Historia pewnej niezwykłej kobiety

Historia, która opisuję została mi przekazana przez babcię mojej koleżanki podczas rozmowy telefonicznej dosłownie kilka dni temu. Moja rozmówczyni Pani Krystyna urodziła się na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej. Jej ojciec był weterynarzem, a mama położną. Te jakże praktyczne i potrzebne zawody w znacznym stopniu ułatwiły im przetrwanie najgorszych czasów. Mieszkali w pięknej, malowniczo położonej miejscowości, gdzie ludność ukraińska, polska i żydowska żyła bez większych konfliktów. Ich najbliższą sąsiadką była pani Żukowa nauczycielka matematyki. Wspaniały pedagog, osoba całym sercem oddana swoim uczniom. Po wybuchu wojny, kiedy ludność żydowska została pomordowana na miejscu lub wywieziona, a Polakom w niewybredny często sposób, dawano do zrozumienia, że „ich czas się zbliża”, rodzice Krystyny zapakowali najcenniejszy dobytek i po prostu uciekli. Gdyby tego nie zrobili zginęliby straszną śmiercią. Po wojnie dowiedzieli się od cudem ocalonych, że Pani Żukowa ratowała i ostrzegała wiedząc doskonale, na co się naraża. Żyła samotnie, a jedynym jej towarzyszem był wilczur Bej. Ta wspaniała kobieta za pomoc „Lachom” zapłaciła cenę najwyższą.

Po różnych perypetiach rodzina Krystyny zamieszkała na Górnym Śląsku. Minęło ładnych parę lat i Krystyna rozpoczęła studia na Politechnice. Pewnego razu wracała z zajęć wyjątkowo późno. Była jesień, mżyło. Dziewczyna marzyła tylko o tym, aby znaleźć się w domu. Pomyślała, że absolutnie wyjątkowo skorzysta ze skrótu przez „padoły” jak określano ten teren. Rodzice bardzo prosili żeby tego nie robiła. Znajdował się tam poniemiecki bunkier, w którym zbierało się szemrane towarzystwo. Poza tym stały ruiny jakiegoś budynku, rosły różne krzaki jednym słowem nie była to bezpieczna okolica. Młodzieńcza brawura zrobiła swoje. Krystyna skręciła w boczną uliczkę wiodącą wprost do „padołów”. Nagle zauważyła starszą kobietę z psem. Kiedy zbliżyła się do niej kobieta bardzo stanowczym głosem powiedziała – odejdź stąd tam źle się dzieje- wskazała jednocześnie ręką w stronę feralnego miejsca. Moja rozmówczyni stanęła jak wryta. Kobieta powtórzyła to samo zdanie. Krystyna jak na rozkaz zawróciła i zrobiła kilka kroków w przeciwnym kierunku. Dzisiaj nie potrafi tego wytłumaczyć, po prostu zachowała się jak automat wykonujący polecenie Po chwili uświadomiła sobie, że ta kobieta była niesamowicie podobna do Pani Żukowej. Odwróciła się, ale nikogo już nie było. Od strony „padołów” usłyszała dziwne odgłosy. Opanował ją nieopisany strach. Całą drogę do domu biegła, dopiero przed budynkiem zatrzymała się, aby nieco ochłonąć. Nie miała ochoty tłumaczyć domownikom swojego stanu. Następnego dnia dużo myślała o tym dziwnym zajściu. Kiedy wróciła do domu zastała rodziców bardzo poruszonych Okazało się, że na „padołach” znaleziono zwłoki kobiety. Po domach chodzili Milicjanci i rozpytywali ludzi o to czy w okolicy nie kręcił się ktoś podejrzany.

Pani Krysia w tym momencie nie wytrzymała, rozpłakała się i opowiedziała rodzicom o tym, co ją spotkało poprzedniego wieczora. Jej mama podsumowała sprawę krótko Pani Żukowa była wcielonym aniołem, a śmierć miała męczeńską wierzę, że ma szczególne łaski od Boga.

To nie koniec historii. Po ukończeniu studiów Krystyna podjęła pracę w dużym przedsiębiorstwie. Jej funkcja wiązała się z częstymi wyjazdami. Miedzy innym oddelegowano ją do Szczecina na zjazd branżowy. Jakież było jej zdziwienie, kiedy w gronie delegatów dostrzegła kolegę z lat dziecięcych. Andrzej – wyjątkowo żywy i psotny chłopak, takim go zapamiętała. Teraz był już lekko łysiejącym panem z zaokrąglonym brzuszkiem. Nie miała jednak żadnych wątpliwości, że to on. Był najgłośniejszy w całej grupie i miał charakterystyczne znamię na twarzy. Zaczepiła go pytając skąd pochodzi. Andrzej szybko skojarzył, jej osobę. Takie spotkanie po latach musiało mieć ciąg dalszy. Po zakończeniu części oficjalnej spotkali się na kolacji i wspominali czasy dzieciństwa. Wojenną tułaczkę. Rodzina Andrzeja kilkakrotnie zmieniała miejsce pobytu. W pewnej chwili Krystyna zapytała kolegę czy pamięta Panią Żukową? Potwierdził i z wielkim ubolewaniem odniósł się do okoliczności jej śmierci. Krystyna najpierw się zawahała, ale w końcu opowiedziała Andrzejowi zdarzenie z czasów studenckich. Kiedy mówiła kolega słuchał jej bardzo uważnie, przy czym dosłownie zmienił się na twarzy.

-Nie wierzysz mi, czy w ogóle nie wierzysz w takie rzeczy zapytała.

-Wiesz w tych sprawach jestem raczej sceptyczny, ale faktem niepodważalnym jest, że moja matka organizując nasz wyjazd w głąb Polski działała z inspiracji Pani Żukowej.  To znaczy miała taki dziwny sen, Pani Żukowa podała jej konkretną datę i zaznaczyła, że do tego czasu musimy znaleźć się u naszych krewnych w Galicji. Jeśli tego nie zrobimy wszyscy zginiemy. Mama moja bardzo wzięła sobie to do serca i wykorzystując wszystkie możliwości legalne i nielegalne doprowadziła do wyjazdu. Po drodze mieliśmy różne perypetie. W pewnym momencie zostaliśmy prawie bez grosza, a do przejechania był jeszcze szmat drogi. Rodzice sprzedali obrączki, aby nabyć bilety na pociąg. Spaliśmy w jakiejś szopie niedaleko dworca. Wtedy mamie ponownie przyśniła się nasza nauczycielka i powiedziała abyśmy nie wsiadali do tego konkretnego pociągu. Mama podobno zapytała, czemu mamy tego nie robić. Usłyszała, że stanie się coś złego. Przełożenie wyjazdu wiązało się z wieloma problemami. Mama w tym śnie płakała i powiedziała, że nie ma siły tak się męczyć. Pani Żukowa prosiła ją żeby była dzielna, bo przed nią długie życie, a z syna będzie bardzo dumna. Kiedy następnego dnia mama oznajmiła ojcu, że przekładamy wyjazd był wściekły powiedział, że z tego wszystkiego pomieszało jej się w głowie. Moja mama nie ustąpiła. Powiem ci tylko, że nie rozmawialibyśmy dzisiaj gdyby podróż odbyła się planowo. Mama rok rocznie o tej samej porze chodzi na cmentarz i w ten symboliczny sposób honoruje pamięć Pani Żukowej.

Staraniem kilku osób po latach udało się postawić symboliczny nagrobek dla tej niezwykłej kobiety.

