. Te jakże praktyczne i potrzebne zawody w znacznym stopniu ułatwiły im przetrwanie najgorszych czasów. Mieszkali w pięknej, malowniczo położonej miejscowości, gdzie ludność ukraińska, polska i żydowska żyła bez większych konfliktów. Ich najbliższą sąsiadką była pani Żukowa nauczycielka matematyki. Wspaniały pedagog, osoba całym sercem oddana swoim uczniom. Po wybuchu wojny, kiedy ludność żydowska została pomordowana na miejscu lub wywieziona, a Polakom w niewybredny często sposób, dawano do zrozumienia, że „ich czas się zbliża”, rodzice Krystyny zapakowali najcenniejszy dobytek i po prostu uciekli. Gdyby tego nie zrobili zginęliby straszną śmiercią. Po wojnie dowiedzieli się od cudem ocalonych, że Pani Żukowa ratowała i ostrzegała wiedząc doskonale, na co się naraża. Żyła samotnie, a jedynym jej towarzyszem był wilczur Bej. Ta wspaniała kobieta za pomoc „Lachom” zapłaciła cenę najwyższą.

Po różnych perypetiach rodzina Krystyny zamieszkała na Górnym Śląsku. Minęło ładnych parę lat i Krystyna rozpoczęła studia na Politechnice. Pewnego razu wracała z zajęć wyjątkowo późno. Była jesień, mżyło. Dziewczyna marzyła tylko o tym, aby znaleźć się w domu. Pomyślała, że absolutnie wyjątkowo skorzysta ze skrótu przez „padoły” jak określano ten teren. Rodzice bardzo prosili żeby tego nie robiła. Znajdował się tam poniemiecki bunkier, w którym zbierało się szemrane towarzystwo. Poza tym stały ruiny jakiegoś budynku, rosły różne krzaki jednym słowem nie była to bezpieczna okolica. Młodzieńcza brawura zrobiła swoje. Krystyna skręciła w boczną uliczkę wiodącą wprost do „padołów”. Nagle zauważyła starszą kobietę z psem. Kiedy zbliżyła się do niej kobieta bardzo stanowczym głosem powiedziała – odejdź stąd tam źle się dzieje- wskazała jednocześnie ręką w stronę feralnego miejsca. Moja rozmówczyni stanęła jak wryta. Kobieta powtórzyła to samo zdanie. Krystyna jak na rozkaz zawróciła i zrobiła kilka kroków w przeciwnym kierunku. Dzisiaj nie potrafi tego wytłumaczyć, po prostu zachowała się jak automat wykonujący polecenie Po chwili uświadomiła sobie, że ta kobieta była niesamowicie podobna do Pani Żukowej. Odwróciła się, ale nikogo już nie było. Od strony „padołów” usłyszała dziwne odgłosy. Opanował ją nieopisany strach. Całą drogę do domu biegła, dopiero przed budynkiem zatrzymała się, aby nieco ochłonąć. Nie miała ochoty tłumaczyć domownikom swojego stanu. Następnego dnia dużo myślała o tym dziwnym zajściu. Kiedy wróciła do domu zastała rodziców bardzo poruszonych Okazało się, że na „padołach” znaleziono zwłoki kobiety. Po domach chodzili Milicjanci i rozpytywali ludzi o to czy w okolicy nie kręcił się ktoś podejrzany.

Pani Krysia w tym momencie nie wytrzymała, rozpłakała się i opowiedziała rodzicom o tym, co ją spotkało poprzedniego wieczora. Jej mama podsumowała sprawę krótko Pani Żukowa była wcielonym aniołem, a śmierć miała męczeńską wierzę, że ma szczególne łaski od Boga.

To nie koniec historii. Po ukończeniu studiów Krystyna podjęła pracę w dużym przedsiębiorstwie. Jej funkcja wiązała się z częstymi wyjazdami. Miedzy innym oddelegowano ją do Szczecina na zjazd branżowy. Jakież było jej zdziwienie, kiedy w gronie delegatów dostrzegła kolegę z lat dziecięcych. Andrzej – wyjątkowo żywy i psotny chłopak, takim go zapamiętała. Teraz był już lekko łysiejącym panem z zaokrąglonym brzuszkiem. Nie miała jednak żadnych wątpliwości, że to on. Był najgłośniejszy w całej grupie i miał charakterystyczne znamię na twarzy. Zaczepiła go pytając skąd pochodzi. Andrzej szybko skojarzył, jej osobę. Takie spotkanie po latach musiało mieć ciąg dalszy. Po zakończeniu części oficjalnej spotkali się na kolacji i wspominali czasy dzieciństwa. Wojenną tułaczkę. Rodzina Andrzeja kilkakrotnie zmieniała miejsce pobytu. W pewnej chwili Krystyna zapytała kolegę czy pamięta Panią Żukową? Potwierdził i z wielkim ubolewaniem odniósł się do okoliczności jej śmierci. Krystyna najpierw się zawahała, ale w końcu opowiedziała Andrzejowi zdarzenie z czasów studenckich. Kiedy mówiła kolega słuchał jej bardzo uważnie, przy czym dosłownie zmienił się na twarzy.

-Nie wierzysz mi, czy w ogóle nie wierzysz w takie rzeczy zapytała.

-Wiesz w tych sprawach jestem raczej sceptyczny, ale faktem niepodważalnym jest, że moja matka organizując nasz wyjazd w głąb Polski działała z inspiracji Pani Żukowej.  To znaczy miała taki dziwny sen, Pani Żukowa podała jej konkretną datę i zaznaczyła, że do tego czasu musimy znaleźć się u naszych krewnych w Galicji. Jeśli tego nie zrobimy wszyscy zginiemy. Mama moja bardzo wzięła sobie to do serca i wykorzystując wszystkie możliwości legalne i nielegalne doprowadziła do wyjazdu. Po drodze mieliśmy różne perypetie. W pewnym momencie zostaliśmy prawie bez grosza, a do przejechania był jeszcze szmat drogi. Rodzice sprzedali obrączki, aby nabyć bilety na pociąg. Spaliśmy w jakiejś szopie niedaleko dworca. Wtedy mamie ponownie przyśniła się nasza nauczycielka i powiedziała abyśmy nie wsiadali do tego konkretnego pociągu. Mama podobno zapytała, czemu mamy tego nie robić. Usłyszała, że stanie się coś złego. Przełożenie wyjazdu wiązało się z wieloma problemami. Mama w tym śnie płakała i powiedziała, że nie ma siły tak się męczyć. Pani Żukowa prosiła ją żeby była dzielna, bo przed nią długie życie, a z syna będzie bardzo dumna. Kiedy następnego dnia mama oznajmiła ojcu, że przekładamy wyjazd był wściekły powiedział, że z tego wszystkiego pomieszało jej się w głowie. Moja mama nie ustąpiła. Powiem ci tylko, że nie rozmawialibyśmy dzisiaj gdyby podróż odbyła się planowo. Mama rok rocznie o tej samej porze chodzi na cmentarz i w ten symboliczny sposób honoruje pamięć Pani Żukowej.

Staraniem kilku osób po latach udało się postawić symboliczny nagrobek dla tej niezwykłej kobiety.