Tajemnicze wydarzenia na starym cmentarzu

 

 

Historia dzisiejsza to opowieść o ludzkiej solidarności w okresie wielkiej opresji oraz o tym, że jeśli pomoc jest potrzebna może nadejść z najmniej oczekiwanej strony. Główni bohaterowie to podówczas nastoletni Tomasz i jego kuzyn Andrzej. Chłopcy, rokrocznie podczas wakacji wyjeżdżali do swoich dziadków mieszkających w okolicach Łodzi. Przez miesiąc mieli zapewnioną opiekę i dużo ciekawych zajęć.

Pewnego razu babcia zawołała ich do domu i oznajmiła: dzisiaj macie luksusowy podwieczorek. Stasia, dostała paczkę!  Dała mi puszkę ananasów i czekoladę, a tu popatrzcie jeszcze taki piękny sweterek, też dla mnie. Prawdziwy kaszmir! Chłopcy szybko zabrali się do pałaszowania wiktuałów. Wypytywali od kogo pani Stasia otrzymuje paczki. Bardzo chcieli znać odpowiedź. Wreszcie babcia usiadła i opowiedziała im pewną historię.

Stasia i jej mąż Jan korzystali z pomocy lekarza, który uratował ich najstarszego syna. Uratował mimo, że inni nie dawali żadnej nadziei. Lekarz ten był Żydem. Kiedy zaczęła się straszna wojenna zawierucha, ukryli tego lekarza razem z jego córką i żoną u siebie. Najpierw na strychu, a później w skrytce warsztatowej. Jan był stolarzem znanym w okolicy z solidności i wszyscy go szanowali. W czasie wojny robił głównie trumny, a później  zajmował się dodatkowo pochówkiem zmarłych. Dbał też o teren cmentarza ewangelickiego, na prośbę pastora oczywiście. Babcia dodała, że razem z dziadkiem domyślali się całej sytuacji, ale nie dopytywali przyjaciół o szczegóły. Byliśmy czujni bardziej niż zwykle i przykładaliśmy ucho gdzie się dało, żeby w razie, czego ostrzec Stasię! Z Łodzi przyjeżdżali krewni i znajomi, żeby uzupełnić zapasy. Relacjonowali Janowi różne straszne rzeczy; mówili również o tym, co  dzieje się w łódzkim getcie i jak okrutnie karana jest przez Niemców jakakolwiek pomoc udzielana żydom. Goście nie mieli świadomości, że doktor to wszystko słyszał. Dopiero po wojnie Stasia przyznała, że doktor poprosił o rozmowę i kategorycznie oznajmił, że nie chce być przyczyną zguby dla rodziny Jana. Padły straszne słowa: mamy arszenik, wolimy to niż wpaść w ręce Niemców i być przyczyną waszej śmierci. Jan stanowczo protestował, jako człowiek głęboko wierzący  nie wyobrażał sobie takiego rozwiązania. Obiecał, że znajdzie dla doktora i jego bliskich inną kryjówkę. Z natury był człowiekiem czynu, szybko wpadł na pewien pomysł i zrealizował go.

Na cmentarzu znajdował się grobowiec niemieckiej rodziny F. Byli to bogaci fabrykanci, których nestor uznał, że nawet po śmierci członkom rodu należy się godna kwatera. Jan razem z synem mogli kręcić się po cmentarzu o dowolnej porze, wszak utrzymanie porządku należało do ich obowiązków. Dostali się do wnętrza grobowca. Szczegółowo zbadali go w środku. Uporządkowali kości zmarłych, część starych trumien spalili i w ten sposób uzyskali spore pomieszczenie. Jedno niewielkie okno szczelnie zasłonili czarnym papierem, dzięki czemu z zewnątrz nie było widać, na przykład, zapalonej świecy. Odkryli też, że grobowiec został podpiwniczony, a po wybiciu otworu w jednej ze ścian otwierało się przejście do sąsiedniego grobowca. Kryjówka wydawał się idealna. Rodzinę przetransportowano w trumnach. Choć brzmi to makabrycznie, bezpiecznie dotarli do nowego azylu. Niestety tym, co działo się na cmentarzu zainteresował się miejscowy folksdojcz. Człowiek niezwykle łasy na pieniądze. Dla nagrody sprzedałby własną matkę, a co dopiero trójkę Żydów. Zakradł się w nocy na cmentarz, aby upewnić się, co do swoich podejrzeń. Tu spotkała go przykra niespodzianka. Jego sąsiad opowiadał później, że ów człowiek wbiegł na własne podwórko wrzeszcząc ze strachu. Jak w amoku powtarzał, że duch fabrykant F., goni go i zapowiada rychłą jego śmierć. Podobno folksdojcz z wrażenia zmoczył spodnie. Ponieważ już wcześniej krążyły opowieści o duchu F., który pilnuje ukrytego w grobowcu skarbu, nikogo wizja folksdojcza nie zdziwiła. Nikt mu też nie współczuł.