 

„Sumienie zawsze mamy przy sobie ” cz. II

Przedstawiam dalszy ciąg historii „domu przy wierzbach”.

Pani Marylka postanowiła wyjechać w podróż sentymentalna do krainy dzieciństwa. Urodziła się we Lwowie i chciała koniecznie odwiedzić swoje ukochane miasto oraz dawno niewidzianych przyjaciół. Małgosia obawiała się czy starsza pani wytrzyma trudy podróży. Pani Marylka nie ustąpiła. – Jeśli nie teraz to, kiedy? Młodsza już nie będę.- Odpowiedziała stanowczo. Małgosia pomogła jej załatwić wszystkie formalności, razem wybrały się na zakupy. Pani Marylka chciała ofiarować przyjaciołom piękne i bardzo osobiste prezenty. Ona i jej mama zawdzięczały tej rodzinie życie.

Po powrocie Marylka odwiedziła Małgosię hojnie obdarowując lwowskimi pamiątkami i przepysznymi słodyczami. Małgosia z przyjemnością zauważyła, że ta wycieczka podziałała na Marylkę niczym pobyt w ekskluzywnym sanatorium. Wyglądała młodziej, promiennie i radośnie.

Dziecko zanurzyłam się w rzece wspomnień. Moje dzieciństwo było dostatnie i radosne. Otaczało mnie wielu mądrych, kochających ludzi. We Lwowie wszystkie wspomnienia ożyły. Odwiedziłam wiele ważnych dla mnie miejsc. Wiesz, co jest najciekawsze, magia smaków. Kiedy tylko jadłam jakąś potrawę czy słodki przysmak, znany i zapamiętany wcześniej, natychmiast przypominałam sobie mnóstwo twarzy, rozmów i sytuacji.  To było niesamowite. Cały ten czas moi przyjaciele serdecznie się mną zajmowali. Było wiele łez, ale jeszcze więcej radości. Mam też radę dla ciebie. Tak się złożyło, że kiedy wysiadałam z autokaru potknęłam się i uderzyłam w kolano. Myślałam, że skończy się na siniaku, ale kolano spuchło i bolało. Moi przyjaciele zawieźli mnie do zielarki. Często korzystają z jej pomocy, ponieważ mieszka w tej samej miejscowości. Obawiałam się trochę czy uda mi się z nią porozumieć. Los nade mną czuwał, mówiła dobrze po rosyjsku. Ponieważ przyjaciele zapewniali mnie, że ona potrafi zaradzić wszystkiemu, zapytałam czy wie jak odprawić duszę zmarłego, która uparcie trwa przy swoim domu. Chodziło mi oczywiście o biednego Henia. Ta mądra kobieta dała mi następujące wskazówki. Trzeba zmówić modlitwę za zmarłych i poprosić anielskich przewodników o przeprowadzenie tej duszy. Następnie spalić zdjęcie zmarłego mówiąc przy tym „z prochu powstałeś w proch się obrócisz”.

Małgosia zaniemówiła z wrażenia. Być może metoda jest skuteczna, ale skąd wezmę zdjęcie pana Henryka? Marylka wyciągnęła z torebki czarno białą fotografię.

To zdjęcie zrobione lata temu. Mój mąż i Henio postanowili wystartować w konkursie ogrodniczym. Wyhodowali wielką dynię. Ten okaz zapewnił im drugą lokatę. Chwilę triumfu uwiecznili na zdjęciu.

Stara fotografia przedstawiała dwóch mężczyzn wskazujących zamaszystym gestem na gigantycznych rozmiarów warzywo. Jeden tęgi, zażyty jegomość, śmiejący się dosłownie całym sobą. Uosobienie pogody ducha. Drugi szczupły, o melancholijnym spojrzeniu, uśmiechający się ledwie półgębkiem.

Zdjęcie męża chciałabym sobie zostawić, odetnij drugą część i zrób, co trzeba. Jeśli chcesz będę ci towarzyszyć. Szkoda mi Henia, niech wreszcie odpocznie w spokoju.

Rytuał został przeprowadzony następnego dnia. Wydaje się być skuteczny.

Dla pełnej jasności sytuacji – pierwszy raz w życiu słyszę o takiej metodzie. Niemniej nie widzę w niej żadnego zagrożenia ani dla jednej ani drugiej strony. Myślę, że chodzi tu głównie o odcięcie mentalnych więzi między duszą, a miejscem, do, którego jest tak uporczywie przywiązana. Podobno, jeśli nie dysponujemy podobizną osoby zmarłej, możemy narysować sylwetkę taj osoby na kartce papieru i ten symboliczny wizerunek potraktować zgodnie z instrukcją.

„Sumienie zawsze mamy przy sobie „

Jakiś czas temu opisywałam historie pewnego obrazu, który bardzo namieszał w życiu właściciela. Opowiedziała mi ją moja koleżanka Małgosia. Dzisiaj proponuję jeszcze jedną opowieścią tym razem dotyczącą bezpośrednio Małgosi.

Kilka lat temu Małgosia wraz z mężem podjęli decyzje o zakupie domu. Mieli już serdecznie dosyć wynajmowanych mieszkań, które często kryły różne niespodzianki. Od tych natury technicznej do współlokatora nie z tego świata. Przyszłość materialna rodziny rysowała się bardzo optymistycznie, jednym słowem nie było, na co czekać.  Sprawą znalezienia domu, który spełniałby kryteria lokalizacyjne i miał sensowny metraż zajęła się Małgosia. Obejrzała wiele budynków jednak żaden nie wydawał się odpowiedni. Kiedy już nieomal straciła nadzieję pojawiła się jeszcze jedna możliwość –„Dom przy wierzbach”. Małgosia zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia. Ładny budynek, rozkład pomieszczeń jak na zamówienie, świetny dojazd do centrum, spory ogród i rozsądna cena upewniły ją, że oto znalazła wymarzoną przystań.

Kiedy  wróciła do siebie i ochłonęła z radosnej euforii zaczęła  na spokojnie ogarniać sytuację. W zasadzie tylko jedna rzecz nie dawał jej spokoju. Wcześniej oglądała dwa domy „po dziadkach”, które wystawione były przez ich spadkobierców. Oba w takim stanie, w jakim zostawił je ostatni lokator. Kafelki w kwiatki, boazeria, miejscami linoleum na podłodze, krótko mówiąc  styl „wczesny Gierek”. Tu było inaczej. Dom został gruntownie odnowiony. Co ciekawe mimo kosztownego remontu jego cena nie odbiegała specjalnie od średniej ceny podobnych domów. Moja koleżanka postanowiła przeprowadzić prywatne śledztwo. Najbliżsi sąsiedzi nie znali poprzedniego właściciela.  Małgosia spacerowała po okolicy zastanawiając się, co robić dalej. W bocznej uliczce odkryła niewielki sklepik, weszła tam i zapytała czy sprzedawczyni znała właściciela „domu przy wierzbach”. Pani potwierdziła, że tak i z przyjemnością wspominała miłego pana Henia. Zapytana czy wie coś więcej na jego temat zaprzeczyła. Niemniej dała Gosi cenną wskazówkę kierując ją do domu pani Maryli, która przyjaźniła się ze zmarłym. Starsza kobieta pielęgnowała akurat ogródek. Małgosia zagadnęła ją, przedstawiła się i  poprosiła o informacje, jeśli takowe posiada. Tłumaczyła, że pewne rzeczy nie dają jej spokoju. Błagalnie patrzyła Marylce w oczy. Pani Maryla zaprosiła ją do ogrodu i opowiedziała o swoim sąsiedzie.

