Krzywda zawsze wraca – wszak zna drogę

Pytanie zawarte w jednym z komentarzy:

„Często słyszę, zwłaszcza od ludzi starszych, że krzywda wraca do sprawcy i zawsze zostaje on ukarany. Czy ma Pani jakąś wiedzę na ten temat bądź ciekawe historie czytelników do podzielenia się na blogu?”

Zatem niejako na życzenie Czytelniczki garść moich rozważań i przykładów o krzywdzie i jej rozliczeniu, opartych na zdarzeniach ze świata fizycznego i spirytualnego.

Należałoby zacząć od pytania: czym jest krzywda? Najprostsza odpowiedź brzmi: tym, co zdarzyć się nie powinno. Bólem zadanym z premedytacją czującej istocie, nie tylko ludzkiej. Bezsilnością ofiary wobec zdarzeń dotykających jej niezmiernie dotkliwie, bez możliwości obrony, a nawet bez szansy na najmniejsze zadośćuczynienie. Każdy ma swoją listę niegodziwości, stanowiących o rozmiarach doznanej krzywdy. Obmowa, kradzież, niewdzięczność, gwałt, pobicie, można by długo wymieniać.

Bywa, że krzywdę da się naprawić, lub chociaż za nią zadośćuczynić, złagodzić jej skutki. Niestety często poczynione szkody są nieodwracalne. Budzi się w nas wtedy złość, kiełkuje potrzeba odwetu, prymitywnej zemsty lub wyrafinowanego rewanżu. Pojawia się przekonanie, że kiedy ów akt wyrównujący rachunki między nami a krzywdzicielem dokona się, poczujemy niebywałą ulgę, opadną emocje, a wszystkie przykre uczucia znikną, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Chęć zemsty jest w nas, to jest nieuniknione. W ten sposób, przejawia się nieokiełznana cząstka naszej osobowości. Zwierzęce JA wynurzając się z wewnętrznego Cienia, zagarnia nas ku sobie. Problem w tym, że to uczucie zwodnicze, ponieważ zemsta nam w niczym nie pomoże, niczego nie ułatwi i nie osłodzi łez. Pomijam już fakt, że w rozumieniu prawa zemsta jest równoznaczna z przestępstwem.

Odwet uruchamia nowy ciąg negatywnych zdarzeń oraz nieodwracalną zmianę w nas samych. Jakkolwiek to brzmi dokonując aktu zemsty na oprawcy jednoczymy się z nim mentalnie. Wchodzimy w krąg tej samej energii i oddychamy tym samym złem. Żebyśmy, nie wiem jak, próbowali moralnie ten akt usprawiedliwić, nic nie zmieni degenerującego charakteru zemsty. Kiedy dopuścimy do głosu zbrodniczą furię, może się okazać, że oto nasz Anioł Stróż zapłakał krwawymi łzami.

Czy tylko w baśniach zło jest zawsze ukarane, a dobro nagradzane? Jestem głęboko przekonana, że ta zasada działa zawsze i wszędzie. Wsłuchajmy się w znane przysłowia i mądrości narodów: „Co posiejesz to zbierzesz, co za siebie rzucisz to przed sobą znajdziesz”, „Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy”, „cudza krzywda twego życia nie poprawi” i mój ulubiony w tym temacie cytat:

„Później czy wcześniej krzywda w los się wciela i w sieć skrzywdzonych chwyta krzywdziciela” /Zygmunt Krasiński/

Każdy, bez wyjątku, prędzej lub później zbiera plon swoich działań i ponosi ich konsekwencje. Nie w tym, to w następnym życiu. Oczywiście, jeśli ktoś żąda sprawiedliwości, już, natychmiast, tu i teraz, może poczuć się zawiedziony. Czasem działa ona bardzo wolno, czasem incognito, a czasem potrafi wyłonić się nawet zza kurtyny śmierci.

Znam wiele historii osób, które perfidnie rozbijały cudze małżeństwo i nie cieszyły się długo, swoim szczęściem zbudowanym na nieszczęściu kogoś innego. Ich partner/partnerka albo skruszony wracał na łono rodziny, albo znajdował nowy obiekt pożądania. Los lubi płacić taką monetą, jaką sami operujemy.

Niejeden brutalny mąż kończy złożony chorobą, która nie dość, że wyrównuje rachunek zadanego cierpienia to jeszcze wymusza pokorną prośbę o opiekę lub pomoc ze strony dotychczasowej ofiary. Strącenie z piedestału „pana i władcy” to bolesna degradacja, ale i pouczające doświadczenie.

Choć odnosimy wrażenie, że wielu niegodziwcom wszystko uchodzi na sucho i egzystują sobie wygodnie mimo popełnionych zbrodni i oszustw, to pamiętajmy o jednym: nie siedzimy ani w ich głowach ani w sercach. Nie tylko lady Makbet, dane było widywać zjawy swoich ofiar. Niejeden dyktator i zbrodniarz sypiał przy zapalonym świetle. Mimo pozorów pewności siebie, ludzie ci żyją w ciągłym strachu, ponieważ każdy mierzy innych własną miarą, a ich miara jest doprawdy makabryczna.

