Klątwy i uroki cz.2

Tematyka klątw i uroków rzucanych” na zmówienie” to niestety aktualny i można powiedzieć ponadczasowy temat. Zawsze znajdą się ludzie, którzy dla pieniędzy zrobią wszystko. Nie wiem czy są oni do końca świadomi konsekwencji swoich czynów. Oczywiście nie mam na myśli zła wyrządzanego tu i teraz. Skalę następstw podjętych działań mierzą przecież (jakkolwiek to brzmi) zadowoleniem klientów. Chodzi mi o ich własny rozwój duchowy, a właściwie o zapaść jaka następuje w wyniku zła, które świadomie kreują i kierują wprost w bliźniego swego. Pozostawmy to jednak ich własnym wyborom.

Technicznie rzecz biorąc usługowe rzucanie klątw jest jak najbardziej wykonalne. Jeśli osoba rozumie czym jest myśl i związany z nią potencjał, może używać technik pracy z energiami w dowolnym celu. Czy jest to sztuka magiczna ? Tak. Nie ma czarnej i białej magii. Jest magia. We Wszechświecie wszystko po prostu jest. Ołówkiem można wykonać przepiękny rysunek, ale komandosi uczeni są nim zabijać. Arszenik może być zarówno lekarstwem jak i trucizną. Bez Słońca nie byłoby możliwe życie na Ziemi , ale to samo Słońce może zniszczyć naszą planetę. Wszystko po prostu jest. Intencja z jaką sięgamy po ołówek decyduje o tym jaka energia przeważy w danej chwili.

Odpowiednio wzmocniona i ukierunkowana intencja (w tym wypadku negatywna) zrobi swoje. Osoba, która klątwę rzuca po prostu z małego pocisku tworzy ładunek dużego kalibru. Jednak tak jak w przypadku broni palnej większy ładunek wymaga większego nakładu środków. Innymi słowy tę dodaną energię trzeba pozyskać. Istnieje kilka możliwości. Osoba przeprowadzająca rytuał czerpie ją z własnych zasobów w co wątpię. Pobiera z kompletnie nie świadomego klienta, który naiwnie myśli, że płaci za wykonaną usługę tylko pieniędzmi. Względnie pobiera energię z przyrody na przykład unicestwiając zwierzę.

Bardzo lubię łacińską sentencję „Verba docent, exempla trahunt” -Słowa uczą, przykłady pociągają. Nie ma to jak klasyka. Lapidarnie , mądrze i prawdziwie. Posłużę się historią autentyczną, która oddaje istotę sprawy.

Bohdan swoje imię otrzymał nieprzypadkowo. Urodził się w małżeństwie polsko- ukraińskim (to imię popularne od zawsze w obu kulturach) w dodatku jako wymodlony (od Boga dany) potomek. Zawsze był dzieckiem niezwykłym. Rosły i silny, ale zamknięty w sobie, małomówny odludek. Chłopiec bardzo szybko zauważył, że jego kontakty z przyrodą, zwłaszcza ze zwierzętami różnią się od relacji innych osób. Bohdan panował nad nimi i w niezrozumiały dla siebie sposób narzucał im swoja wolę. W miarę jak dorastał jego umiejętności ewaluowały wraz z nim. Metodą prób i błędów doszedł do wniosku, że to samo można robić z ludźmi. Wszystko było dobrze dopóki nie wpadał w gniew, wtedy nie panował nad swoimi myślami i talentami. Przez wiele lat nikt nie kojarzył pewnych zdawałoby się oczywistych faktów. Kiedy kolega pokłócił się z Bohdanem następnego dnia został pogryziony przez własnego psa. Surowy nauczyciel stracił palec podczas prac gospodarskich na własnym podwórku. Stało się to w dziwnych okolicznościach, których poszkodowany nie potrafił racjonalnie wyjaśnić.