– Henio był bardzo dobrym człowiekiem. Zaprzyjaźniliśmy się jeszcze w czasach, kiedy żyła jego żona i mój mąż. Gdy owdowiałam bardzo mi pomagali, ja opiekowałam się żoną Henryka, kiedy ta zachorowała. Pyta pani, czemu wnuk wyremontował dom?  To bardzo proste, nie miał innego wyjścia. Henio popełnił samobójstwo. Odkręcił gaz i w ten sposób rozstał się z życiem. Wszystko przesiąknięte było zapachem gazu. Trzeba było zrywać tapety i podłogi. Wyrzucić meble. Inaczej nikt by tego domu nie kupił. Mimo tego uważam, że nie ma się pani, czego bać. Powtarzam to był bardzo dobry człowiek. Owszem, dawno temu podjął złą decyzje, co wpłynęło na jego życie i na śmierć. Jeśli nawet jego dusza błąka się wokół domu nie zrobi pani nic złego.

Mąż Gosi również zachwycił się  domem i jego otoczeniem. Zapadła  decyzja o kupnie i przeprowadzce. Małgosia  od pierwszej chwili nie miała wątpliwości, że pan Henryk nadal tam jest. Świadomość jego obecności nie mąciła specjalnie jej spokoju. Raczej wzbudzała litość i prowokowała do szukania sposobu jak pomóc mu przejść na drugą stronę. Dość szybko między Gosią a panią Marylką zawiązała się nić sympatii. Tuż przed Świętem Zmarłych Gosia odwiedziła starszą panią proponując podwiezienie na cmentarz. Pani Maryla była wyraźnie w bardzo nostalgicznym nastroju.

-Pewnie myśli pani czasem, czemu Henio się zabił? Ja to wiem. Wyznał mi, co gnębiło go przez całe życie. On pochodził ze Śląska, jego rodzina miała niemieckie korzenie. Przeprowadzka w te strony miała pomóc mu uciec od przeszłości. Niestety nic to nie dało, sumienie zawsze mamy przy sobie. Henio był młodym chłopakiem, kiedy, dosłownie z ulicy zabrało go Gestapo. Chcieli żeby obciążył zeznaniami swoich sąsiadów. Oni byli Świadkami Jehowy, a faszyści takich nie lubili. Chcieli znaleźć pretekst żeby się ich pozbyć. Henio nie chciał niczyjej krzywdy, lubił tych ludzi i znał od lat. Niestety wystraszył się bicia, tortur. Ci bandyci grozili, że zniszczą jego rodzinę. Podpisał, co chcieli. Jego sąsiedzi zginęli w Oświęcimiu. Heniek po wojnie szukał ich, chciał wiedzieć, co się z nimi stało. Poznał gorzką prawdę i to go dobiło. Myślę, że jego śmierć też była symboliczna. Umarł od gazu, tak jak oni. Jakby chciał rozliczyć się sam ze sobą do końca. Niczego sobie nie oszczędził.

Małgosie bardzo wzruszyła ta historia. Postanowiła, że znajdzie sposób, aby pomóc Henrykowy przejść spokojnie do światła. Wszystko wskazuje na to, że jej się powiodło przy wydatnej pomocy pani Maryli. Opiszę ciąg dalszy niebawem.

Na marginesie dodam, że owi Świadkowie Jehowy byli ludźmi dość zamożnymi. Ich dom był bardzo zadbany i zwrócił uwagę wysokiego ranga gestapowca. Wpadł on na pomysł, że dom byłby idealnym prezentem ślubnym dla jego siostry. Załatwił sprawę swoimi metodami depcząc przy tym niejedno ludzkie życie.

 

Historia czytelniczki cz V „Nocny Prześladowca”

Ktoś powie,że duchy nie istnieją. Że wszystko da się wytłumaczyć w racjonalny,jakże naukowy sposób. Że wszystkie „dziwne zjawiska”,to czysta fizyka.Ale czy na pewno? Od dziecka wierzyłam w siły nadprzyrodzone : w duchy; zjawy; życie po życiu…Moja wiara szczególnie przybrała na sile wtedy, kiedy w snach zaczął pojawiać się ON. Któż to taki? Wysoki, postawny  mężczyzna, oblany kolorem głębokiej czerni.”Kim jest? Czego ode mnie chce?” – te pytania krążyły mi po głowie.Ale od początku..
Wiodłam naprawdę spokojne życie.Szkoła podstawowa,nauka,przyjaciele,dziecięce zabawy,cały wolny czas spędzony na podwórku..Nic wyjątkowego.Aż do którejś nocy.Zatrułam się egzotyczną potrawą.Gorączka cały dzień skakała w zwyż,wyciskając ze mnie ostatki sił.Pół przytomna padłam na łóżko.Zdawało mi się,że ktoś mnie obserwuje,ale sen i zmęczenie przejęły górę.Z ulgą odpłynęłam w objęcia Morfeusza.Miałam bardzo przedziwny sen.Stałam na balkonie,w środku nocy.W koło panowała nienaturalna cisza.Zero odgłosów,powiewu choćby najdelikatniejszego wiatru..nic.Wszystko zdawało się być uśpione i takie..upiorne.Z niepokojem wyjrzałam za barierkę,w stronę placu budowy.Na środku niego stał mężczyzna.Jedynie po budowie ciała mogłam stwierdzić,że nim jest,gdyż mimo jasnej poświaty księżyca,był  otulony intensywną czernią.Podniósł głowę,a ja w tym momencie zamarłam.Nie widziałam,by poruszał wargami,ale jasno w mojej głowie usłyszałam „Jeszcze Cię znajdę”. Gwałtownie wycofałam się w tył…i się obudziłam.Powoli wracałam do siebie,ale nocny  sen na stałe utrwalił się w mojej głowie.Ciągle miałam irracjonalne wrażenie,że ten mężczyzna mnie śledzi.Ale wiadomo : dziecko ma wybujałą wyobraźnię,a jego fantazja nie zna granic.Tak minęły trzy lata,właśnie kończyłam trzecią klasę gimnazjum.Którejś nocy spałam niespokojnie.Znalazłam się na pobliskim cmentarzu.Ciemne niebo powoli  rozjaśniała jutrzenka,ale korony ogromnych drzew,zasłaniały każdy dopływ światła.Spojrzałam przed siebie.Ktoś biegł w moją stronkę,przeskakując nad płytami nagrobków.Doskonale wiedziałam kto to…To on.Mężczyzna z mojego koszmaru.Nim się odwróciłam,ten zdążył uderzyć mnie w kark,co w sekundę powaliło mnie na mokry chodnik.Gdy próbowałam się podnieść,mężczyzna złapał mnie za bluzkę,wyrzucając za cmentarną bramę.Upadłam na plecy.Nie wiem czemu,ale wstałam i podbiegłam do niego.Miałam mieszane uczucia,strach wraz ze złością na przemian,obezwładniał moje ciało.Nagle mężczyzna ponownie wypchał mnie za cmentarz.Podczas upadku,gwałtowanie zerwałam się z łóżka.Nie mogłam się uspokoić.
-Jezu,co to było…-szepnęłam bezgłośnie.Nie mogłam się opanować.Szybkie bicie serca,przyspieszony oddech i ten lęk.Na dodatek ta boląca ręka,jakbym właśnie co się w nią uderzyła.Albo upadła z impetem,na coś twardego.
-Już na pewno nie zmrużę oka.-stwierdziłam w myślach,patrząc się ze strachem na drzwi,czy przypadkiem nikt za nimi nie stoi.Rano zauważyłam na plecach dziwne pręgi.Jakby pojawiły się przez noc.
Cały dzień byłam rozbita i nieswoja.Na zajęciach lekcyjnych byłam tylko obecna ciałem,dusza nadal pozostawała na cmentarzu,a mózg rozmyślał,czy to możliwe,by gnębił mnie jakiś duch,nasycony negatywną energią,pełen złych zamiarów.Będąc już w domu,zebrałam się na odwagę i porozmawiałam z mamą.Dokładnie przytoczyłam jej słowa mężczyzny ze snu,który obiecał,że mnie odnajdzie.I to zrobił.Mama wykonała kilka telefonów. Wieczorem odezwała się do mnie przemiła Pani Róża,która była jasnowidzem.Wytłumaczyłam jej, na czym polega mój problem,kurczowo ściskając w dłoni telefon i zerkając na zewnątrz,czy ktoś przypadkiem nie obserwuje naszych okien.Róża obiecała mi pomóc.Już następnego dnia zadzwoniła.Jak się okazało,moim nocnym prześladowcą,by żołnierz z I Wojny Światowej,którego serce było przepełnione nienawiścią i złem.Stąd te ciągłe nawiedzanie i blizny,jak gdyby kto mnie pobił.Poleciła mi pomodlić się za jego zabłąkaną duszę,a na szyi zawiesić medalik z podobizną Maryi.
W nocy miałam sen.Stałam w tym samym miejscu,gdzie po raz pierwszy go spotkałam.Tym razem wszystko wirowało.Moje włosy rozwiewał silny wiatr.W rękach ściskałam różaniec a z moich ust wydobywały się słowa modlitwy ” Zdrowaś Mario”,które razem z wiatrem niosły się w dal.Czułam,jak całe napięcie znika.A wraz z nim ON.Obudziłam się wyjątkowo wyspana.Moją twarz pieściły ciepłe promienie słońca.Pierwszy raz od pewnego czasu czułam się wolna.Również zniknęły tajemnicze pręgi z pleców.Mężczyzna nigdy więcej nie pojawił się w moich snach.Mam nadzieję,że jego dusza zdoła odpokutować wszystkie grzechy,a on sam zazna wreszcie święty spokój.