W tych trudnych warunkach doktor z rodziną przeżyli kilka miesięcy. Zaraz po wkroczeniu rosyjskich wojsk, Jan zabrał ich do siebie. Na wszelki wypadek nadal byli ukryci na strychu. Później wyjechali obiecując, że będą zawsze pamiętać, komu zawdzięczają ratunek. Od lat mieszkają w Stanach i przysyłają paczki, a nawet zapraszają do siebie.

Tomasz i Andrzej z zapartym tchem wysłuchali babcinej opowieści. Jako wielbiciele książek o Panu Samochodziku, marzyli o przygodach z duchami i zaginionym skarbem. Postanowili zbadać sprawę osobiście. Zaopatrzyli się w latarki i poszli na cmentarz. Zamek w drzwiach sforsowali bez problemu. Zbadali wnętrze grobowca. Przeszukali podłogę dosłownie centymetr po centymetrze, ale wejścia do pomieszczenia położonego niżej nie zlokalizowali. Za to w najciemniejszym kącie Tomasz znalazł złotą obrączkę. Nie trudno sobie wyobrazić jak ta biżuteria rozpaliła wyobraźnię chłopców. Postanowili wrócić niebawem i jeszcze raz przyjrzeć się podłodze. Jak pomyśleli tak zrobili. Tym razem odsuwali wszystkie przedmioty i sprawdzali, co się pod nimi znajduje. Upór się opłacił i znaleźli wejście do piwnicy. W środku niczego nowego nie odkryli. Potwierdzili jedynie fakt, że w ten sposób można przejść do sąsiedniego grobowca. Nagle usłyszeli hałas na górze. Czym prędzej opuścili piwnice. Ze zdumieniem zauważyli, że zrobiło się ciemno. Wiedzieli, że mają problem. Dziadkowie pozwalali im na wiele, ale w jednej sprawie byli nieprzejednani: chłopcy maja być w domu przed zmrokiem. Postanowili wracać i z godnością przyjąć burę, która ich nie ominie.

Kiedy pakowali swoje drobiazgi do plecaka, zerwał się wiatr. Silny powiew powietrza raz zamykał drzwi z hukiem, a raz je otwierał. Ciarki zaczęły chodzić im po plecach, wybiegli na zewnątrz. Przed grobowcem stał staroświecko ubrany mężczyzna. Pogroził im palcem i powiedział kilka słów po niemiecku. Chłopcy przerazili się na dobre,  zaczęli biec ile sił w nogach. Po opuszczeniu terenu cmentarza wsiedli na ukryte w krzakach rowery. W domu przyznali się do wszystkiego. Dziadkowie nie byli zachwyceni.

Dzisiaj Pan Tomasz wspomina to zajście spokojnie, choć nigdy więcej nie odważył się na podobną „przygodę”. Jest pewien, że to, co widział było realne. Za to jego kuzyn mieszkający obecnie w Irlandii należy do grupy eksplorującej przeróżne miejsca, z którymi wiążą się legendy. Nigdy nie ma dosyć adrenaliny.

Wniosek z tej historii jest taki, że duch fabrykanta udzielił schronienia potrzebującym i ewidentnie rozróżniał intencje ludzi, którzy naruszyli ważną dla niego przestrzeń. Niech zatem odpoczywa w pokoju!