Wysłuchałam historii mężczyzny nawiedzanego przez zjawy więźniów, do których śmierci się przyczynił. Bici, szykanowani odchodzili złorzecząc swemu prześladowcy. W chwili, kiedy zmienił profesję i najmniej spodziewał się rozrachunku z przeszłością, pojawili się, aby nie dane mu było zapomnieć lub przebaczyć samemu sobie. Człowiek ten popełnił samobójstwo.

Poznałam osobę, która wyrządziła wiele złego najbliższym w tym walnie przyczyniła się do ciężkiej choroby własnego ojca. Kobieta zbudowała swój dobrobyt idąc po trupach do celu. Dopiero w starszym wieku pojawiły się wątpliwości i wyrzuty sumienia. Niestety nie było już kogo prosić o wybaczenie. Jej wnuk urodził się ciężko upośledzony i praktycznie niezdolny do samodzielnej egzystencji. Ktoś znajomy w złości powiedział, że to kara za grzechy babki. (uważam, że tak być nie mogło, ale to odrębny temat). Kobieta usłyszała ten komentarz i wzięła go do siebie. Każdy dzień spędzony z „naznaczonym” jej winą dzieckiem to dla niej pokuta, ale i lekcja trudnej miłości.

Osąd ludzki sięga tylko do pewnego poziomu, który jesteśmy w stanie objąć swoją bądź co bądź ograniczoną percepcją. Porządek karmiczny nie posiada ograniczeń, a jedynie spójną zasadę przyczyny wywołującej skutek. Każdego dnia wchodzimy nie tylko w relacje z innymi ludźmi, ale również karmą przeszłych wcieleń. W tym wszystkim jedyną pewną rzeczą wydaje się oczyszczająca moc dobra, która może zmienić naszą przyszłość liczoną nie tylko w latach, ale w eonach. Czyż nie to miał na myśli apostoł Mateusz mówiąc:

„Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze, by cię przeciwnik nie podał sędziemu, a sędzia dozorcy i aby nie wtrącono cię do więzienia. Zaprawdę powiadam ci: nie wyjdziesz stamtąd, aż zwrócisz ostatni grosz” (Mt 5,26).

Klątwy i uroki cz.3

Drodzy Państwo postanowiłam napisać jeszcze parę słów na temat tych nieszczęsnych klątw, które tak bardzo Państwa niepokoją.

1/W korespondencji od Państwa padło pytanie, czy istnieją słuszne klątwy? Czy jeśli ktoś wyrządził nam wielką krzywdę mamy moralne prawo odwetu? Są to kwestie etyczne. Dylematy ich dotyczące, doczekają się odpowiedzi na miarę sumienia pytającego. Doskonale rozumiem sytuację w której po prostu puszczają nam nerwy, co w konsekwencji prowadzi do tego, że wypowiadamy słowa, których później możemy żałować. To jest ludzkie, spontaniczne , żeby nie powiedzieć instynktowne. Bez wątpienia, planowanie zemsty, taki rewanż na zimno, ma zupełnie inny ciężar gatunkowy. Zważywszy, że istnieją liczne metody dochodzenia swoich praw oraz zadośćuczynienia za straty finansowe czy moralne, klątwa nie znajduje usprawiedliwienia. Najprościej rzecz ujmując klątwa narusza naturalny porządek rzeczy , równowagę między człowiekiem, a wszechświatem, prawo wolnego wyboru. Uderza w fundament osobowości. To pocisk naprawdę wielkiego kalibru.

2/Osobom zaniepokojonym, ulgę powinna przynieść świadomość, że większość ludzi nie posiada stosownej wiedzy, aby taka klątwę rzucić. Z kolei korzystanie z usług zaklinaczy, którzy są w stanie to zrobić jest bardzo kosztowne i zapewne wysoka cena skutecznie studzi zapędy wielu potencjalnych klientów.

3/Istnieją talizmany ochronne, które zapewniają osłonę przed atakami mentalnymi. Jeśli ktoś poczuje się lepiej ze świadomością, że posiada dodatkowe wsparcie, może taki talizman nabyć. Najlepszą ochronę moim skromnym zdaniem zapewnia czyste sumienie i życie w którym osobista realizacja odbywa się bez szkody dla kogokolwiek.

4/Czy można przekląć osobę niewinną? Większość szamanów twierdzi, że nie można nikogo przekląć bez powodu. Umysł osoby niewinnej ma taką moc, że jest w stanie obronić się lub wręcz w trybie natychmiastowym przekierować klątwę do jej źródła. Osobie niewinnej można zaszkodzić używając czarnej magii, ale wtedy angażuje się siły nie z tego świata.