Dominika

Leon Denis „Po co żyjemy ?”

Z wielka przyjemnością przeczytałam broszurkę,   „ Po co żyjemy” autorstwa Leona Denisa. Maleńka książeczka, która bez problemu zmieści się w damskiej torebce, jednocześnie zawierająca tak bogatą treść. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że Leon Denis jest mi bardzo bliski duchowo. Podzielam sposób, w jaki patrzy on na sens oraz istotę naszego życia i śmierci. Zwłaszcza idea wędrówki dusz jest mi szczególnie bliska.

 

„ Nieśmiertelność podobna do łańcucha bez granic, roztacza się przed każdym z nas w bezmiarze czasów. (..) Teraźniejszość jest wynikiem przeszłości i przygotowaniem przyszłości. Stopień po stopniu wchodzi człowiek i rośnie. Twórca swych własnych losów, dusza ludzka wolna i odpowiedzialna obiera sobie drogę.”

Serdecznie polecam Państwa uwadze.

Dziękuję kolegom z Oficyny Wydawniczej Rivail za możliwość zapoznania się z tą pozycją.

Historia opowiedziana sercem III

Pozwolę sobie przedstawić relację Pani, której historia stanowi swoisty komentarz do wpisu pod tytułem „Jak nie kupować mieszkania” Jestem bardzo wdzięczna za takie relacje. Szczere i oparte na własnych doświadczeniach. Być może będzie to cenna wskazówka dla osób aktualnie szukających lokum do wynajęcia czy do kupienia. Oczywiście nie ma sytuacji bez wyjścia i każdą przestrzeń można odzyskać dla pozytywnych energii. Warto to zrobić wcześniej to znaczy zanim wprowadzimy się pod nowy adres. Tekst jak zawsze publikuje w oryginalnej postaci.

Miałam podobne doświadczenie! Ja i mój mężczyzna potrzebowaliśmy szybko kawalerki do wynajęcia. Do tej pory wynajmowaliśmy pokój w mieszkaniu z grzybem i właścicielką szachrajką. Jako, że mamy psiaka, nie było łatwo znaleźć dobrego lokum. I trafiła się okazja! Kawalerka za dość przystępną cenę, po wstępnych oględzinach bardzo nam się spodobała. Podłoga tylko w małym pokoiku była niedokończona – właściciel obiecał, że położy panele bardzo szybko. Nawet nie chcieliśmy tych paneli, bo psina się ślizga, a w innych pokojach były stylowe „klepki” lubiane przez nas, bo kojarzące się z dzieciństwem. Mieszkanko nie było jak się okazało wolne od wad: ostatnie piętro i kanalizacja wybijała, źle działające kaloryfery i spółdzielnia umywająca od wszystkiego ręce. Ale i tak byliśmy szczęśliwi! Nareszcie sami wolni od uciążliwych lokatorów. Spaliśmy w dużym pokoju aż do czasu, gdy z małego pokoiku  zrobiliśmy sypialnię.Zaczęło się nam spać gorzej lub w ogóle nie umieliśmy zasnąć. W pokoju było czasem bardzo duszno – tak, że dusiliśmy się niemal. Raz przy oglądaniu filmu (bardzo ładnego i spokojnego) odczuliśmy razem dziwną aurę.. Poczuliśmy się oboje bardzo zaniepokojeni i rozdrażnieni. Musieliśmy przerwać i pójść się przewietrzyć. Jeszcze niczego nie kojarzyliśmy.. Do czasu przygarnięcia drugiego psiaka. On dostał ten pokoik z racji tego, że z naszym się nie zaprzyjaźnił. Od tego momentu w mieszkaniu było czuć ciągle wydobywający się z pokoiku smród. Byliśmy pewni, że to nowy pies tak wonieje. Ale po przekazaniu go dalej w dobre ręce (byliśmy jego chwilową rodziną zastępczą) dziwny zapach pozostał. W końcu skojarzyliśmy fakty: listonosz zdziwiony, że nie mieszka tu już starsza pani, podłoga z panelami tylko w tym pokoju i zapach.. No tak – słodkawy mdlący..
Wyprowadziliśmy się w miarę szybko. I od tej pory uczę się ufać bardziej mojej intuicji.

P.S. Starsza pani chyba nie lubiła mężczyzn, bo ja sama z jej strony nie odczuwałam nieprzychylności (spędzałam w tym mieszkaniu całe dnie).
Mam nadzieję, że już opuściła ten smutny zakątek i jest szczęśliwa.

Pozdrawiam serdecznie!

Nimwe

Uwolnienie zbłąkanej duszy

Od momentu publikacji pod tytułem „Guwernantka, która zmieniła wszystko” otrzymałam sporo emaili z zapytaniem czy znam dalszy ciąg tej historii? Muszę przyznać, że macie Państwo znakomitą intuicję! Rzeczywiście ta historia ma ciąg dalszy. Całość mogłaby spokojnie stanowić kanwę, jeśli nie książki to przynajmniej obszernego opowiadania.