Sprawa Estery – kirkut w Lesku

Jak wspomniałam w poprzednim wpisie mój niestrudzony towarzysz, czyli Tadeusz zorganizował mi czas również na wakacjach. Przed samym wyjazdem dowiedziałam się tylko, że jest sprawa do załatwienia na kirkucie w Lesku. Już pierwszej nocy po przyjeździe nad Solinę Tadeusz przyprowadził Esterę. Zapytał czy chcę z nią rozmawiać. Oczywiście, że chciałam. Nie sposób odmówić tak uroczej osobie jak ta dziewczyna. Prześliczna, przy tym bardzo skromna. Gdybym miała użyć tylko dwóch sów, aby scharakteryzować jej fizjonomię powiedziałabym: łagodna i smutna.

Wielką trudność dla mnie stanowi opisanie tego, co odwiedzający mają mi do przekazania. To wszystko dzieje się bardzo szybko. Jakbym oglądała film z ich życia w niesamowitym przyśpieszeniu. Obraz zatrzymuje się tylko w najistotniejszych momentach. W historii Estery nie detale są najważniejsze, choć było ich wiele, ale powód, dla którego pokutniczo tułała się od wielu lat. Kiedy do Leska weszli Niemcy, wyjechała z miasta w towarzystwie Polki, która chciała ratować ją za wszelką cenę. Estera miała fałszywe dokumenty, a jej aryjski wygląd ułatwił sprawę. Od razu wyjaśniam, że kobietą nie kierowała chęć zysku, a zgoła inne powody. Obie podróżniczki szczęśliwie dotarły do celu, którym była pewna parafia – proboszcz (o ile dobrze zrozumiałam) był spokrewniony z opiekunką Estery. Niestety wydarzyła się tragedia, kobieta zginęła podczas strzelaniny na jakiejś stacji kolejowej. Ksiądz przez zaufanego człowieka usiłował zapewnić dziewczynce bezpieczne schronienie. I tak przewożono ją z miejsca na miejsce. Większość ludzi zaangażowanych w jej ratowanie zginęła. Estera była świadkiem śmierci ostatniej ze swoich opiekunek.

„Powinnam była zostać z rodzicami. Podzielić ich los w święto Jom Kipur. Wiesz oni wszyscy wtedy zginęli. Moi rodzice, dalsi krewni, najlepsza przyjaciółka. To było moje przeznaczenie. Ofiara Izraela. Pamiętam pożegnanie z mamusią, powiedziała, że tak trzeba, że jak się skończy ten straszny czas to ona mnie znajdzie. Przeżyła moich krewnych zaledwie dwa i pół roku. Za moje życie zapłaciło wielu ludzi, cenę najwyższą. Nie mogę o tym myśleć spokojnie. Tadeusz mówi, że czas iść dalej. „

Zapytałam, co mogę dla niej zrobić.

„Idź do synagogi opisanej, jako dom boży. Zmów modlitwę. Idź na kirkut, pokaże ci gdzie, połóż kamień w moim imieniu”.

Przez moment zobaczyłam obraz kirkutu. Zapamiętałam kilka charakterystycznych szczegółów. Jednak, co do modlitwy pojawiła się pewna niezręczność. Ja nie znam żadnej modlitwy  judaistycznej. Estera wypowiedziała pewien tekst, pozostaje mi mieć nadzieję, że niczego nie poprzekręcałam. Po przebudzeniu nie miałam pod ręką nic do pisania, a zatem musiałam liczyć tylko i wyłącznie na swoją pamięć.

„Boże Abrahama, Izaaka, Jakuba. Dusza, którą mi dałeś była czysta. Ty ją zachowasz. Ty ją odbierzesz. Boże moich przodków ulituj się. Haszem Panie wszystkich dusz.. Skoro nadeszła pora Ty ją zachowaj. Ty ją odbierz.”

Pierwsza część zadania była stosunkowo prosta . Na budynku synagogi widnieje wszak hebrajski napis, który przetłumaczono na język polski „ O, jakimże lękiem napawa to miejsce! Nic tu innego, tylko dom Boży”. W środku znajduje się galeria sztuki. Los mi sprzyjał, nie było żadnych turystów. Odmówiłam modlitwę zgodnie z prośbą trzykrotnie. Gorsza sprawa z kirkutem. Na miejscu okazało się , że jest bardzo rozległy i przy moim braku orientacji w terenie odnalezienie wskazanego grobu mogło okazać się niemożliwe. Zebrałam myśli skupiając się na charakterystycznych elementach. Wreszcie udało się znalazłam to miejsce. Aby dojść do grobu, na którym tak bardzo zależało Esterze, musiałam nieźle się ubłocić i poparzyć pokrzywami, ale było warto.Kamyk spoczął na grobie jej przodków.