5/Jeśli chodzi o ekskomunikę pamiętajmy, że choć zamiennie używa się nazwy klątwa kościelna to jednak porównanie wydaje się być nieuzasadnione. Ekskomunika to raczej fizyczne odsunięcie od wspólnoty i uczestnictwa w obrzędach religijnych, a nie atak mentalny. Oczywiście w dawnych czasach śmierć moralna (wykluczenie) prowadziła do śmierci fizycznej osoby ekskomunikowanej. Jednak w dzisiejszej dobie nie są to pojęcia tożsame.

6/Jeśli już coś takiego nam się przytrafi czy możemy się samodzielnie uwolnić? Wierząc w kosmiczną zasadę przyczyny i skutku można śmiało założyć, że naprawienie wyrządzonej krzywdy lub zadośćuczynienie osobie poszkodowanej w naturalny sposób przerywa ciąg zdarzeń. Modlitwa i skupienie również mogą być bardzo pomocne. Jest tu jednak potrzebny szczery kontakt ze Stwórcą, a nie ucieczka przed konsekwencjami w myśl powiedzenia „jak trwoga to do Boga”. Warto powiedzieć sobie „ wybaczam wszystkim i proszę o wybaczenie każdego z osobna”. Zaangażowanie i praca w kierunku samodoskonalenia ma znaczenie i chroni nas przed popełnieniem kolejnych błędów. Jeśli zwrócimy się o pomoc do osoby, która jest w stanie zdjąć klątwę i ustabilizować energetycznie nasz organizm to nie miejmy złudzeń, że osoba ta załatwi za nas wszystko. Użyję mało poetyckiego porównania. Moim zdaniem ze zdjęciem klątwy jest trochę tak jak z resekcją zęba, ból ustępuje, ale luka w uzębieniu pozostaje. Czym (jaka energią) uzupełnimy ten ubytek zależy tylko od nas samych.

„Kiedy rozum śpi budzą się demony”

W dniu dzisiejszym wszystkie stacje telewizyjne i serwisy internetowe podały wiadomość o kolejnym akcie bezmyślnego wandalizmu jakiego dopuścili się tak zwani Bojownicy Państwa Islamskiego. Niszcząc bezcenne artefakty dokonali zamachu na kulturowe dziedzictwo całej ludzkości. Ten haniebny czyn to jasny i czytelny komunikat dla reszty świata. Jeśli tym ludziom się uda zniszczą wszystko, co nie mieści się w obrębie ich ciasnego światopoglądu, ukształtowanego przez wyznawaną religię.

Jest takie powiedzenie: historia lubi się powtarzać i niestety nie traci ono na aktualności. Jednocześnie unaocznia nam, że mimo olbrzymiego postępu technologicznego mentalność ludzka oraz mechanizmy, które na nią wpływają, które ją kształtują są niezmienne i bardzo skuteczne.

Sięgnijmy wstecz. W roku 642 na rozkaz kalifa Omara, zniszczono Bibliotekę Aleksandryjską. (Oczywiście nie była już wtedy kompletna, gdyż część zbiorów strawił wcześniejszy pożar, ale historycy nie mają wątpliwości, co do rangi ocalonych dzieł.)  Podobno kalif powiedział „Albo te księgi zawierają to samo, co Koran więc są bezużyteczne, albo coś innego więc są szkodliwe” Jego siepacze wykonali rozkaz.

Po dziś dzień tak w Afganistanie jak w każdym innym zakątku świata fanatycy islamscy niszczą i rujnują wszystko, co w ich ocenie nie ma wartości religijnej. Warto również zwrócić uwagę, że wszyscy, którzy palą książki, nie widzą niczego zdrożnego w paleniu żywcem ludzi. Czego najlepszym przykładem jest bestialska egzekucja jordańskiego pilota, którego oblano łatwopalną substancją i spalono w metalowej klatce, ku uciesze gawiedzi.

Ten czyn, jak i wszystkie pozostałe islamiści usiłują uzasadnić ideologicznie. Tłumaczenia są pełne pychy i pogardy. Przesycone cynizmem i drwiną wobec ludzi innych religii. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Islam śmieje się prosto w twarz pokojowo nastawionej Europie.

Etap rozwoju na jakim znalazła się cywilizacja europejska kosztował życie wielu wolnomyślicieli i ludzi nauki. Za demokrację i poszanowanie praw człowieka również liczne grono zapłaciło cenę najwyższą. Pamiętajmy o tym. Pamiętajmy o tym, że każda próba zniewolenia człowieka zaczyna się od niszczenia książek. Dyktatorzy nie ważne w mundurach, turbanach czy czarnych sukienkach pragną zablokować swobodny przepływ informacji. Tutaj niestety również historia się powtarza.