Na marginesie pragnę dodać kilka słów:

Nie jest tajemnicą, że marszałek Piłsudski, jak większość osób ze szczytów władzy, korzystał z rad jasnowidza. W tym wypadku wybór padł na wybitnie predysponowanego w tej dziedzinie Stefana Ossowieckiego, któremu marszałek ofiarował własną fotografię z dedykacją: „Panu Stefanowi Ossowieckiemu na pamiątkę naszych rozmów w zrozumieniu tego, czego nie ma, a co jest”. Gest wart jest odnotowania, ponieważ własnoręczne dedykacje marszałka zdarzały się nader rzadko. Szczególną estymą Wodza cieszyła się również Agnieszka Pilchowa – jasnowidząca z Wisły, która dodatkowo leczyła Józefa Piłsudskiego korzystając ze znajomości ziół oraz uzdolnień bioenergoterapeutycznych.

Tyle dygresji -ad rem!

Pan Michał rzeczywiście głęboko zainteresował się ezoteryczną strona życia. Za przykładem marszałka Piłsudskiego, brał udział w seansach spirytystycznych, a w chwilach podejmowania ważnych decyzji korzystał z pomocy samego Stefana Ossowieckiego. Michał walczył w kampanii wrześniowej, dostał się do niemieckiej niewoli, z której udało mu się uciec. Wrócił do stolicy, jednak ze zrozumiałych względów nie mógł przebywać pod adresem domowym. Ukrywał się u przyjaciół, a następnie został członkiem oddziału leśnego. Walczył przez cała okupację, brał udział w Powstaniu Warszawskim. Właśnie dzięki relacjom kolegów z konspiracji poznał dalszą historię tego miejsca i ducha nieszczęsnej dziewczyny. Właściciel majątku ziemskiego, którego Michał poznał kilka lat wcześniej okazał się prawdziwym patriotą. Współpracował z partyzantami. W pewnym okresie dosłownie pod nosem Niemców. Kiedy zagarnęli jego piękny, wygodny dom, łaskawie oferując w zamian możliwość zajęcia tak zwanego „domku letniego?. Zbłąkana dusza guwernantki w pewnym sensie przysłużyła się ojczyźnie i owemu dziecińcowi. Ukazała się, bowiem niemieckiemu oficerowi, kiedy ten wracał na kwaterę. Przyprawiła go o zawał serca. Jego kierowca zeznał, że w drodze powrotnej oficer nagle kazał zatrzymać samochód. Wysiadł z niego i zaczął iść w kierunku dużego drzewa, wykrzykując przy tym, „Co pani tu robi”. Nagle Niemiec gwałtownie zawrócił, zdążył jeszcze podbiec do samochodu i stracił przytomność. Wszystko to działo się przed oniemiałym kierowcą. Był to młody, prosty chłopak. Niewiele myśląc zapakował nieprzytomnego szefa do samochodu i odjechał. Wezwany lekarz stwierdził atak serca, co wyeliminowało oficera z pełnienia obowiązków. Jego następca okazał się człowiekiem dużo wyższej kultury, wielokrotnie okazał ludzką twarz i bardzo dobrze traktował gospodarzy oraz polaków w ogóle. To właśnie on ostrzegł dziedzica, aby uciekał przed nadchodzącą Armią Czerwoną, gdyż grozi mu wywózka w głąb Rosji albo śmierć. Gospodarze uciekli do rodziny mieszkającej w dużym mieście i tam przeczekali najstraszliwsze chwile. W tym czasie ich dom zajęto na kwaterę dla lejtnanta i jego podwładnych z bratniej armii. Osobliwy wypadek zdarzył się po wyjątkowo suto zakrapianej imprezie. Lejtnant razem z towarzyszami poszedł popływać w rzece. Co zobaczył niewiadomo? Najpierw gonił po polu wykrzykując, aby krasawica przed nim nie uciekała. Później wyjął z kabury broń i zaczął strzelać jak oszalały do koła, raniąc przy tym jednego z żołnierzy. Wprawdzie duchy, nawiedzone mosty i podobne zjawiska nie mieściły się w założeniach materializmu dialektycznego. Jednak obecność w tym miejscu źle wpływała na morale żołnierzy. Z uwagi na powyższe czerwonoarmiści opuścili majątek, a pechowy lejtnant wylądował w psychuszce.

Kiedy właściciele powrócili, zastali dom kompletnie zdewastowany. Szczęśliwie cenne przedmioty ukryli w lesie jeszcze przed wyjazdem. Z radością powitali Macieja (woźnicę), jego żonę oraz resztę swoich dawnych pracowników. Oczywiście było im dane przejść przez wywłaszczenie i wiele innych nieprzyjemności, ale przetrwali wszystko. Pewnego razu Maciej przywiózł do ich domu kobietę, którą znalazł przy budynku stacji kolejowej. Niewiasta była zabiedzona, rozgorączkowana, nieprzytomna. Zajęto się nią troskliwie. Sprowadzono lekarza, który stwierdził zapalenie płuc. Rokowania nie były optymistyczne, ale szczęśliwie kobieta doszła do siebie. Kiedy odzyskała przytomność powiedziała, że ma na imię Teresa. Nie chciała opowiadać o sobie. Napisała tylko list, który koniecznie powinien zostać dostarczyć do biskupa. Wezwany ksiądz po dłuższej rozmowie w cztery oczy, obiecał spełnić jej prośbę. Teresa odzyskawszy siły zaczęła spacerować po lesie i okolicznych łąkach. W tych wędrówkach towarzyszyła jej córka gospodarzy. Kiedyś zaszły aż do mostku i wtedy dziewczyna opowiedziała jej tragiczną historię guwernantki. Teresa po dłuższym namyśle obiecała, że rozwiąże tą sprawę gdyż trzeba skrócić cierpienia zagubionej duszy. Następnego dnia wybrała się w to miejsce sama. Jednak ciekawska młódka nie dała za wygraną i z pewnej odległości obserwowała poczynania Teresy. Z pozoru nie działo się nic nadzwyczajnego. Kobieta spacerowała z zamkniętymi oczami, w pewnej chwili zaczęła rozmawiać z, no właśnie, z kim? Teresa jeszcze dwukrotnie udawała się na mostek. Wreszcie oświadczyła, że samobójczyni wybaczyła sobie i innym, spokojnie odeszła do Boga.

Teresa również odeszła – w niedługim czasie przyjechały po nią dwie zakonnice i przedstawiły odpowiedź od biskupa. Kobieta pożegnała się z domownikami, serdecznie podziękowała za wszystko i prosiła żeby jej nie szukać, bo to może sprowadzić na wszystkich kłopoty. Od czasu działania tajemniczej Teresy ( nie przypuszczam, aby to było jej prawdziwe imię) żadne widzenia w okolicach mostu nie miały już miejsca. Tytułem podsumowania przychodzą mi do głowy tylko te słowa „ wybaczanie jest kluczem do szczęścia „

 

Historia opowiedziana sercem II

Otrzymałam dwie wiadomości od Pani, która doświadczyła bardzo wyrazistych i mocnych kontaktów z istotami bezcielesnymi. Uzyskałam zgodę na publikację. Tekst publikuje w oryginalnej postaci. Proszę mi wierzyć robi wrażenie .