 

Żałoba i rytuały pogrzebowe

Dzisiejszy wpis stanowi odpowiedź na pytanie, które zadane zostało w jednym z komentarzy i które powtarza się w korespondencji prywatnej. Absolutnie nie czuję się autorytetem, znającym jedynie słuszne odpowiedzi. Jednak mam własny, wyrobiony przez lata pogląd na zadane tematy i pozwolę sobie podzielić się nim z Państwem.

Pytanie cytuję: „ W różnych kulturach przedstawia się różne rytuały pochówku ciała. Czy sposób pochówku ma wpływ na przejście w stan bezcielesny?

Rytuały chrześcijańskie są powszechnie znane. Proponuje od tak chociażby dla poszerzenia horyzontów przyjrzyjmy się rytuałom pogrzebowym obowiązującym w kanonie judaistycznym. Najkrócej rzecz ujmując po śmierci osoby bliskiej domownicy zasłaniają wszystkie lustra, jakie znajdują się w domu. Zgodnie z tradycją pogrzeb powinien odbyć się dobę od zgonu. Ciało zmarłego jest obmywane, zawijane w biały całun, a na oczy kładzie się skorupy z rozbitego naczynia. Razem ze zmarłym chowa się wszystkie jego opatrunki, protezy i wszelkie inne tkaniny, na których znajduje się jego krew. W Izraelu do dnia dzisiejszego zbiera się z ulicy krew na przykład ofiary wypadku. Chodzi o swoiste zachowanie integralności ciała. Po tych zabiegach zwłoki zmarłego wkłada się do trumny i przenosi z domu pogrzebowego na cmentarz, czyli kirkut. Sama uroczystość pogrzebowa jest dość krótka. Zwykle syn lub bliski krewny odmawia kaddisz. Następuje okres siedmiodniowej żałoby – sziwa, rozumianej bardzo restrykcyjnie, a po niej okres trzydziestodniowej żałoby, – szloszim, również przebieg tego etapu jest ściśle określony. Dobre dusze udają się na łono Abrahama, a złe zapełniają Szeol, czyli piekło.

Rytuał wieloelementowy i kultywowany od tysięcy lat, co bez dwóch zdań jeszcze bardziej podnosi jego rangę w oczach wyznawców. Ciało pojmowane, jako święte naczynie dla duszy pochowane zgodnie z obyczajem. Zacne to i ważne patrząc chociażby przez pryzmat szeroko pojętego humanizmu, jeśli już nie religii. Miarą naszego postępu, rozwoju i człowieczeństwa jest rozumienie doniosłości śmierci. Wydaje mi się, że bestialstwo i brak szacunku obciąża i to w poważny sposób sumienia żyjących. Czy tradycje te mają znaczenie dla duszy zmarłego?

Odpowiem pytaniem na pytanie. Czy  kadisz lub modlitwa Wieczny odpoczynek odmawiane przez więźniów na widok dymu z komina w NIEMIECKIM obozie koncentracyjnym, to za mało by czysta ludzka dusza podążyła ku swemu przeznaczeniu??? Czy ofiary reżimów grzebane w bezimiennych grobach, mają pozostać zakładnikami nieodprawionych obrzędów?? Byłoby to dla mnie zaiste pozbawione sensu i nadawało wszelkim ceremoniom rangę czarnej magii, a nie czystej i szlachetnej intencji.

Nawet zwierzęta kultywują swoiste rytuały pogrzebowe, co zostało udowodnione podczas wieloletnich obserwacji stad słoni czy małp. Dlatego uważam, że opłakiwanie zmarłych jest instynktowne. Natura wyposażyła nas w specyficzny wentyl bezpieczeństwa wobec emocji tej rangi. Nie ma znaczenia, w co i jak głęboko wierzymy, kiedy stajemy przed faktem ostatecznym jesteśmy bezbronni jak dzieci. Żadne doktryny nie są w stanie pohamować naturalnego afektu, żalu, łez. Rytuały są stworzone po pierwsze w celach praktycznych (szybki pochówek w krajach o gorącym klimacie) po drugie, aby w pewnym sensie wspomóc tych, który odchodzą, ale przede wszystkim tych, którzy pozostają. Żałoba to okres rekonwalescencji dla rodziny i bliskich w tym sensie jej rola jest nie do przecenienia.