Bohdan podczas wojny, stał się legendą swojego oddziału partyzanckiego. Zaczęło się od tego, ze razem z kolegą uciekli konwojującym ich Niemcom. Ukryli się w lesie. Niemcy puścili w pościg psy tropiące. Kiedy zwierzęta znalazły się w zasięgu wzroku Bohdana zatrzymały się, a po chwili uciekły z piskiem. Bohdan tłumaczył koledze, że na wsi ludzie nie takie sztuczki potrafią robić. Tamten chyba nie do końca uwierzył. Bohdan potrafił wydostać się z każdej obławy, szybko zyskał opinię największego „kozaka” w oddziale. Jego zdolności objawiły się po raz kolejny w obecności innego partyzanta i to w sposób niezwykle spektakularny. Otóż znaleźli się w gospodarstwie tegoż kolegi i traf chciał, że zastał ich tam niemiecki patrol. Dzień był niezwykle upalny i mężczyźni myli się akurat przy studni, kiedy na podwórze weszło dwóch Niemców. Jedni i drudzy byli chyba jednakowo zaskoczeni. Niemcy wycelowali w ich stronę broń nerwowo przy tym pokrzykując. Kolega Bohdana zaczął robić w myślach rachunek sumienia, zdawał sobie bowiem sprawę, że nie dobiegnie do swojej broni wystarczająco szybko. Bohdan nie przejmując się niczym szedł w stronę żołnierzy , miał uniesione ręce, przy czym wykonywał dłońmi dziwne ruchy. W pewnej chwili obaj żołnierze chcieli użyć broni, jednak ewidentnie ich automaty zablokowały się . Bohdan błyskawicznie rzucił się na jednego z Niemców, a kolega wyciągnął nóż z cholewki buta i trafił nim celnie w drugiego. Wieczorem zakopali ciała w lesie. Jakby to ująć, legenda nabrała rumieńców. Kiedy nastała władza ludowa, nagrodzono jego dokonania, jako że walczył w szeregach jedynie słusznej partyzantki. Pełnił różne funkcje. Dorobił się sporego majątku. W wyniku konfliktu z przełożonym Bohdan stracił wiele przywilejów, a i niejeden kolega odwrócił się od niego. Wtedy objawiła się światu jego mroczna strona. Używał swoich talentów bez skrępowania i bez ograniczeń. Przy okazji wdał się też w nielegalne interesy. Niektóre opowieści o jego wyczynach budzą grozę. Według relacji jego sąsiadów sprowadził chorobę nawet na dziecko. Wziął w ten sposób odwet na milicjancie, który prowadził sprawę kradzieży olbrzymich ilości drzewa z okolicznych lasów. Milicjant był bardzo ambitny i wpadł na właściwy trop . Bohdan publicznie zagroził, że jeśli ten od sprawy nie odstąpi to on sprowadzi na jego dom chorobę. Śledztwo trwało mimo gróźb do momentu, kiedy córka milicjanta zachorowała. Dziewczynką zajęli się najlepsi lekarze, żaden jej nie pomógł, mało tego lekarze nie potrafili jednoznacznie zdiagnozować samej choroby. Wtedy ojciec dziewczynki się poddał. Sprawa ucichła, a miesiąc później dziecko było w pełni sił. Sąsiedzi unikali Bohdana czemu trudno się dziwić.

Wiadomo, że wszystko ma swoją cenę. Bohdan otrzymał swój rachunek pod koniec długiego życia. Zmarła mu żona, a następnie zdiagnozowano u niego raka kości. Umierał długo i boleśnie. Jego syn zapewnił mu doskonałą opiekę, również pielęgniarską. Niestety w ostatnim stadium nawet morfina nie przynosiła już ulgi. Sąsiedzi modlili się za niego mimo wyrządzonych krzywd. Widocznie byli to ludzie rozumiejący wyższość misterium śmierci nad błędami popełnionymi za życia.

Czasami zdarza się, że otrzymujemy niezwykłe zdolności. Jeśli używamy ich w obronie własnej czy w innym celu, ale bez szkody dla kogokolwiek, jest to piękny dar. Niestety pycha ludzka powoduje, że łatwo przekraczamy dopuszczalne granice. Warto też pamiętać, że wszystko w życiu jest oddawane.