Pierwszy duch, którego pamiętam był ubrany w mundur żołnierza, ale ja nawet nie wiedziałam, że był duchem. Zgubiłam się na grzybach, miałam jakieś pięć lat. Rozpłakałam się, wtedy zobaczyłam klęczącą przede mną postać, która uspokajającym tonem mówiła, że mam nie płakać i zaprowadzi mnie do dziadka. Żołnierz powiedział jeszcze jedną rzecz, że wie, iż bolą mnie nogi, że muszę iść na nogach, bo nie może mnie nieść. Trzymał mnie za to za rękę 🙂 Ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, że idzie ze mną człowiek. Potem zobaczyłam dziadka, który trochę pobladł, bo widział, ze trzymam kogoś za rękę i z kimś rozmawiam. Nawet pytał, z kim rozmawiam, więc powiedziałam, ze z panem żołnierzem, który mnie znalazł i powiedział, że zaprowadzi do dziadka. Dziadek jeszcze pytał czy go widzę, co mnie rozbawiło, no, bo przecież widziałam. Potem odszedł w stronę, z której przyszliśmy. Dziadek się przeżegnał kilka razy. Dziadek zabrał mnie na grób, krzyż brzozowy z zardzewiałym hełmem. I kazał mi odmawiać Wieczny odpoczynek, czego zrozumieć nie mogłam 🙁 Bo dla mnie żołnierz był żywy. Więcej mnie na grzyby nie zabrali.

Nie był to jedyny duch, którego widziałam. Wszystkie wyglądały jak żywe osoby. Bardzo mnie też rozbawiły Cyganki w Wieliczce, które zabrały mi pieniądze z ręki i chciały wcisnąć jakiś bajer. Kiedy wzięła moją rękę w swoją, zbladła i oddała mi pieniądze, goniłam je i wtedy mi powiedziała, że za mną stoją duchy i uciekły.

 

Rzeczywiście duchy pojawiały się w sytuacjach, powiedzmy kryzysowych. Prawie…. zapomniałam o mężczyźnie w meloniku na schodach. Dwa razy byli świadkowie, którzy widzieli jak z duchem rozmawiam, ale sami go nie widzieli- mój dziadek, ojciec i mama. Ponieważ byłam wówczas dzieckiem, nie rozumiał ich durnych pytań w stylu widzisz ich, słyszysz etc.

 

Ale możliwe, że u mnie zdolność ich odczuwania, widzenia wynikała z zawieszenia między tym, a poprzednim życiem. To takie moje gdybanie 😉

 

Pamiętam jeszcze, że żołnierz odchodząc zrobił się jakby wyblakły, nie umiem tego opisać dokładnie, bo to takie wrażenie nierzeczywistości postaci. Takie samo wrażenie miałam, kiedy zaczepił mnie duch kobiet, ale o tym, że jest duchem przekonałam się później. Kobieta wiedziała jak mam na imię, wiedziała, ze mama jest w szpitalu i wiedziała, że myślę o tym, ze po jej śmierci ( bo taką ewentualność zakładałam) mogę trafić do domu dziecka. Akurat szłam do szpitala do mamy, a niedaleko  była cukiernia, gdzie chciałam kupić loda, niestety nie miałam wystarczającej ilości pieniędzy, więc wyszłam przed cukiernię. Wtedy do mnie podeszła. W pierwszej chwili myślałam, że to jakaś koleżanka mamy. Wiedziała jak mam na imię, że mama w szpitalu. Dała mi pieniądze, żebym w cukierni kupiła loda. Ale to nie ona płaciła, a sprzedająca wcale na nią nie patrzyła, jakby jej nie widziała. Po wyjściu na zewnątrz powiedziała mi, że mam się nie martwić, bo mama nie umrze, a ja nie pójdę do domu dziecka. Czekała przy krawężniku, aż przejdę na drugą stronę ulicy. Odwracałam się kilka razy i ona tam stała, nawet, kiedy jedną nogą stałam na krawężniku, a drugą jeszcze na ulicy i kiedy będąc już na chodniku odwróciłam się ona po prostu zniknęła. Jakby jej obraz się, nie wiem rozmył, stał półprzezroczysty, trudno to opisać. Oczywiście mama nie kojarzyła takiej kobiety, chociaż dokładny jej rysopis podałam.

Później jeszcze w lesie spotkałam ducha staruszki, nie wiedziałam, że to duch. Kuzyn zabrał mnie na grzyby, a potem mnie zostawił i śmiał się, że nie trafię do domu. Całą scenę obserwowała starsza kobieta, miała dużo spódnic na sobie i chustkę na głowie. Powiedziałam, że nie znam tego lasu. Powiedziała mi, że jak pójdę – prosto, wskazała kierunek, dojdę do strumyka, mam iść, aż do drogi, za drogą polami, aż do domu dziadka. Tak zrobiłam. W domu powiedziałam dziadkowi jak potraktował mnie kuzyn i że o mało nie potrącił tej starszej kobiety, na co mój kuzyn stwierdził, że jestem głupia, bo w lesie nikogo nie było.  Dziadek kazał mi ją opisać. Pokiwał tylko głową. Jakiś czas później jadąc na pogrzeb dziadka taksówką, w grudniową mroźną noc miałam się przekonać, że duch nie musi się zmaterializować. Taksówka wpadała w poślizg, akurat siedziałam z przodu, obok taksówkarza. Moja stroną… prawie uderzyła w drzewo. Widziałam jak pomiędzy drzewem, a taksówką stoi postać, pochylona, trzymająca ręce po obu stronach samochodu, ta postać to jakby zagęszczone powietrze, postać jakby półprzezroczysta… jakby guma, gąbka pomiędzy samochodem, a drzewem. Postać wyhamowała samochód, że nawet zderzak nie ucierpiał. Na pewno to nie był dziadek. Może to była ów postać, która czasem wyciągała mnie z tarapatów… nie wiem. Kiedy bawiliśmy się z kuzynem w turlanie z dachu stodoły i zatrzymywanie przy krawędzi, ale spadłam i coś mnie na dole złapało. Wyglądało tak jakbym była zawieszona w powietrzu i kuzyn wystraszył się i uciekł. Albo jak w środku nocy wracałam z apteki z antybiotykiem dla chorego, a w parku, po drugiej stronie było dwóch mężczyzn, którzy chcieli przejść na drugą stronę ulicy i nagle się wystraszyli wielkiego psa, który rzekomo szedł ze mną. Ja psa nie wiedziałam, ale widziałam na padającym śniegu odciski wielkich psich łap i tak mi było na duszy lekko, że nie idę sama 🙂

Świat duchów jest związany z ludzkim światem. Nigdy się nie wie, kogo się spotka. Widywałam kolory aury ludzi, mówiąc kolorowi ludzie. Wiedziałam, że ci bez umrą. Nawet powiedziałam kiedyś babci, że pan S. umrze. Umarł, babcia chciała wiedzieć skąd wiedziałam. Nie umiałam wyjaśnić, ale poszłam zobaczyć pana S. w trumnie. Być może to było powodem, że z taką łatwością ukazywały mi się duchy. W każdym razie z duchami jest jak z powietrzem. Nie widzimy, go, ale przecież jest. Duchy są, tylko nie każdy je potrafi zobaczyć. Nie przychodzą na każde wezwanie.