Dopełnienie swoistego misterium pochówku daje poczucie, że zrobiono wszystko, co trzeba, aby ciało zmarłego zachowało swoją godność.

Osobiście uważam, że w chwili, kiedy ciało umiera dusza opuszcza je, aby wyruszyć na spotkanie ze swoim przeznaczeniem. Jakie są jej dalsze losy to już kwestia wiary każdego z nas. Wiary i nadziei.

W najbliższym czasie postaram się odpowiedzieć na kolejne pytania, najlepiej jak potrafię.

Słowo niemieckim napisałam celowo drukowanymi literami- to taki mój mały protest wobec licznych „przejęzyczeń” pojawiających się w międzynarodowych mediach.

 

 

 

 

Wybór Klary

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wyobraźmy sobie starą kamienicę, wybudowana grubo przed Pierwszą Wojną Światową. Piękna fasada, pieczołowicie odrestaurowane detale. Z pozoru nie różni się niczym od innych tego typu budynków. Jedynie dodatkowy mieszkaniec, o którego istnieniu przekonani są lokatorzy, zwłaszcza ci starszej daty, czyni to miejsce szczególnym. Mówi się, że choćby na całej ulicy nie poruszyła się jedna gałązka to Klara, bo tak ma na imię bohaterka dzisiejszej historii, robi przeciąg i trzaska okiennicami z całej siły, jakby chciała dać upust swojej złości. Dodam, że okna do dnia dzisiejszego pozostały drewniane, ponieważ na plastikowe nie zgodził się konserwator zabytków. „Klara od Żydów „ ma pole do popisu.

Rodzice Klary zajmowali małe mieszkanie na parterze. Nie było dla nikogo tajemnicą, że dla tych dwojga ludzi strzałka przekonań politycznych coraz bardziej przesuwa się w lewą stronę. Obydwoje bardzo starannie wykształceni, pochodzący z tak zwanych dobrych domów, dali uwieść się ideologii równości i sprawiedliwości społecznej. Ojciec Klary był kilkakrotnie aresztowany, a nawet musiał się ukrywać, jako, że odrodzona Rzeczpospolita nie darzyła sentymentem swoich czerwonych dzieci. Zaangażowanie rodziców w tematy polityczne było głównym powodem, dla którego Klara pozostała jedynaczką. Sprawa – przede wszystkim!

Wybuch Drugiej Wojny Światowej zastał ojca Klary w Rosji. Matka zaraz po wejściu wojsk niemieckich zachorowała i zmarła. Klara pracowała, jako pielęgniarka w szpitalu, dzięki czemu miała stosowną przepustkę i mogła poruszać się nawet po godzinie policyjnej. Pewnie właśnie nocą przyprowadziła do domu dwójkę ludzi w potrzebie, lub jak mówią inni sprowadziła to całe nieszczęście.

Nie wiadomo czy ktoś doniósł na Gestapo, czy może „pozyskano” zeznania w wiadomy sposób. Późnym popołudniem pewnego lipcowego dnia pod kamienicę zajechało kilka samochodów. Obstawiono cały budynek. Gestapowcy bezbłędnie trafili do mieszkania Klary skąd wyciągnęli dwóch przerażonych Żydów. Niestety nie był to koniec dramatu. Siepacze wchodzili po kolei do mieszkań zabierając wszystkich obecnych. Istna rzeź niewiniątek.