Na przełomie XI i XII wieku powstała represyjna instytucja, której celem było ściganie dysydentów religijnych oraz każdego kto śmiał choćby marzyć o rozwoju naukowym, o wolności przekonań. Mam oczywiście na myśli tak zwaną Świętą Inkwizycję. W prześladowaniach prym wiedli Dominikanie, nie na darmo nazwa zakonu znaczy tyle, co psy boże. Z zajadłością rozszalałej sfory, szukali wszędzie przejawów herezji, a opornych łamali na torturach. Spalili wiele książek, często na jednym stosie razem z ich autorami. Wszystko po to aby ograniczyć postęp i rozwój intelektualny całych narodów.

W marcu 1933 roku NSDAP oczyszczało biblioteki z „destrukcyjnego piśmiennictwa” paląc publicznie na wielkich stosach dorobek intelektualny znamienitych twórców literatury światowej. Wkrótce zbrodniarz Adolf H. podpalił cały świat. Ludzi również palił i nie mam tutaj wcale na myśli krematoriów.

Przykłady można by mnożyć. W ostatnich latach dwóch naszych rodaków nie przysporzyło nam powodów do dumy , jeśli chodzi o szeroko pojęty szacunek dla książek.

Myślę o Adamie Darskim , który niszcząc Biblię wpisał się w nurt ekstremizmu, czym ubliżył sam sobie. Nie można bowiem jednocześnie mienić się erudytą, intelektualistą i człowiekiem wolnego ducha, a w tym samym czasie niszczyć książkę z której treścią się nie zgadzamy. Pan Darski przeczy sam sobie. Nie mówiąc już o tym, że prostacki wandalizm nigdy nie będzie mieścił się w definicji „wolności sztuki”.

Druga osoba to redaktor Terlikowski. Ze swoich poczynań był tak dumny, że nagrał film, który z zapałem godnym lepszej sprawy propagowała Fronda. Pan Terlikowski porąbał siekierą i spalił w kominku talię kart tarota oraz książkę poświęconą tej tematyce. (Jako osoba empatyczna drżałam o jego zdrowie, ponieważ siekierką posługiwał się nieudolnie, -widać człek do pracy fizycznej nie nawykły). Po zakończeniu „dzieła” był z siebie niezwykle dumny, wszak jego mistrz, Tomasz de Torquemada patrzył nań z nieba. Jeśli tak ma wyglądać wojna światopoglądowa, którą sam zapowiedział po sukcesie wyborczym Ruchu Palikota, to trudno nie powziąć obawy, że następnym etapem będzie palenie ludzi. Pan redaktor niczym kalif Omar chce decydować, co jest bezużyteczne, a nawet szkodliwe. Jak na razie, takiej władzy nie posiada. Jak na razie.

Przytaczając te dwa (za przeproszeniem) przykłady chciałam zwrócić uwagę, że nie trzeba daleko szukać wandali ekstremistów, którzy w imię wartości własnych niszczą coś, co nie jest zgodne z ich światopoglądem.

Na koniec pozwolę sobie powtórzyć za Mieczysławem Kotarbiński „Ludzkość wymyśliła dwie doniosłe rzeczy na świecie. Najmądrzejsza rzecz- książkę i najgłupszą- wojnę”.

Klątwy i uroki cz.2

Tematyka klątw i uroków rzucanych” na zmówienie” to niestety aktualny i można powiedzieć ponadczasowy temat. Zawsze znajdą się ludzie, którzy dla pieniędzy zrobią wszystko. Nie wiem czy są oni do końca świadomi konsekwencji swoich czynów. Oczywiście nie mam na myśli zła wyrządzanego tu i teraz. Skalę następstw podjętych działań mierzą przecież (jakkolwiek to brzmi) zadowoleniem klientów. Chodzi mi o ich własny rozwój duchowy, a właściwie o zapaść jaka następuje w wyniku zła, które świadomie kreują i kierują wprost w bliźniego swego. Pozostawmy to jednak ich własnym wyborom.

Technicznie rzecz biorąc usługowe rzucanie klątw jest jak najbardziej wykonalne. Jeśli osoba rozumie czym jest myśl i związany z nią potencjał, może używać technik pracy z energiami w dowolnym celu. Czy jest to sztuka magiczna ? Tak. Nie ma czarnej i białej magii. Jest magia. We Wszechświecie wszystko po prostu jest. Ołówkiem można wykonać przepiękny rysunek, ale komandosi uczeni są nim zabijać. Arszenik może być zarówno lekarstwem jak i trucizną. Bez Słońca nie byłoby możliwe życie na Ziemi , ale to samo Słońce może zniszczyć naszą planetę. Wszystko po prostu jest. Intencja z jaką sięgamy po ołówek decyduje o tym jaka energia przeważy w danej chwili.