 

To nie wszystkie duchy, które spotkałam. Było ich więcej. Chociaż trudno pisać duch. Kiedy się rozmawia z kimś, dotyka go i on/ona istnieje. Trzyma się za rękę, odbiera pieniądze… Nawet, jeśli się ma wrażenie nierealności… to w sytuacjach, kiedy człowiek potrzebuje pomocy i nagle ta pomoc nadchodzi, jest wielka radość. Oni widzieli mnie, a ja ich. I pewnie sama bym w takie historie nie uwierzyła, gdybym nie przeżyła takich doświadczeń. Widząc kogoś,coś, zakładamy z góry, że inni widzą to samo, ale czy słusznie? Nie zawsze. Gdybym miała opisać ducha to napisałabym, że wygląda jak żywy człowiek, mówi, słyszy, w dotyku jest jak żywy człowiek, tylko potrafi zniknąć. Ach i wie więcej 🙂

 

 

Nie łatwo jest być medium!

Jest to historia z życia mojego znajomego radiestety.

Nieoczekiwanie zadzwoniła do niego siostra. To była dramatyczna rozmowa.

– Piotrek proszę cię przyjedź, Tomasz jest w szpitalu.

– Co się stało siostrzyczko?

– Wczoraj przyjmował pacjentki do późna, znalazła go pani Henia, wiesz ona wieczorami sprząta.

– Izuniu, ale, w czym ja ci mogę pomóc, nie jestem lekarzem.

– Piotrek, proszę przyjedź i sprawdź ten gabinet swoimi metodami. Tomasz zostanie w szpitalu przez kilka dni, a ja mam klucze.

– Podejrzewasz, że przebywanie tam szkodzi Tomkowi?

– Jestem pewna, kiedy poprzednio źle się poczuł, zrobili mu dziesiątki badań i diagnoza jest jednoznaczna: zdrowy jak koń.

Piotr obiecał siostrze, że przyjedzie i zrobi, co w jego mocy. Nie lubił, gdy siostra używała zwrotu „twoimi metodami”. Nigdy nie powiedziała radiestezyjnie albo, chociaż przy pomocy wahadła. Zawsze wyszukiwała terminy zastępcze. Zapewne wpływał na to jej mąż, który był pragmatyczny, sceptyczny i cyniczny. Nie uznawał medycyny alternatywnej, nie wierzył w duchy, ani w nic, czego nie da się dotknąć i zbadać. Dawał jedynie wiarę w teorię żył wodnych, których promieniowanie może mieć szkodliwy wpływ na zdrowie człowieka.

Piotr spotkał się z siostrą pod budynkiem, gdzie Tomasz prowadził swoja praktykę lekarską.

Stara budowla o ciekawej architekturze, świeża elewacja, doskonałe położenie. Weszli do środka, klatka schodowa wyremontowana i aż pachnąca czystością – jednak Piotr zaczął odczuwać dziwny niepokój. Gabinet urządzony podług najnowszej mody, wszystko piękne, tylko nie da się normalnie funkcjonować, pomyślał z goryczą.

Po kilku minutach przebywania w tym pomieszczeniu Piotr odebrał obecność bardzo ciężkiej energii, przygnębiającej i złej, po prostu złej.

– Wiesz wydaje mi się, że Tomasz wbrew poglądom, które wszem i wobec głosi jest bardzo wrażliwym medium. Iza odpowiedziała: chyba masz rację, bo ja czuję się tu bardzo dobrze, sama urządzałam to wnętrze.

-Chciałbym zejść do piwnicy, czy masz klucz?

– Myślisz, że w piwnicy coś znajdziesz?

– Chce to zbadać, wezmę przyrządy, może to zaburzenia geopatyczne. Piotr wiedział, że okłamuje sam siebie, czuł, że ten piękny, zadbany budynek nosi w sobie coś bardzo mrocznego.

Już przy wejściu zdziwił go wygląd drzwi wiodących z korytarza do piwnic.

– Iza te drzwi wyglądają jakby prowadziły do celi więziennej.

– No, może trochę, ale są solidne i podjęliśmy decyzję żeby je zostawić.

Schody i korytarz piwniczny również nosiły ślady gruntownego remontu. Piotra przepełniał coraz większy niepokój, żeby nie powiedzieć trwoga. Iza długo szukała odpowiedniego klucza, powiedziała:

– Piotrek nie gniewaj się, ale ja tu jeszcze nigdy nie byłam.

Weszli do niewielkiego pomieszczenia, praktycznie pustego. Piotr przyglądał się ścianom i w pewnym momencie bezwiednie dotknął jakiegoś dużego haka wystającego ze ściany. Wizja pojawiła się niemal natychmiast i dosłownie zwaliła go z nóg.

Zobaczył młodego mężczyznę przykutego do ściany. Był bestialsko pobity, wręcz konający.

– Cichutko wołał mamo, mamusiu!

Gdyby nie przytomność Izabeli, Piotr upadłby całym ciężarem ciała na podłogę.

– Piotr, co jest? Mnie możesz powiedzieć. Piotr blady jak ścian odparł tylko; muszę stąd wyjść natychmiast!

Kiedy znaleźli się na klatce schodowej Piotr zaczął przytomnieć i z całych sił szukał właściwych słów, aby opisać to, co zobaczył? W tym momencie drzwi mieszkania na parterze uchyliły się i wyjrzała przez nie starsza pani.

– Dzień dobry pani doktorowo dawno pani nie widziałam! Siostra przywitała się i przedstawiła Piotra. Sąsiadka przyjrzała się różdżce radiestezyjnej, którą Piotr kurczowo ściskał w dłoni.

-A pan tu żył wodnych szuka?

– No tak chciałem sprawdzić wybąkał zmieszany Piotr.

-Panie kochany, tu nie trzeba szukać niczego więcej niż to, co jest.

-A, co tu jest? Zapytała zaciekawiona Iza.

-Wejdźcie to wam, co nieco opowiem, mieszkam w tym domu od wielu lat.

Urocza starsza pani przyjęła gości znakomitą herbatą i domowymi ciasteczkami. Piotr dziękował opatrzności, za tą niespodziewana okazję do odpoczynku i ochłonięcia z nadmiaru wrażeń.

Myśmy widzieli, że te piwnice są dziwne, podjęła swoją opowieść kobieta, ale nikt się nad tym dłużej nie zastanawiał. Wiecie państwo mieszkanie w takim budynku było na wagę złota, poza tym my byliśmy tu obcy, przyjezdni. Wszystko zaczęło się od wanny, którą pierwszy lokator znalazł w piwnicy i wykorzystał w swojej łazience. Jego córka się w niej utopiła, inne dzieci budziły się w nocy i opowiadały niestworzone rzeczy, ludzie zaczęli się dopytywać tu i ówdzie. Mój świętej pamięci mąż powiedział mi, że tu była siedziba NKWD a później UB. Oni w tych piwnicach trzymali niewygodnych ludzi i męczyli ich. Działy się tu okropne rzeczy nie chcę dłużej o tym mówić.

Sąsiedzi też się dowiedzieli i w miarę możliwości starali się opuścić to miejsce.Piotr zapytał: – jak wobec tego pani tu wytrzymała tyle lat?

-Wie pan ja się za nich modlę, msze zamawiam, myślę o nich dobrze i nic mnie nie spotyka.

Po wizycie u sąsiadki Iza nerwowo zapaliła papierosa; – Piotrek, co z tym fantem zrobić?Przecież wiesz, że dla mojego męża duchy to żaden argument, w jego pojęciu to przewidzenia histeryczek! Piotr przemyślał sprawę i znalazł rozwiązanie.

Następnego dnia odwiedził szwagra w szpitalu i opowiedział mu o gruntownych badaniach radiestezyjnych w obrębie budynku. Stwierdził, tonem kategorycznym, że występują tam wszystkie możliwe zaburzenia i to one mają tak destrukcyjny wpływ na jego zdrowie.