Uratowało się tylko kilku mieszkańców, których z różnych powodów nie było w domu. W gronie ocalonych były dwie kobiety Klara oraz Teresa, obie kluczowe dla tej historii. Klara ostrzeżona w porę nie wróciła do domu. Później okazało się, że do zakończenia działań wojennych przebywała w oddziale partyzanckim Armii Ludowej. Teresa wróciła, usiłowała na wiele sposobów szukać swojej matki i ośmioletniego synka. Oczywiście nie przebywała w mieszkaniu, które z resztą szybko Niemcy zasiedlili folksdojczami. Niestety, kiedy jeden z aresztowanych sąsiadów wrócił z obozu, wszelkie jej wątpliwości, co do losu najbliższych zostały rozwiane. Teresa mieszkała u ciotki, którą się opiekowała. Często jednak przychodziła pod dom, stawała po przeciwnej stronie ulicy i patrząc w okna dawnego mieszkania płakała. Wreszcie przypadkiem dotarła do niej wiadomość, że na stare śmieci wróciła również Klara.  Jako pupilek nowego systemu, zajęła duże mieszkanie na czwartym piętrze. Lokatorzy wiedzieli o niej sporo, wielu potępiało za ukrywanie Żydów i narażenie w ten sposób tylu niewinnych ludzi na śmierć bądź piekło kacetu. Jednak Klara świetnie radziła sobie w nowej rzeczywistości. Podobno pracowała w Urzędzie Bezpieczeństwa, była widywana w towarzystwie rosyjskich żołnierzy. Sąsiedzi jej nie szanowali, ale jednocześnie bali się jej sprzymierzeńców. Każdy grzecznie mówił dzień dobry.

Teresa długo biła się z myślami, nie miała, bowiem mściwej natury. Chciała tylko powiedzieć Klarze, co o niej myśli i zapytać czy przynajmniej ma wyrzuty sumienia? Czy wie, że zniszczyła jej życie?

Czekała pod drzwiami. Tego dnia Klara wróciła sama. Kiedy zobaczyła Teresę, poznała ją od razu. Bardzo szybko między kobietami doszło do ostrej wymiany zdań. Mimo, że rozmowa przekształciła się w awanturę nikt z sąsiadów nie otworzył drzwi. Nagle rozległ się  głośny krzyk i brzęk tłuczonego szkła. W trakcie szamotaniny Klara wypadła przez okno. Zginęła na miejscu.

Po różnych perypetiach sądowych Teresa została uznana za niepoczytalną i spędziła resztę życia w szpitalu psychiatrycznym.

Dla jednych zapewne czyn Klary, którego konsekwencje dotknęły wiele osób będzie zbrodnią, dla innych aktem heroizmu. Powstaje pytanie czy winni są ci, którzy zabijali, a Klara miała prawo tak postąpić?

Jedno jest pewne. Mamy wielkie szczęście, że nie żyjemy w takich czasach i nie musimy podejmować podobnych wyborów.

Trzeba wysłuchać każdego cz.2

Kontynuuję moją rozmowę z Kurtem. Nie streszczam poprzedniej części, wystarczy cofnąć się do poprzedniego wpisu.

Kurt zarzucił mnie stekiem ideologicznych frazesów na usprawiedliwienie wyższej konieczności i wszystkich czynów z tym związanych. Zamilkł na chwilę, po czym wrócił do tematu bliskich sobie kobiet, to jest matki i siostry. Opowiadał o prezentach, które  im podarował, o radości nastoletniej panienki mierzącej nowe ubrania i matce dumnej z pozycji syna. Dzięki niemu cała rodzina, nie wyłączając ojca, mogła aspirować do awansu społecznego. „Ja byłem ważny, nosiłem mundur i wiele mogłem. Kupiłem im ładny domek i mama miała ogródek, który kochała. Nawet żona lekarza kłaniała jej się pierwsza.” Zapytałam, czemu tak mało mówi o ojcu? Wyraźnie się zmieszał i zaczął tłumaczyć, że ojciec był mrukiem. Odniosłam wrażenie, że jego ojciec nie podzielał entuzjazmu damskiej części rodziny, być może miał wiedzę na temat tego, czym zajmuje się tajna policja, a więc i jego syn. Zapytałam: czy funkcjonariusze byli aż tak dobrze opłacani? Skąd miał fundusze na wystawny styl życia i podarunki dla najbliższych? Riposta była natychmiastowa – radziłem sobie, wojna nie jest dla słabych! Czyli szantażowałeś, zabijałeś i torturowałeś wielu ludzi żeby mama miała ogródek? Nastąpił atak szału, kopanie mebli (rozmawialiśmy w eleganckim gabinecie) i tym podobne ekscesy. Wybudziłam się, mimo wszystko nie uważam żeby moim obowiązkiem był udział w takim przedstawieniu.