Odpowiednio wzmocniona i ukierunkowana intencja (w tym wypadku negatywna) zrobi swoje. Osoba, która klątwę rzuca po prostu z małego pocisku tworzy ładunek dużego kalibru. Jednak tak jak w przypadku broni palnej większy ładunek wymaga większego nakładu środków. Innymi słowy tę dodaną energię trzeba pozyskać. Istnieje kilka możliwości. Osoba przeprowadzająca rytuał czerpie ją z własnych zasobów w co wątpię. Pobiera z kompletnie nie świadomego klienta, który naiwnie myśli, że płaci za wykonaną usługę tylko pieniędzmi. Względnie pobiera energię z przyrody na przykład unicestwiając zwierzę.

Bardzo lubię łacińską sentencję „Verba docent, exempla trahunt” -Słowa uczą, przykłady pociągają. Nie ma to jak klasyka. Lapidarnie , mądrze i prawdziwie. Posłużę się historią autentyczną, która oddaje istotę sprawy.

Bohdan swoje imię otrzymał nieprzypadkowo. Urodził się w małżeństwie polsko- ukraińskim (to imię popularne od zawsze w obu kulturach) w dodatku jako wymodlony (od Boga dany) potomek. Zawsze był dzieckiem niezwykłym. Rosły i silny, ale zamknięty w sobie, małomówny odludek. Chłopiec bardzo szybko zauważył, że jego kontakty z przyrodą, zwłaszcza ze zwierzętami różnią się od relacji innych osób. Bohdan panował nad nimi i w niezrozumiały dla siebie sposób narzucał im swoja wolę. W miarę jak dorastał jego umiejętności ewaluowały wraz z nim. Metodą prób i błędów doszedł do wniosku, że to samo można robić z ludźmi. Wszystko było dobrze dopóki nie wpadał w gniew, wtedy nie panował nad swoimi myślami i talentami. Przez wiele lat nikt nie kojarzył pewnych zdawałoby się oczywistych faktów. Kiedy kolega pokłócił się z Bohdanem następnego dnia został pogryziony przez własnego psa. Surowy nauczyciel stracił palec podczas prac gospodarskich na własnym podwórku. Stało się to w dziwnych okolicznościach, których poszkodowany nie potrafił racjonalnie wyjaśnić.

Bohdan podczas wojny, stał się legendą swojego oddziału partyzanckiego. Zaczęło się od tego, ze razem z kolegą uciekli konwojującym ich Niemcom. Ukryli się w lesie. Niemcy puścili w pościg psy tropiące. Kiedy zwierzęta znalazły się w zasięgu wzroku Bohdana zatrzymały się, a po chwili uciekły z piskiem. Bohdan tłumaczył koledze, że na wsi ludzie nie takie sztuczki potrafią robić. Tamten chyba nie do końca uwierzył. Bohdan potrafił wydostać się z każdej obławy, szybko zyskał opinię największego „kozaka” w oddziale. Jego zdolności objawiły się po raz kolejny w obecności innego partyzanta i to w sposób niezwykle spektakularny. Otóż znaleźli się w gospodarstwie tegoż kolegi i traf chciał, że zastał ich tam niemiecki patrol. Dzień był niezwykle upalny i mężczyźni myli się akurat przy studni, kiedy na podwórze weszło dwóch Niemców. Jedni i drudzy byli chyba jednakowo zaskoczeni. Niemcy wycelowali w ich stronę broń nerwowo przy tym pokrzykując. Kolega Bohdana zaczął robić w myślach rachunek sumienia, zdawał sobie bowiem sprawę, że nie dobiegnie do swojej broni wystarczająco szybko. Bohdan nie przejmując się niczym szedł w stronę żołnierzy , miał uniesione ręce, przy czym wykonywał dłońmi dziwne ruchy. W pewnej chwili obaj żołnierze chcieli użyć broni, jednak ewidentnie ich automaty zablokowały się . Bohdan błyskawicznie rzucił się na jednego z Niemców, a kolega wyciągnął nóż z cholewki buta i trafił nim celnie w drugiego. Wieczorem zakopali ciała w lesie. Jakby to ująć, legenda nabrała rumieńców. Kiedy nastała władza ludowa, nagrodzono jego dokonania, jako że walczył w szeregach jedynie słusznej partyzantki. Pełnił różne funkcje. Dorobił się sporego majątku. W wyniku konfliktu z przełożonym Bohdan stracił wiele przywilejów, a i niejeden kolega odwrócił się od niego. Wtedy objawiła się światu jego mroczna strona. Używał swoich talentów bez skrępowania i bez ograniczeń. Przy okazji wdał się też w nielegalne interesy. Niektóre opowieści o jego wyczynach budzą grozę. Według relacji jego sąsiadów sprowadził chorobę nawet na dziecko. Wziął w ten sposób odwet na milicjancie, który prowadził sprawę kradzieży olbrzymich ilości drzewa z okolicznych lasów. Milicjant był bardzo ambitny i wpadł na właściwy trop . Bohdan publicznie zagroził, że jeśli ten od sprawy nie odstąpi to on sprowadzi na jego dom chorobę. Śledztwo trwało mimo gróźb do momentu, kiedy córka milicjanta zachorowała. Dziewczynką zajęli się najlepsi lekarze, żaden jej nie pomógł, mało tego lekarze nie potrafili jednoznacznie zdiagnozować samej choroby. Wtedy ojciec dziewczynki się poddał. Sprawa ucichła, a miesiąc później dziecko było w pełni sił. Sąsiedzi unikali Bohdana czemu trudno się dziwić.