Ponieważ koledzy po fachu nie wykryli żadnych schorzeń, Tomasz przyjął wersję Piotra i z rezygnacją oświadczył, że nie widzi innego wyjścia jak tylko opuścić gabinet. Bardzo szybko podjął stosowne kroki i sytuacja wróciła do normy.

Dzisiaj w tym budynku cały parter zajmuje bank, a na piętrach znajdują się kancelarie i biura. Ciekawe, jakie samopoczucie maja pracujący tam ludzie?

Mam nadzieję, że czas, który podobno uzdrawia wszystko, wpłynął na energię tego miejsca.

 

Uratowani od śmierci z rzezi wołyńskiej

Poprzedni wpis był związany z historią, która swój początek miała na kresach wschodnich Rzeczpospolitej, chciałabym zatrzymać się chwile w tym rejonie.Zapraszam do przeczytania kolejnej opowieści z pogranicza dwóch kultur i dwóch światów.

 

Mój rozmówca przyszedł na świat w 1940 roku, jako trzecie dziecko w polskiej rodzinie mieszkającej we wsi położonej na terenie dzisiejszej Ukrainy. Jego brat Jerzy urodził się 10 lat wcześniej w bardzo dramatycznych okolicznościach.  To był długi i ciężki poród, który bez pomocy mądrej Babci Hryciukowej mógł zakończyć się tragicznie. Przez wiele godzin życie matki i dziecka wisiało dosłownie na włosku. Walka została wygrana i Jerzy przeżył stając się ulubieńcem Babci.

Trzeba tu wspomnieć, kim była owa Babcia Hryciukowa .Można spokojnie powiedzieć, używając współczesnego słownictwa , że Hryciukowa była człowiekiem instytucją. Przychodzili do niej po pomoc i poradę wszyscy, bez względu na wiek, narodowość czy wyznanie. Ludzie przyjeżdżali z innych wsi, ponieważ nie było choroby, z którą  by sobie nie poradziła . Była zielarką, położną i jeśli zaszła taka potrzeba rozjemcą w sprawach spornych. W jej domu ikona wisiała obok obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej , a kiedy Babcia zaczynała dzień zawsze wrzucała do ogania garść ziół dla Wielkiej Matki. Jednym słowem ekumenizm  stosowała w praktyce .

Babica Hryciukowa wcześnie owdowiała , swoje gospodarstwo przekazała jedynemu synowi.Sama zajęła się tym, do czego została powołana.

We wsi ludzie żyli przez całe lata zgodnie , a małżeństwa mieszane to znaczy polsko-ukraińskie nie należały wcale do rzadkości. Wszystko to trwało, aż nastał czas ciemności i obudzony w 1939 roku demon wojny wlał jad nienawiści w serca ludzkie.

Kilka lat później, dla Polaków rozpoczęła się jedna z największych tragedii narodowych , określana mianem rzezi wołyńskiej .

Młodszym czytelnikom wyjaśniam , że ta zbrodnia ludobójstwa , miała charakter czystki etnicznej , dokonanej prze nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej. Według źródeł historycznych, UPA podjęła decyzję w tej sprawie w marcu 1943 roku. Ogrom zbrodni i okrucieństwa pozostawiał daleko w tyle dokonania III Rzeszy. Liczbę ofiar szacuje się na około 50- 60 tysięcy . Nie oszczędzano nikogo ani starców, ani kobiet , ani maleńkich dzieci..

Nakreśliłam sytuacje , aby czytający mieli świadomość, w jakim strachu i stresie żyli bohaterowie tej opowieści.

Do rodziców doszły już wieści o pogromach w innych miejscowościach. Zaczęli oni poważnie myśleć o opuszczeniu wsi. Nie jest jednak łatwo pozostawić dorobek życia i wyjechać w nieznane.

Którejś nocy, Jerzy usłyszał delikatne stukanie w szybę. Za oknem stała Babcia Hryciukowa i dawała znaki, aby do niej wyszedł. Jerzy nie budząc nikogo podszedł do zaryglowanych drzwi i uchylił je, Babcia nie chciała wejść do środka, powiedziała tylko: mój kochanieńki przyszłam was ostrzec, jeśli do niedzieli nie opuścicie tego domu wszyscy zginiecie, zaufaj mi wiem, co mówię , uciekajcie póki możecie. Idzie straszna śmierć, okrutny czas. Po czym nagle kobieta zaczęła się oddalać aż zniknęła w mroku nocy.

Jerzy niewiele myśląc obudził rodziców i powiedział o wizycie Hryciukowej .Ojciec obruszył się, : czemu nas nie budziłeś, kiedy z tobą rozmawiała . Jerzy odparł, że chciał Babcię zatrzymać, ale się spieszyła. Tej nocy już nikt nie zasnął, a decyzja została podjęta.

Rodzina z pomocą boską i ludzką uniknęła śmierci, wreszcie dotarli do Przebraża, gdzie wraz z innymi Polakami dzielnie odpierali ataki UPA , dzieki czemu ocaleli. Inni nie mieli tyle szczęścia.

Bohaterowie tej opowieści zostali przesiedleni i zamieszkali na Górnym Śląsku .Kiedy Jurek studiował na Politechnice Śląskiej , wysłano go na zjazd studentów z tzw. bratnich krajów.

Wśród studentów z  ZSRR rozpoznał Iwana, wnuka Babci Hryciukowej. Niewiele myśląc podszedł i przedstawił się, Iwan też go pamiętał. Kiedy zorganizowano wspólne ognisko i chłopaki mogli spokojnie porozmawiać Jerzy opowiedział Iwanowi o nocy, podczas, której otrzymali ostrzeżenie od jego Babci. Iwan zapytał, kiedy dokładnie to było, Jerzy podał konkretną datę ( są daty, których się nie zapomina ). Chłopak , po namyśle powiedział; cieszę się , że żyjecie, ale albo mylisz daty albo to nie była moja babcia .Staruszka zmarła dwa tygodnie wcześniej .

Jerzy po powrocie do domu opowiedział rodzinie o spotkaniu i poprosił rodziców, aby dobrze przypomnieli sobie fakty i daty . Kiedy potwierdzili jego wersję, wyjawił część dotyczącą śmierci Babci Hryciukowej .Wszyscy zaniemówili.

Po około dziesięciu latach od spotkania z Iwanem znaleźli się całą rodziną w ówczesnym ZSRR . Odnaleźli nawet grób Hryciukowej, wnuk mówił prawdę zmarła dwa tygodnie przed odwiedzinami w ich domu.

Poruszam ten temat z dwóch powodów. Pierwszy jest oczywisty chce przedstawić interesującą historię , drugi to wszechobecna poprawność polityczna w wyniku, której przemilcza się w większości mediów tragedię Polaków na Wołyniu. Dokonano zbrodni haniebnej i bestialskiej, znane są nazwiska osób, które do niej podżegały jak i bezpośrednich sprawców .W chwili obecnej Ukraińcy stawiają im pomniki i honorują czyniąc patronami szkół i ulic.

Nikt, chociaż symbolicznie nie przeprosił, nie pochylił głowy nad zbiorowymi mogiłami. Zaznaczam, że nie kieruje mną chęć odwetu, bo niskie to i niegodne człowieka.

Pytam tylko, kto dał nam żywym prawo zapomnieć i wybaczać w imieniu pomordowanych