Szczerze mówiąc miałam nadzieję, że jego germańska buta weźmie górę i ujmując rzecz kolokwialnie strzeli focha z przytupem, dając mi tym samym spokój. Niestety nastąpił ciąg dalszy z tym, że nie miałam już przed sobą cytuje „rycerza czarnego zakonu” (malownicze określenie prawda?) tylko gościa w rozchełstanym mundurze i podłym nastroju. „Muszę ci coś wyznać, pewna żydowska rodzina zaoferowała mi ogromną kwotę za uwolnienie i nowe dokumenty. Nie patrz tak na mnie to była uczciwa transakcja, mogłem ich przecież rozwalić pod pierwszym lepszym murem! „ Co za pokrętna moralność pan życia i śmierci wywiązał się z umowy, którą szantażem wymusił. Takich wypowiedzi nie da się słuchać na spokojnie, pozostając bezstronnym.” Zapłata była w złocie i brylantach. Ta Żydówka miała takie dziwne oczy i wiesz oni przetrwali wojnę, a ona żyje do dziś. Widuję ją, jest stara, ale te oczy – nie mogę na nią patrzeć. Poszedłem sprzedać część kamieni do jubilera, on skupował towar od wszystkich. Tego wieczoru upiłem się, a kolega zaproponował pójście do wróżki. Nie wiem, co mnie napadło chciałem jej dać jeden z tych pierścionków. Potrzymała go w dłoni i oddała mówiąc, że to złoto jest przeklęte i ściągnie nieszczęście na właściciela. Ona miała rację, ale ja się z tego śmiałem. Dałem złoto mojej mamie. Przegrywaliśmy, chciałem ją zabezpieczyć. Matka podzieliła wszystko na trzy części, ofiarowała jedną swojej siostrze. Ciotkę zabili Rosjanie – znaleźli precjoza i chcieli więcej. Mama i siostra przeżyły, ale chorowały i do póki nie pozbyły się złota, źle im się działo. Oni mają taką klątwę – Mane,Tekel, Fares  – teraz to wiem. Musiałem patrzeć na to wszystko i nie mogłem nic zrobić. Zrozumiałbym zemstę na mnie, ale na moich bliskich? Nienawidzę tej czarownicy!

– Nie sądzę, aby trzymała cię tu nienawiść, masz wygodny pretekst, aby pozostać w zawieszeniu między wymiarami. Ty „teutoński wojowniku” boisz się ponownego spotkania z matką i swoimi bliskimi!

Chyba trafiłam z diagnozą, bo odszedł tym razem bez słowa.

Znalazłam ciekawą interpretacje owego Mane,Tekel,Fares – autor to Cyrus Gordon :

„Będziesz zdziesiątkowany, podzielony, aż do zatracenia.”

 

Trzeba wysłuchać każdego …

Moim Opiekunem, którego bardzo cenię i darze wielkim zaufaniem, jest Tadeusz. Jego historię pozwolę sobie opisać w najbliższym czasie. Jeśli Tadeusz pojawia się, kiedy zasypiam, wiem, że czeka mnie rozmowa z nim lub z kimś, kogo przyprowadził. Zdążyłam się już przyzwyczaić do różnych postaci, ale niedawno przeżyłam wielkie zaskoczenie, kiedy obok mojego Opiekuna zobaczyłam postać Niemca w mundurze Gestapo. Poczułam się w tej sytuacji wyjątkowo niekomfortowo. Tadeusz widząc, że chcę się wybudzić i odejść, powstrzymał mnie słowami „ Nie jesteś tu żeby oceniać”. Zostałam, więc, aby słuchać.