Wiadomo, że wszystko ma swoją cenę. Bohdan otrzymał swój rachunek pod koniec długiego życia. Zmarła mu żona, a następnie zdiagnozowano u niego raka kości. Umierał długo i boleśnie. Jego syn zapewnił mu doskonałą opiekę, również pielęgniarską. Niestety w ostatnim stadium nawet morfina nie przynosiła już ulgi. Sąsiedzi modlili się za niego mimo wyrządzonych krzywd. Widocznie byli to ludzie rozumiejący wyższość misterium śmierci nad błędami popełnionymi za życia.

Czasami zdarza się, że otrzymujemy niezwykłe zdolności. Jeśli używamy ich w obronie własnej czy w innym celu, ale bez szkody dla kogokolwiek, jest to piękny dar. Niestety pycha ludzka powoduje, że łatwo przekraczamy dopuszczalne granice. Warto też pamiętać, że wszystko w życiu jest oddawane.

Tekst ten dedykuję wszystkim, którzy jeszcze nie popełnili brzemiennego w skutki błędu jakim jest „zamawianie uroków”.

Klątwy pokoleniowe

Jest ot temat, który bardzo często przewija się w korespondencji jaką od Państwa otrzymuję. Pozwolę sobie wyrazić swój pogląd na tę sprawę w dzisiejszym wpisie.

Podstawowe pytania to: czym właściwie jest klątwa ? Czy każdy może ją rzucić? Czy są osoby odporne na klątwę ? Czy klątwa może działać na całe pokolenia?

Nasze myśli to czysta energia. Jeśli dodatkowo myśl zasilimy emocjami tworzy się ładunek energetyczny o olbrzymim potencjale i wielkiej mocy sprawczej. Nie trzeba wykonywać żadnych nadzwyczajnych rytuałów, wystarczy krótki komunikat „A żebyś zdechł” i słowo może stać się ciałem. Kiedy przepełnia nas głębokie poczucie krzywdy, a calem życia staje się chęć zemsty, całymi miesiącami lub latami, karmimy klątwę i spalając własną energię życiową podsycamy jej działanie. Taka „energetyczna strzała” wbija się w ciało subtelne danej osoby i osłabia ją. Chyba najbardziej obrazowym będzie porównanie do wirusa, który wyniszcza najpierw psychikę, a później ciało fizyczne. Ktoś dotknięty klątwą prędzej czy później popada w depresję. Obniżone samopoczucie prowadzi do spowolnienia procesów myślowych, a to wprost do podejmowania złych, niekorzystnych decyzji i tak spirala zniszczenia nakręca się. Wyczerpanie naszej energetyki natychmiast przekłada się na zdrowie. Człowiek chory ma mniej sił do pracy, zaczynają się problemy finansowe. Jesteśmy w matni bez wyjścia.

Ten czarny scenariusz aby się wypełnić potrzebuje oprócz osoby rzucającej klątwę, podatnego gruntu dla niej. Często na taki właśnie grunt trafia. Ostatecznie aby wyrządzać szkodę, działać podle, czerpać radość z krzywdzenia innych, nie trzeba szczególnych przymiotów umysłu czy ducha. Ktoś mądry powiedział ”to, co jest twoją siłą jest też słabością”. Jeśli siłą jest zło to i odporność na działanie zła jest niska. Moim zdaniem osoby o mocnym kręgosłupie moralnym, wysokim poczuciu własnej wartości i prawego serca przekląć się nie da. Inna sprawa, ze tacy ludzie budują swój świat bez szkody dla kogokolwiek i czegokolwiek. Przez swoją pozytywną postawę nie generują sytuacji, które mogą obrócić się przeciwko nim.

Odrębną sprawą są tak zwane klątwy pokoleniowe. O ile w świecie polityki, władzy i pieniądza łatwo wytłumaczyć działanie „klątw”, które w gruncie rzeczy stanowią swego rodzaju zasłonę dymną do rozgrywania porachunków między stronnictwami, klanami i koteriami, o tyle uzasadnienie działania klątwy pokoleniowej w świecie” zwykłych ludzi” wydaje się trudne. Jaki mechanizm jest potrzebny aby owa klątwa przenosiła się przez pokolenia z prababki na kolejne kobiety w rodzinie? Przecież teoretycznie wraz ze śmiercią osoby przeklętej i przeklinającej ta energia i relacja między nimi powinna wygasać. W mojej ocenie tak właśnie jest. Nie można przekląć ludzi, którzy jeszcze się nie narodzili, można za to zaprogramować tym nowonarodzonym takie kody etyczne i wzorce zachowań, które w prosty sposób wprowadzą ich w życie jako swoiste „kalki” przodków. Będą popełniać te same błędy, prowokować te same sytuacje i zbierać dokładnie identyczne owoce jak ich genetyczni poprzednicy. Nie rozumiejąc mechanizmu zdarzeń będą szukać przyczyny „po magicznej stronie życia” ponieważ tak jest prościej. Łatwiej bowiem oskarżać o swoje niepowodzenia jakieś bezosobowe fatum niż własna matkę czy babkę. Oto przykład:

Bohaterka tej historii ma na imię Anna. Prababka Anny wbrew konwenansom i ku zgorszeniu bliskich rozbiła małżeństwo pewnego pana, a następnie (po przeprowadzonym rozwodzie) konwertowała wraz z nim na Ewangelicyzm, co umożliwiało (w świetle obowiązującego podówczas prawa) legalny ślub kościelny. Krótko po tym ślubie w sklepie , który prababka prowadziła wraz z nowo poślubionym wybrankiem pojawiła się porzucona żona. Oprócz wyzwisk rzuciła również klątwę ”depczę twoje szczęście jak ty zdeptałaś moje, żadna kobieta z twojego rodu nie będzie szczęśliwa”. Rok później prababka urodziła Helenę (babkę Anny). Niedługo po porodzie owdowiała. Wyszła za mąż ponownie za urzędnika, który traktował ją podle i którego długi karciane regulowała do samej śmierci. Codziennie tłumaczyła Helenie, że życie jest ciężkie, a wszystko przez mężczyzn. Helena była kochliwa, ale jako panna z małym posagiem nie otrzymywała poważnych propozycji matrymonialnych. Matka wyswatała Helenę z wdowcem , który okazał się chamem i skończonym skąpiradłem. Kiedy przeszedł na łono Abrahama, romantyczna natura Heleny pchnęła ją w ramiona pięknego lekkoducha. Owszem spłodzili Zofię (matkę Anny), ale związek z czasem przysparzał Helenie wiele zgryzot, a majątek odziedziczony po pierwszym mężu topniał w zastraszającym tempie. Wybuchła II Wojna Światowa i lekkoduch oddał życie za ojczyznę, co Helena zniosła bez żalu. Po wojnie jeszcze kilku panów ubiegało się o względy tej atrakcyjnej kobiety, ale żadnego nie chciała. Helena wychowała Zofię w przekonaniu, że „facet to świnia”, „a jak mu syna nie urodzisz to jesteś nic nie warta, „wszyscy mężczyźni to kłamcy” i tak dalej. Zofia skończyła medycynę, jak wszystkie kobiety w tej rodzinie była wyjątkowo atrakcyjna. Adoratorów nie brakowało. Poznała kolegę po fachu i tak na świat przyszła Anna. Matka przyjęła jej narodziny chłodno, wszak to w męskim potomku upatrywała gwaranta sukcesu. Helena wymagała coraz większej opieki. Zofia z oddaniem jeździła do matki, która świadomie bądź nie, robiła krecią robotę. Anna doskonale pamięta, że po każdej wizycie u babci matka wracała podminowana i wszczynała awantury. Ojciec w końcu nie wytrzymał bezpodstawnych oskarżeń i ciągłych wybuchów złości. Wyprowadził się i choć czynił starania sąd nie przyznał mu opieki nad córką. Zofia wraz z Anną przeprowadziły się do Heleny. Anna dusiła się w tym domu. Jej instynkt samozachowawczy zadziałał na czas i wyrwała się wybierając uczelnię jak naj dalej od domu. Dzięki wsparciu przyjaciół i pomocy psychologa przerwała błędne koło. Ma wspaniałego męża i udane dzieci. Żyje pełnią życia. Matce postawiła ultimatum, albo przestanie bombardować ją negatywną energia powtarzając w kółko „bo my jesteśmy przeklęte”, albo nie będzie utrzymywała z nią kontaktu. Poskutkowało.

Wielu z Państwa ciekawi temat klątw „na zmówienie” tudzież ich konsekwencje. Napisze o tym w następnym wątku.

 

Wybór Klary

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wyobraźmy sobie starą kamienicę, wybudowana grubo przed Pierwszą Wojną Światową. Piękna fasada, pieczołowicie odrestaurowane detale. Z pozoru nie różni się niczym od innych tego typu budynków. Jedynie dodatkowy mieszkaniec, o którego istnieniu przekonani są lokatorzy, zwłaszcza ci starszej daty, czyni to miejsce szczególnym. Mówi się, że choćby na całej ulicy nie poruszyła się jedna gałązka to Klara, bo tak ma na imię bohaterka dzisiejszej historii, robi przeciąg i trzaska okiennicami z całej siły, jakby chciała dać upust swojej złości. Dodam, że okna do dnia dzisiejszego pozostały drewniane, ponieważ na plastikowe nie zgodził się konserwator zabytków. „Klara od Żydów „ ma pole do popisu.