Tekst ten dedykuję wszystkim, którzy jeszcze nie popełnili brzemiennego w skutki błędu jakim jest „zamawianie uroków”.

Klątwy pokoleniowe

Jest ot temat, który bardzo często przewija się w korespondencji jaką od Państwa otrzymuję. Pozwolę sobie wyrazić swój pogląd na tę sprawę w dzisiejszym wpisie.

Podstawowe pytania to: czym właściwie jest klątwa ? Czy każdy może ją rzucić? Czy są osoby odporne na klątwę ? Czy klątwa może działać na całe pokolenia?

Nasze myśli to czysta energia. Jeśli dodatkowo myśl zasilimy emocjami tworzy się ładunek energetyczny o olbrzymim potencjale i wielkiej mocy sprawczej. Nie trzeba wykonywać żadnych nadzwyczajnych rytuałów, wystarczy krótki komunikat „A żebyś zdechł” i słowo może stać się ciałem. Kiedy przepełnia nas głębokie poczucie krzywdy, a calem życia staje się chęć zemsty, całymi miesiącami lub latami, karmimy klątwę i spalając własną energię życiową podsycamy jej działanie. Taka „energetyczna strzała” wbija się w ciało subtelne danej osoby i osłabia ją. Chyba najbardziej obrazowym będzie porównanie do wirusa, który wyniszcza najpierw psychikę, a później ciało fizyczne. Ktoś dotknięty klątwą prędzej czy później popada w depresję. Obniżone samopoczucie prowadzi do spowolnienia procesów myślowych, a to wprost do podejmowania złych, niekorzystnych decyzji i tak spirala zniszczenia nakręca się. Wyczerpanie naszej energetyki natychmiast przekłada się na zdrowie. Człowiek chory ma mniej sił do pracy, zaczynają się problemy finansowe. Jesteśmy w matni bez wyjścia.

Ten czarny scenariusz aby się wypełnić potrzebuje oprócz osoby rzucającej klątwę, podatnego gruntu dla niej. Często na taki właśnie grunt trafia. Ostatecznie aby wyrządzać szkodę, działać podle, czerpać radość z krzywdzenia innych, nie trzeba szczególnych przymiotów umysłu czy ducha. Ktoś mądry powiedział ”to, co jest twoją siłą jest też słabością”. Jeśli siłą jest zło to i odporność na działanie zła jest niska. Moim zdaniem osoby o mocnym kręgosłupie moralnym, wysokim poczuciu własnej wartości i prawego serca przekląć się nie da. Inna sprawa, ze tacy ludzie budują swój świat bez szkody dla kogokolwiek i czegokolwiek. Przez swoją pozytywną postawę nie generują sytuacji, które mogą obrócić się przeciwko nim.

Odrębną sprawą są tak zwane klątwy pokoleniowe. O ile w świecie polityki, władzy i pieniądza łatwo wytłumaczyć działanie „klątw”, które w gruncie rzeczy stanowią swego rodzaju zasłonę dymną do rozgrywania porachunków między stronnictwami, klanami i koteriami, o tyle uzasadnienie działania klątwy pokoleniowej w świecie” zwykłych ludzi” wydaje się trudne. Jaki mechanizm jest potrzebny aby owa klątwa przenosiła się przez pokolenia z prababki na kolejne kobiety w rodzinie? Przecież teoretycznie wraz ze śmiercią osoby przeklętej i przeklinającej ta energia i relacja między nimi powinna wygasać. W mojej ocenie tak właśnie jest. Nie można przekląć ludzi, którzy jeszcze się nie narodzili, można za to zaprogramować tym nowonarodzonym takie kody etyczne i wzorce zachowań, które w prosty sposób wprowadzą ich w życie jako swoiste „kalki” przodków. Będą popełniać te same błędy, prowokować te same sytuacje i zbierać dokładnie identyczne owoce jak ich genetyczni poprzednicy. Nie rozumiejąc mechanizmu zdarzeń będą szukać przyczyny „po magicznej stronie życia” ponieważ tak jest prościej. Łatwiej bowiem oskarżać o swoje niepowodzenia jakieś bezosobowe fatum niż własna matkę czy babkę. Oto przykład:

Bohaterka tej historii ma na imię Anna. Prababka Anny wbrew konwenansom i ku zgorszeniu bliskich rozbiła małżeństwo pewnego pana, a następnie (po przeprowadzonym rozwodzie) konwertowała wraz z nim na Ewangelicyzm, co umożliwiało (w świetle obowiązującego podówczas prawa) legalny ślub kościelny. Krótko po tym ślubie w sklepie , który prababka prowadziła wraz z nowo poślubionym wybrankiem pojawiła się porzucona żona. Oprócz wyzwisk rzuciła również klątwę ”depczę twoje szczęście jak ty zdeptałaś moje, żadna kobieta z twojego rodu nie będzie szczęśliwa”. Rok później prababka urodziła Helenę (babkę Anny). Niedługo po porodzie owdowiała. Wyszła za mąż ponownie za urzędnika, który traktował ją podle i którego długi karciane regulowała do samej śmierci. Codziennie tłumaczyła Helenie, że życie jest ciężkie, a wszystko przez mężczyzn. Helena była kochliwa, ale jako panna z małym posagiem nie otrzymywała poważnych propozycji matrymonialnych. Matka wyswatała Helenę z wdowcem , który okazał się chamem i skończonym skąpiradłem. Kiedy przeszedł na łono Abrahama, romantyczna natura Heleny pchnęła ją w ramiona pięknego lekkoducha. Owszem spłodzili Zofię (matkę Anny), ale związek z czasem przysparzał Helenie wiele zgryzot, a majątek odziedziczony po pierwszym mężu topniał w zastraszającym tempie. Wybuchła II Wojna Światowa i lekkoduch oddał życie za ojczyznę, co Helena zniosła bez żalu. Po wojnie jeszcze kilku panów ubiegało się o względy tej atrakcyjnej kobiety, ale żadnego nie chciała. Helena wychowała Zofię w przekonaniu, że „facet to świnia”, „a jak mu syna nie urodzisz to jesteś nic nie warta, „wszyscy mężczyźni to kłamcy” i tak dalej. Zofia skończyła medycynę, jak wszystkie kobiety w tej rodzinie była wyjątkowo atrakcyjna. Adoratorów nie brakowało. Poznała kolegę po fachu i tak na świat przyszła Anna. Matka przyjęła jej narodziny chłodno, wszak to w męskim potomku upatrywała gwaranta sukcesu. Helena wymagała coraz większej opieki. Zofia z oddaniem jeździła do matki, która świadomie bądź nie, robiła krecią robotę. Anna doskonale pamięta, że po każdej wizycie u babci matka wracała podminowana i wszczynała awantury. Ojciec w końcu nie wytrzymał bezpodstawnych oskarżeń i ciągłych wybuchów złości. Wyprowadził się i choć czynił starania sąd nie przyznał mu opieki nad córką. Zofia wraz z Anną przeprowadziły się do Heleny. Anna dusiła się w tym domu. Jej instynkt samozachowawczy zadziałał na czas i wyrwała się wybierając uczelnię jak naj dalej od domu. Dzięki wsparciu przyjaciół i pomocy psychologa przerwała błędne koło. Ma wspaniałego męża i udane dzieci. Żyje pełnią życia. Matce postawiła ultimatum, albo przestanie bombardować ją negatywną energia powtarzając w kółko „bo my jesteśmy przeklęte”, albo nie będzie utrzymywała z nią kontaktu. Poskutkowało.

Wielu z Państwa ciekawi temat klątw „na zmówienie” tudzież ich konsekwencje. Napisze o tym w następnym wątku.