Mój rozmówca ma na imię Kurt, swój ostatni żywot zakończył, jako wysoki rangą funkcjonariusz Gestapo. Zginął podczas ataku francuskiego Resistance na konwój, którym dowodził. Kurt uważa, że poległ śmiercią bohatera. Opowiedział mi historię swojej rodziny. Przedwojenną biedę i dobrobyt za czasów największego przywódcy w historii Niemiec (znanego obecnie, jako kryminalista Adolf H.). Kiedy mówił o swojej matce, a zwłaszcza o młodszej siostrze jego twarz traciła zaciętość, bardzo łagodniał? Bezdyskusyjnie jakaś cząstka jego osobowości zachowała zdolność do uczuć wyższych. Natomiast snując opowieści o wodzu, cały tężał i z przejęciem wygładzał swój nieskazitelny mundur. Podobno miał okazję spotkać wodza osobiście i ten uścisnął mu dłoń, jako człowiekowi w najwyższym stopniu oddanemu sprawie. ( Zakładam, że Kurt mówi prawdę, ponieważ głos mu się łamał ze wzruszenia, na wspomnienie tej wiekopomnej chwili). Zapytałam go o pobyt we Francji. Odparł, że przebywał tam od „samego początku”. Wspominał swoje piękne mieszkanie, smaczne i jedzenie i cudownych Francuzów, z którymi doskonale się współpracowało. Zdziwiłam się – przecież zginąłeś z ich ręki? Kurt odpowiedział, że Resistance to byli głupi bandyci, on pracował z ludźmi mądrymi, którzy w pełni rozumieli potrzebę oczyszczenia społeczeństwa z tej semickiej zarazy. Zaczęłam się denerwować. Zapytałam jak można było zabijać nawet małe dzieci? Odpowiedział, że jestem sentymentalna i nie rozumiem, co to wyższa konieczność. Ma racje nigdy życiu tego ani nie zrozumiem, a tym bardziej nie zaakceptuje.

W tym miejscu przerwę jego opowieść.

Nie dawała mi spokoju ta „owocna współpraca” z Francuzami. Wcześniej niejednokrotnie zastanawiałam się na ile antysemityzm był częścią nazistowskiego planu, a na ile różne grupy społeczne wykorzystały go, aby dać upust własnym uprzedzeniom, fobiom i lękom. Podobne pytanie można formułować w każdym wypadku, gdy do głosu dochodzi skrajny nacjonalizm. Wnioski są niestety niewesołe, dobry pretekst działa jak katalizator. Oczywiście najlepszym z pretekstów są zawsze pieniądze, zyski, profity…

Często w różnych mediach spotykam się z opinią, że Polacy to antysemici, że niechęć do narodu wybranego wysysamy z mlekiem matek. To poważne oskarżenia i bardzo niesprawiedliwe. Po kontakcie z Kurtem znalazłam wiele informacji na temat losu Żydów, którzy mieszkali na terytorium Francji, po wkroczeniu tam wojsk niemieckich. Stworzono dla nich obozy takie jak  Drancy czy Gurs. Z tych „placówek przejściowych” wywożono zatrzymanych do Oświęcimia i innych obozów zagłady. Niesławny rząd Vichy gotów był na każdą współpracę z Niemcami byle tylko mienie żydowskie pozostało we Francji. Masowe aresztowania nie byłyby wykonalne bez operatywnych, francuskich sojuszników. Wstrząsające wydarzenia miały miejsce między 16 a 17 lipca 1942 roku. Aresztowano 14 tysięcy Żydów w tym 4 tysiące dzieci – przeważająca większość zginęła w obozach koncentracyjnych. Oczywiście nie chcę tu obrażać całego narodu francuskiego. Bardzo wiele osób, zwłaszcza dzieci, przeżyło dzięki poświęceniu, ofiarności i odwadze tych Francuzów, którzy zachowali honor i człowieczeństwo. Niemniej skala kolaboracji była ogromna.  Owszem w Polsce miały miejsce pogromy, wstydzę się za Jedwabne, za szmalcowników. Jednak na przeszło 24 tysiące medali Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, które przyznają sami Żydi, uhonorowano 6394 osoby obywatelstwa polskiego. Ludzie ci pomagali narażając życie swoje i swoich rodzin. W innych okupowanych krajach owszem były restrykcje, ale nie tak ostateczne.

Musiałam napisać powyższy tekst, ponieważ czuję się, jako Polka szkalowana, kiedy w międzynarodowych i krajowych mediach pojawiają się opinie jak choćby ta „ zakaz uboju rytualnego to kolejny przykład skrajnego antysemityzmu Polaków”. Musimy mieć odwagę bronić swojej godności. Dopiero teraz rozumiem, czemu Tadeusz zaaranżował tą rozmowę – pomógł mi podjąć decyzję i obudzić się! Do rozmowy z Kurtem wrócę w najbliższym czasie, jest miejscami zaskakująca i chociażby z socjologicznego punktu widzenia warta uwagi.