Rodzice Klary zajmowali małe mieszkanie na parterze. Nie było dla nikogo tajemnicą, że dla tych dwojga ludzi strzałka przekonań politycznych coraz bardziej przesuwa się w lewą stronę. Obydwoje bardzo starannie wykształceni, pochodzący z tak zwanych dobrych domów, dali uwieść się ideologii równości i sprawiedliwości społecznej. Ojciec Klary był kilkakrotnie aresztowany, a nawet musiał się ukrywać, jako, że odrodzona Rzeczpospolita nie darzyła sentymentem swoich czerwonych dzieci. Zaangażowanie rodziców w tematy polityczne było głównym powodem, dla którego Klara pozostała jedynaczką. Sprawa – przede wszystkim!

Wybuch Drugiej Wojny Światowej zastał ojca Klary w Rosji. Matka zaraz po wejściu wojsk niemieckich zachorowała i zmarła. Klara pracowała, jako pielęgniarka w szpitalu, dzięki czemu miała stosowną przepustkę i mogła poruszać się nawet po godzinie policyjnej. Pewnie właśnie nocą przyprowadziła do domu dwójkę ludzi w potrzebie, lub jak mówią inni sprowadziła to całe nieszczęście.

Nie wiadomo czy ktoś doniósł na Gestapo, czy może „pozyskano” zeznania w wiadomy sposób. Późnym popołudniem pewnego lipcowego dnia pod kamienicę zajechało kilka samochodów. Obstawiono cały budynek. Gestapowcy bezbłędnie trafili do mieszkania Klary skąd wyciągnęli dwóch przerażonych Żydów. Niestety nie był to koniec dramatu. Siepacze wchodzili po kolei do mieszkań zabierając wszystkich obecnych. Istna rzeź niewiniątek.

Uratowało się tylko kilku mieszkańców, których z różnych powodów nie było w domu. W gronie ocalonych były dwie kobiety Klara oraz Teresa, obie kluczowe dla tej historii. Klara ostrzeżona w porę nie wróciła do domu. Później okazało się, że do zakończenia działań wojennych przebywała w oddziale partyzanckim Armii Ludowej. Teresa wróciła, usiłowała na wiele sposobów szukać swojej matki i ośmioletniego synka. Oczywiście nie przebywała w mieszkaniu, które z resztą szybko Niemcy zasiedlili folksdojczami. Niestety, kiedy jeden z aresztowanych sąsiadów wrócił z obozu, wszelkie jej wątpliwości, co do losu najbliższych zostały rozwiane. Teresa mieszkała u ciotki, którą się opiekowała. Często jednak przychodziła pod dom, stawała po przeciwnej stronie ulicy i patrząc w okna dawnego mieszkania płakała. Wreszcie przypadkiem dotarła do niej wiadomość, że na stare śmieci wróciła również Klara.  Jako pupilek nowego systemu, zajęła duże mieszkanie na czwartym piętrze. Lokatorzy wiedzieli o niej sporo, wielu potępiało za ukrywanie Żydów i narażenie w ten sposób tylu niewinnych ludzi na śmierć bądź piekło kacetu. Jednak Klara świetnie radziła sobie w nowej rzeczywistości. Podobno pracowała w Urzędzie Bezpieczeństwa, była widywana w towarzystwie rosyjskich żołnierzy. Sąsiedzi jej nie szanowali, ale jednocześnie bali się jej sprzymierzeńców. Każdy grzecznie mówił dzień dobry.

Teresa długo biła się z myślami, nie miała, bowiem mściwej natury. Chciała tylko powiedzieć Klarze, co o niej myśli i zapytać czy przynajmniej ma wyrzuty sumienia? Czy wie, że zniszczyła jej życie?

Czekała pod drzwiami. Tego dnia Klara wróciła sama. Kiedy zobaczyła Teresę, poznała ją od razu. Bardzo szybko między kobietami doszło do ostrej wymiany zdań. Mimo, że rozmowa przekształciła się w awanturę nikt z sąsiadów nie otworzył drzwi. Nagle rozległ się  głośny krzyk i brzęk tłuczonego szkła. W trakcie szamotaniny Klara wypadła przez okno. Zginęła na miejscu.

Po różnych perypetiach sądowych Teresa została uznana za niepoczytalną i spędziła resztę życia w szpitalu psychiatrycznym.

Dla jednych zapewne czyn Klary, którego konsekwencje dotknęły wiele osób będzie zbrodnią, dla innych aktem heroizmu. Powstaje pytanie czy winni są ci, którzy zabijali, a Klara miała prawo tak postąpić?

Jedno jest pewne. Mamy wielkie szczęście, że nie żyjemy w takich czasach i nie musimy podejmować podobnych wyborów.